niedziela, 26 lutego 2012

TU i TAM nr 20. Pralinki pełne niespodzianek.



Czekolada!
Cudowna barwa, kuszący smak i zapach.
Nieoceniona, kiedy potrzebujemy otuchy i pocieszenia.
Zjadana z radością w każdym zakątku Ziemi.
Uwielbiamy ją pod każdą postacią.
Gorąca i zimna.
Do picia i do chrupania.
Czekolada lubi kontrasty - kwaśne i ostre.
Likier i zioła.  Owoce i mięsa.
Od wieków jest obiektem pożądania.
Pudełko własnoręcznie zrobionych pralinek albo trufli - to miły i wymowny gest.
Na każdą okazję i bez okazji.
Zapraszamy na pralinki!
Do Amber z Kuchennymi drzwiami i do mnie - do Kucharni.
Częstujcie się bez poczucia winy.


NIE-SPO-DZIAN-KA.
1 słowo.
4 sylaby. 
13 liter. 
I radość, której nie da się przeliczyć. 


Uwielbiam.
Uwielbia to słowo.
Uwielbiam być jego początkiem.
Uwielbiam być jego celem.


Nigdy nie wiem skąd nadejdzie i dlaczego akurat w tym momencie, ale przecież nie mogę wiedzieć. 
Nie chcę, choć przyznaję, że podglądam świat wypatrując czy nie nadchodzi. 


Ale ona zawsze spada z zupełnie innej strony. Spada i rozbija się na części, z których została złożona. 
Zaskoczenie.
Ciekawość.
Uśmiech.
Szczęście.
Miłość ...


To chyba najbardziej niezwykła list składników, jaką znam. Bo i przepis zupełnie wyjątkowy. 
Jeśli uda nam się zachować odpowiednie proporcje i podać ją w stosownym czasie, radość z niespodzianki nie opadnie tak szybko, jak kapryśny suflet. 
Będzie krążyć wokół jak najwspanialszy zapach domowych konfitur i unosić się wysoko jak najpiękniej wyrośnięta drożdżowa baba. 


W drożdżówce nie szukam jednak zaskoczenia. Tutaj ten składnik nie jest mi potrzebny. Niespodzianką ma być  constans. Ten sam smak i zapach, jaki pamiętam z dzieciństwa, gdy jeszcze ciepłą popijałam zimnym mlekiem. 
Tu niespodzianką jest podróż w czasie tą samą drogą, w to samo miejsce, o tym samym smaku. 


Zupełnie odwrotnie jest z konfiturami.  Tutaj liczę na zaskoczenie. Szukam ciekawych smaków i nowych połączeń. Tu chcę, by niespodzianka służyła za kompas, a kolejne słoiczki, jak chorągiewki wyznaczały nowe szlaki na mapie smaków. 


Raz zaskoczenie. Raz jego brak. 
Raz klasyka. Raz nowoczesność. 
Rano, w południe, wieczór. 
W domu, czy na środku ulicy w centrum miasta. 
Raz jestem Adresatem, raz Odbiorcą. 


Jak to działa? 
Ta niezwykła wyliczanka, w której raz wypada na mnie, a raz na Ciebie, a czasem na wszystkich naraz. 
Nie wiem. Nigdy się nie dowiem i niech tak zostanie. 


Wiem za to, że pudełko czekoladek kryje same niespodzianki - nigdy nie wiem, na jaką trafię. Nawet wtedy, gdy robię te czekoladki sama. Mieszam nadzienie, wybieram kształty, a na koniec zupełnie zapominam co jest w czym...


To pudełko domowych pralinek ma w sobie więcej niespodzianek niż mogłabym zamarzyć. 
Chciałam zaskoczyć samą siebie bawiąc się smakami i ich łączeniem. Efekt był doprawdy niezwykły. Otworzył mi drogę do nowych pomysłów, dodał odwagi i po raz kolejny przekonał, że horyzonty kulinarnych eksperymentów sięgają jeszcze dalej niż myślałam. 


Niespodzianką są więc smaki pralinek. 
Z karmelem i chrupiącym bekonem. 
Z curry.
Z czekoladą i czerwonym winem.
Z malinami i różowym pieprzem.
Z kandyzowaną pigwą i Grand Marnier.


Pełne ich pudełko trafiło w ręce, które chciałam obdarować czymś wyjątkowym. Niespodzianką okazał się też wygląd części pralinek, które mimo temperowania czekolady uzyskały matową, niemal zamszową fakturę i pokryły się niezwykłymi wzorami. Te esy-floresy spodobały mi się znacznie bardziej niż połysk pozostałych czekoladek i już wiem po jakie foremki sięgać, aby zrobić sobie znów taką niespodziankę. 


Niespodzianką, na którą nawet nie liczyłam, było też cudowne "uzdrowienia" mojego wysłużonego laptopa, który powrócił w moje ręce razem z uratowanymi zdjęciami pralinek (i nie tylko).
A największa niespodziana właśnie na mnie czeka - zaraz będę mogła nareszcie zobaczyć pralinki, jakie przygotowała Amber. 


Zapraszam Was! Częstujcie się - te smaki są niepokojąco uzależniające, inne niż wszystkie, eksplodują na podniebieniu, chrupią, rozgrzewają, zaskakują - mnie przeniosły w nowy wymiar czekoladowego świat. Bardzo chciałabym Was tam zabrać. 


Połączenie smaku czekolady z curry to dla mnie prawdziwe odkrycie. Nie wiem na czym to polega, ale orientalna nuta curry idealnie współgra z czekoladą. Wrócę do tego smaku jeszcze nie raz.  
Boczek-karmel-czekolada to coraz popularniejsze trio - świetnie dobrane i wróżę mu karierę, bo leciutko słony, chrupiący boczek otulony karmelem i chrupiącą skorupką pysznej czekolady jest czymś, co mogłabym jeść bez końca. 


Słyszałam głosy, że wino i czekolada nie pasują do siebie. Zawsze mnie to dziwiło, bo uwielbiam zagryzać czerwone wino kosteczką czekolady. Z tym większą radością przeczytałam post mojej imienniczki, Anny-Marii (klik), który zainspirował mnie do przygotowanie pralinek z winem. Smakują cudownie - smak wina pozostaje echem, odbija się na podniebieniu, zostaje tam na dłużej, a potem stapia z aksamitem czekolady. 


Maliny i różowy pieprz to duet idealny, jeśli owinąć go słodyczą białej czekolady, która równie cudownie przyjęła kandyzowaną pigwę i likier pomarańczowy


Obydwa nadzienia powstały zupełnie spontanicznie - otwarłam lodówkę, uśmiechnął się do mnie słoiczek malinowych konfitur i mrugnął okiem stojący poniżej słoik z pigwą. Reszta potoczyła się stylem dowolnym, ale uwierzcie mi rezultat końcowy był przepyszny. 


CZEKOLADOWE PRALINKI W PIĘCIU SMAKACH
Uprzedzam, że proporcje składników podaję na oko. Z wyjątkiem pralinek z bekonem, które ostatecznie i tak wykonałam po swojemu, wszystkie smaki wymyśliłam i skomponowałam sama. Radość eksperymentowania była większa niż rozsądek do zapisywania dokładnych ilości. I namawiam Was do tego - bawcie się w kuchni, tak dobrze jak ja. 


400 g czekolady o zawartości min. 65% kakao 
3 cieniutkie plastry boczku
1,5 tabliczki białej czekolady
1 tabliczka gorzkiej czekolady
ok. 350 ml śmietany kremówki 
1 filiżanka cukru 
1 łyżka masła
1/4 szklanki wody
3-4 łyżki czerwonego wytrawnego wina
1/2 łyżeczki curry w proszku
1 -2 łyżki kandyzowanej pigwy
1 łyżka konfitury z malin (użyłam domowej z dodatkiem tonki)
niecała łyżeczka grubo mielonego różowego pieprzu


Potrzebne Wam też będą specjalne foremki do czekoladek. Ja część pralinek robiłam w specjalnie do tego przeznaczonej foremce, pozostałe w silikonowych foremkach do lodu - i to właśnie im zawdzięczam tą zamszową fakturę.
Zaczynamy od temperowania czekolady i przygotowania korpusów - odsyłam wszystkich zainteresowanych po dokładne instrukcje do Lo albo do Viri.
W czasie, gdy korpusy się studzą możemy przygotować nadzienie z białej czekolady, które wykorzystałam jako bazę do trzech rodzajów pralinek.


Białą czekoladę stopić w kąpieli wodnej razem z ok. 150 ml śmietany kremówki - ilość śmietany zależy od tego jak płynne lubicie nadzienie. Ja wolę takie "pół na pół" i te proporcje pozwoliły mi je uzyskać. W czasie topienia mieszać czekoladą, aby połączyła się ze śmietaną na gładką masę. Przestudzić, a następnie podzielić na 3 części przelewając do przygotowanych wcześniej miseczek.


Nadzienie curry - do masy  z białej czekolady dodać curry w proszku i wymieszać. Ilość curry dozować stopniowo do uzyskania pożądanego smaku.
Nadzienie malinowe z różowym pieprzem - do masy  z białej czekolady dodać konfiturę malinową i dosypać grubo mielony różowy pieprz,  wymieszać. Ilość pieprzu i konfitury dozować stopniowo do uzyskania pożądanego smaku.
Nadzienie z kandyzowaną pigwą i Grand Marnier - do masy  z białej czekolady dodać kawałeczki kandyzowanej pigwy oraz Grand Marnier i wymieszać. Ilość likieru dozować stopniowo do uzyskania pożądanego smaku.


Nadzienie karmelowe z chrupiącym boczkiem - cieniutkie plasterki boczku usmażyć na patelni aż staną się chrupkie. Zdjąć z ognia, przestudzić i pokruszyć na drobne kawałki, które później zostaną wmieszane do masy karmelowej.
Masa karmelowa - w garnku z grubym dnem połączyć cukier z wodą - rozmieszać tak, by cukier wsiąknął całość wody (strukturą przypomina mokry piasek). Wstawić na średni ogień i doprowadzić do skarmelizowania cukru. Będzie to trwało ok. 10 minut lub dłużej.
W tym czasie nie mieszać - można jedynie poruszać rondlem, by cukier równomiernie się rozpuszczał i karmelizował. 


Gdy nabierze koloru jasnego bursztynu, zdjąć z ognia i wlać 100 ml śmietany. Uwaga! Karmel jest gorący, po dodaniu śmietany może pryskać! oraz zbić się w grudki. W takim wypadku garnek należy wstawić ponowne na mały ogień i mieszać do momentu, aż cukier się nie rozpuści. Po zdjęciu z ognia dodać masło i dokładne połączyć z resztą. Początkowo sos jest dość rzadki, jednak w miarę stygnięcia gęstnieje, a po kilkugodzinnym pobycie w lodówce staje się naprawdę bardzo gęsty. Karmelu będzie więcej niż trzeba, ale kogo nie ucieszy niespodzianka w postaci schowanego w lodówce słoiczka tylko czekającego na to, żeby go skrycie wyjadać. 


Nadzienie czekoladowe z czerwonym winem - w kąpieli wodnej stopić tabliczkę gorzkiej czekolady razem z resztą śmietany kremówki (ok. 100-125 ml) mieszając, by powstała gładka masa. Pod koniec dolać wino i dokładnie wymieszać. Jeśli nadzienie będzie za wytrawne w smaku, można je dosłodzić - np. odrobiną sosu karmelowego (patrz wyżej).  


Przygotowane wcześniej korpusy napełnić nadzieniem i rozprowadzić na nim resztę temperowanej wcześniej czekolady. Odstawić w chłodne miejsce, aby zupełnie zastygły. Gdy będą twarde, wyciągnąć z foremek i  jeść bez ograniczeń, dając się porwać w podróż po niecodziennych smakach. 


* Inspiracja do pralinek z karmelem i bekonem pochodzi z tej strony - klik.

czwartek, 16 lutego 2012

Hot Chocolate Cake. Moja odpowiedź.



„W życiu pada wiele pytań, na które czekolada przynosi odpowiedź.” Nigella Lawson


Kto pyta nie błądzi. 
Tak powiadają.
Ostatnio pytam jakby mniej, więc czy to znaczy, że zaczynam się gubić?


Dziwna sprawa te pytania.
Czasem obejść się bez nich nie można, a bywa, że  przeszkadzają, męczą, krępują tak, że zamykamy się w milczeniu. 


Wiem, że gdy zapytam, odpowiedź, jak klucznik, otworzy przede mną kolejne drzwi.  Mogę więc pójść dalej, aż stanę przed kolejnymi drzwiami. 
Nie zawsze idę.
Nie zawsze chcę. 
Czasem uciekam.
Czasem już nigdy nie wracam, do tych samych drzwi...


Pytania mają w sobie niepokojący element ryzyka. Jeśli nie chcemy się na nie narazić, pewnych pytań nigdy nie zadamy.
Ze strachu?
Z obawy, że prawda zostawi głęboką rysę na lśniącym od iluzji świecie? 


Czy to w porządku? Trudne pytanie. 
Pewnie kolejne z tych, które nosi klucz nie do jednych, ale do wielu drzwi. 
Pewnych pytań lepiej czasem nie zadać, odłożyć na później, owinąć w cierpliwość i czekać. Na co?


Aż dojrzejemy do tego, by stanąć twarzą w twarz z odpowiedzią. 
Być gotowym, by udźwignąć jej ciężar. 
Być w stanie pojąć jej sens.


I być gotowym, by wybrać dalszą drogę. 
Nawet wtedy, gdy pozostawi nam na ustach jeszcze jedno pytanie, pozornie bez odpowiedzi.
Co dalej? 
Dlaczego?
Jak to możliwe?


Pytanie i odpowiedź. 
Dziwna para, którą łączy uczucie "chciałabym, a boję się".
Związek, którego dzieckiem bywa prawda lub fałsz. 
Czasem liczymy bardziej na kłamstwo.
Czasem kłamstwo bywa bardziej na miejscu. 


Chyba rzadko się nad tym zastanawiamy, że całe nasze życie otacza pajęczyna pytań. Nitki, na których balansujemy wijąc się w sieci. Czasem wychodzimy obronną ręką, a czasem zaplątujemy się na dobre.


Otwieramy oczy i zaczyna się codzienny teleturniej. 
Zaliczamy kategorię za kategorią. Retoryczne idą nam najłatwiej. 
Znane i oklepane, które często sami sobie zadajemy od lat, nie budzą żadnych trudności. 


Przechodzimy  do drugiego etapu - telefony, oferty, wścibski sąsiad - tu jest trudniej. 
Nie łatwo zachować zimną krew. Odpowiedź może wywołać burzę, na którą nie jesteśmy przygotowani. 


Ale nie poddajemy się, walczymy dalej. Chcemy przejść do trzeciego etapu. 
Pytania - niespodzianki. Te przyjemne oczywiście!
Pójdziemy do kina? Podać Ci kawę? Masz ochotę na coś słodkiego? 
I ulubione w tym sezonie: Pójdziemy na sanki?


Tak, na te pytania znamy odpowiedź. 
Jesteśmy na nie gotowi. 
Czekamy aż padną, by uwolnić kłębiące się w ustach: TAK!


Jest też etap czwarty. To rodzaj premii. 
Tylko dla zaawansowanych graczy.
Tu nie musi paść ani jedno pytanie, a gracz i tak zna odpowiedź.


Ten etap toczy się w świecie, którego uczestnicy rozumieją się bez słów.
Pytanie, odpowiedź - to wszystko jest zbędne, jeśli tylko wcześniej zadawaliśmy właściwe pytania i zawsze do końca wysłuchali odpowiedzi.  


Tu filiżanka kawy trafi w nasze ręce zawsze w odpowiednim momencie, zanim jeszcze zdążymy pomyśleć, że właśnie mamy na nią ochotę. 
Tu ciepły koc otuli nam stopy, zanim zimno obudzi dreszcze. 


Nie zawsze łatwo dojść do tego etapu, ale warto, naprawdę warto starać się być jego częścią. 
Życzę Wam i sobie udziału w tej premii, ale też gotowości na te najtrudniejsze pytania. 
I odwagi, by je zadać.


W mroźne zimowe popołudnie nie muszę o nic pytać. Wiem, że kubek gorącej czekolady jest najlepszą odpowiedzią. Rozgrzeje i poprawi nastrój. Doda energii i wymaluje wielki uśmiech.
To wystarczająca nagroda. 


A gdyby tak połączyć gorącą czekoladę z ciastem czekoladowym? To pytanie z kategorii retorycznych. Zadałam je sobie znając z góry odpowiedź. 
Lubię indywidualnie pakowane desery. W nich od brzegu naczynia po samo dno wszystko należy do mnie! 
Dawno miałam ochotę na deser ze słoika, pieczony w słoiku i zjadany wprost z niego. 


To nic, że każdy słoik był inny - nie było nudno:) 
Liczyło się wnętrze - intensywnie czekoladowe ciasto z dodatkiem mocnego espresso i czekolady na gorąco. Jeśli dodać do tego chilli i cynamon i przykryć śmietaną z dodatkiem ajerkoniaku, powstaje cudowny, mocno rozgrzewający deser. 
To idealna odpowiedź. Nawet nie pytajcie Bliskich czy mają ochotę. Po prostu zróbcie! 
Ten deser to także moja odpowiedź na prowadzony przez Beę Czekoladowy Weekend. 


HOT CHOCOLATE CAKE
/na 8 słoików/

1 3/4 filiżanki mąki
2 filiżanki cukru (dałam mniej)
1/2 filiżanki kakao
1/4 filiżanki czekolady na gorąco w proszku 
1/4 łyżeczki chilli (dałam więcej)
1/ 2 łyżeczki cynamonu (dałam więcej)
2 łyżeczki sody oczyszczonej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki soli
1 filiżanka maślanki
2 jajka
1 1/4 łyżki ekstraktu waniliowego
1/2 filiżanki oleju 
1 filiżanka mocnego espresso
2 filiżanki bitej śmietany cynamonowej (podczas ubijania dodałam do niej łyżeczkę cynamonu - pycha)
ajerkoniak 


Piekarnik rozgrzać do temperatury 145 stopni. W misce połączyć mąką, cukier, kakao, czekoladę w proszku, przyprawy, sól, sodę i proszek do pieczenia. W drugiej misce ubić jajka z maślanką, dodać ekstrakt waniliowy, olej i kawę. Gdy się połączą stopniowo dosypywać suche składniki.


Przygotować słoiki i ułożyć je na blasze lub w naczyniu żaroodpornym. Do każdego wlać część masy - powinna sięgać do ok. 1/3 wysokości, w przeciwnym wypadku ciasto w trakcie pieczenia podejdzie za wysoko lub wycieknie ze słoika.


Wstawić do nagrzanego piekarnika i piec ok. 40 minut lub do momentu tzw. suchego patyczka. 
Najlepiej podawać jeszcze bardzo na ciepło, z kleksem bitej śmietany. 
Ja podałam z bitą śmietaną cynamonową i polałam ajerkoniakiem. Ciasto jest wilgotne, aromatyczne, trochę jak brownie, ale lżejsze. Pyszne!!!



* Przepis i inspiracja z tej strony - klik

 P.S. W nowym numerze Superlinii, który ukaże się w najbliższą sobotę, pojawi się artykuł zatytułowany Kulinarne blogowanie, w którym mam przyjemność wystąpić wraz z innymi kulinarnymi blogerkami. Ewo i Aniu - dziękuję i pozdrawiam:) A Was - jeśli tylko macie ochotę - zapraszam do lektury.

Drukuj przepis

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails