czwartek, 30 maja 2013

Duże dziecko. Tort bezowy rabarbarowo-różany.




Pamiętacie, kiedy byliście małymi dziećmi i wierzyliście w bajki, marzyliście o tym, jakie będzie wasze życie ...? 
Biała sukienka, książę z bajki, który zaniesie was do zamku na wzgórzu. Leżeliście w nocy w łóżku, zamykaliście oczy i całkowicie, niezaprzeczalnie w to wierzyliście ... 
Święty Mikołaj, Zębowa Wróżka, książę z bajki byli na wyciągnięcie ręki ...


Ostatecznie dorastacie ... 
Pewnego dnia otwieracie oczy, a bajki znikają ... Większość ludzi zamienia je na rzeczy i ludzi, którym mogą ufać, ale rzecz w tym, że trudno całkowicie zrezygnować z bajek, bo prawie każdy nadal chowa w sobie iskierkę nadziei, że któregoś dnia otworzy oczy i to wszystko stanie się prawdą ... (...) 


Pod koniec dnia wiara to zabawna rzecz. 
Pojawia się kiedy tak naprawdę tego nie oczekujesz. To tak, jakbyś pewnego dnia odkrył, że baśń może się nieco różnić od twoich wyobrażeń. Zamek, cóż, może nie być zamkiem. 
I nie jest ważne " długo i szczęśliwie ", ale "szczęśliwie" teraz. 
Raz na jakiś czas człowiek cię zaskoczy, i raz na jakiś czas człowiek może nawet zaprzeć ci dech w piersiach ... *


A teraz kim jestem? 
Taka duża i mądrzejsza o setki słów, teorii i doświadczeń...
Z głową wciąż pełną marzeń i Synkiem, który nadal wierzy w Świętego Mikołaja. 
Zdawało mi się przez moment, że bajki znikają, ale myliłam się.
Są. Nadal. Zaskakują. I zapierają dech w piersiach. Tak jak ludzie. Niektórzy. 


Duże dziecko. Wciąż nim jestem. I chcę pozostać.
Śmiać się i płakać. Odliczać dni do urodzin i niecierpliwie rozpakowywać prezenty.
Tupnąć nogą, skrzywić się na widok kożucha na mleku i  na dnie szuflady chować małe-wielkie skarby. 
I wierzyć. Wierzyć, że to dziecko mieszka też w drugim człowieku. 
I kochać. Mądrze. 


"Wasze dzieci nie są Waszymi dziećmi. Są synami i córkami tęsknoty życia za sobą samym. Przechodzą przez Was, ale nie od Was. I chociaż są u Was, nie należą do Was. Wolno Wam dać im Waszą miłość, ale nie Wasze myśli, ponieważ one mają swoje własne.


Wolno Wam dać mieszkanie ich ciałom, ale nie ich duszom, ponieważ mieszkają one w domu jutra, którego nie możecie odwiedzać nawet w marzeniach. 
Możecie się starać być jak one, ale nie dążcie do tego, by je upodobnić do Was. 
Ponieważ wtedy życie cofa się, zastyga we wczoraj."*


Jestem dużym dzieckiem i wierzę, że spełni się ta bajka.
Bajka, w której pozostając dzieckiem, pozwolę też nim zostać mojemu Dziecku. 
Bajka, w której człowiek raz na jakiś czas może nawet zaprzeć mi dech w piersiach. 


Nawet jeśli w to nie wierzysz, wciąż jesteś dzieckiem. 
Nie żałuj sobie radości, nie oszczędzaj zabawy, nie duś się w sztywnym ubraniu i nie mów, że szarość jest czystym kolorem.
I "nigdy nie przestawaj się uśmiechać, nawet jeśli jesteś smutny, ponieważ nigdy nie wiesz, kto może się zakochać w twoim uśmiechu". *


Tort bezowy, rabarbarowo-różany. Słodki, rześki, aromatyczny. 
Smakuje jak najlepszy cukierek z pysznym, kremowym nadzieniem. 
Pachnie jak bukiet najpiękniejszych róż. Idealny. 
Na urodziny, na Dzień Dziecka, dla księcia z bajki, dla Zębowej Wróżki. I dla Ciebie też. 


TORT BEZOWY RABARBAROWO-RÓŻANY
/pomysł własny/ 

6 białek
300 g cukru
1,5 łyżeczki białego octu winnego
1.5 łyżeczki mąki kartoflanej
szczypta soli
1 opakowanie serka mascarpone
400 ml śmietany kremówki 30%
cukier waniliowy
cukier puder - do smaku
6 łyżek galaretki z płatków róż
3-4 laski rabarbaru malinowego
3-4 łyżki cukru (lub więcej - do smaku)



Białka przełożyć do czystej i suchej misy, dodać szczyptę soli i ubijać na półsztywną pianę. Stopniowo dodawać cukier, ubijając po każdorazowym dodaniu. Ubijać do momentu aż uzyskamy gładką i lśniącą masę bezową, a cukier rozpuści się. Do tak ubitej masy dodać przesianą mąkę kartoflaną i ocet winny, delikatnie połączyć z białkami za pomocą drewnianej łyżki. 
Piekarnik rozgrzać do temperatury 150 stopni. Przygotować blachę i wyłożyć ją papierem do pieczenia. Można wyrysować na niej koło o średnicy 22-24 cm. Masę bezową wyłożyć na wyznaczone wcześniej koło. Przy pomocy łyżki lub łopatki silikonowej nadać masie bezowej kształt wysokiej misy z wgłębieniem w środku. 


Włożyć do nagrzanego piekarnika i zmniejszyć temperaturę do 120 stopni. Piec przez 1,5 godziny. Wyłączyć piekarnik i studzić w piekarniku z uchylonymi drzwiami. 
Rabarbar umyć i pokroić na kawałki o długości ok. 8 cm. Włożyć do rondelka, zasypać cukrem i odstawić na ok. 30 minut. Gdy zacznie puszczać sok, wstawić na mały ogień, dodać 3/4 galaretki z róż i trzymać na ogniu do momentu aż cukier i galaretką rozpuszczą się i połączą, a rabarbar delikatnie zmięknie. Zdjąć z ognia, przestudzić. 


Kremówkę ubić na sztywno z cukrem waniliowym. Odłożyć ok. 1/3 do dekoracji, resztę przełożyć do miski i wymieszać delikatnie z serkiem mascarpone. Dodać 1/3 sosu rabarbarowo-różanego oraz kilka najbardziej miękkich kawałków rabarbaru. Całość wymieszać i jeśli trzeba dodać jeszcze do smaku sos lub kawałki rabarbaru. Przełożyć do lodówki na ok. 1-2 godz. 
Wystudzoną bezę napełnić kremem mascarpone. Udekorować bitą śmietaną. Na wierzchu ułożyć paski rabarbaru i polać sosem rabarbarowo-różanym. 

* cytuję kolejno: słowa znalezione na blogu Mamsam (klik), Eva Maria Zurhorst "Kochaj siebie...", Gabriel Garcia Marquez. 

Dziękuję za całą lawinę urodzinowych życzeń, jakie do mnie spłynęły! Jeśli spełni się choć ich malutka część, będę najszczęśliwszym Dużym Dzieckiem. 
Cudnie być majową dziewczyną;) 

Przepis dodaję do Olcikowej akcji rabarbarowej. 

piątek, 17 maja 2013

Szybko-wolno. Maj, pizza i szparagi.



Jeszcze mi się zdaje, że między palcami prześlizguje się ostatnia wstążka fiołkowego zapachu,
a to już nie fiołki, tylko bez pachnie wszędzie dokoła.
Układam go w wazonach. Ciągle mi mało tej woni, która podchodzi łagodnie pod okna i pachnie najpiękniej skropiona poranną rosą. 



Poletko czosnku niedźwiedziego wzięła już we władanie pokrzywa. Powinnam się pospieszyć zanim młode listki się zestarzeją. 
Puchate kule dmuchawców zaokrągliły się na łące tak szybko, że zebranie pół tysiąca kwiatów mlecza na mniszkowy miód zdawało się przez chwilę złudnym marzeniem. 



Już tęsknię za zapachem konwalii, który wita mnie pierwszy przed domem, jeszcze zanim koła roweru zbliżą się do bramy. Bukiecik białych dzwoneczków kładę przy łóżku, by zasypiać i budzić się z ich zapachem. 



Jeszcze przed tygodniem chowałam głowę między kwiaty kwitnących jabłoni - ten zapach jak klucz otwiera drzwi do wspomnień o jeszcze gorącej szarlotce, kompocie z papierówek i o pierwszym łapczywym kęsie w soczystą krągłość rumianych owoców. 



Za szybko. 
Chciałabym, żeby maj zwolnił.
Najlepiej, żeby po prostu był. 
Ale on nie słucha. 
Nic nie dzieje się wystarczająco wolno. 
Uparcie więc zwalniam ja.


Wstaję o świcie łapiąc dzień za pierwsze koniuszki słońca. Będę się go tak trzymać aż do późnego wieczora, gdy księżyc wyjdzie zza najwyższej góry i srebrzystym okiem mrugnie mi na dobranoc. 
Zasypiam z myślami wędrującymi już po porannym targu. 
Koszyk zapełnia się ... za szybko. 


Jadę po botwinkę, jednak gdy docieram na miejsce, ręce same sięgają już po rabarbar i strzępiaste pęczki koperku. Szukam miejsca na kształtną główkę młodej kapusty. Z dziecięcą łapczywością ulegam pokusie nabrzmiałych czerwonością truskawek. 


Na ostatnim stoisku przypominam sobie o botwince, a to wszystko dlatego, że zbyt długo przyglądałam się szparagom. 
Strzeliste zielone pałeczki pojadą ze mną do domu usadowione na honorowym miejscu. Nie wiem jeszcze co z nich ugotuję. 
Nie mam pojęcia co zrobię z kapustą, do czego będę chciała posiekać koperek i w jakim cieście tym razem wyląduje rabarbar. 


W majowym gotowaniu najbardziej lubię wolność i prostotę.
"Nauczyłam się, że prostota daje swobodę, gdy w kuchni już nie odmierzamy, tylko po prostu gotujemy. Wszystkim kucharkom wiadomo, że najlepszymi przewodnikami są składniki, którymi w danej chwili się dysponuje. Wiele z tego co robimy jest zbyt proste, żeby to podać jako przepis".
I coraz mocniej wierzę w to, że "nie ma żadnej techniki, są tylko sposoby, co i jak zrobić. No, czy będziemy odmierzać i ważyć, czy już zaczniemy gotować."*



A więc zaczynam gotować. 
Sięgam po szparagi. Kładę je obok słoiczka z pesto ukręconym dzień wcześniej.
Tak, to już się dzieje. 
Najpierw powoli, później coraz szybciej toczą się myśli, których szept zamienia się w pięć prostych liter - PIZZA.
Majowa, puszysta, ze szparagami i świeżą bryndzą. Dla smaku kilka plasterków suszonej szynki. 


"Myję ręce i wycieram je w fartuch. Myślę sobie, że takiego właśnie połączenia pragnęłam. Opartego na prostocie. To moje właściwe dziedzictwo. Gotuję i piekę. Taką rolę dostałam w spadku po tych, którzy przede mną rozdawali chleb, podtrzymywali ogień i dzielili się wszelkim nadmiarem. Zagłębiam się w tajniki gotowania i ta rola coraz bardziej mi odpowiada. Nie muszę, ani przed sobą, ani przed innymi, niczego udawać. Czuję się właściwą osobą na właściwym miejscu. Zawsze pragnęłam robić to, co robię, i być tym, kim jestem teraz."*


Pizza ze szparagami. Najprostsza, pysznie zielona, uszczęśliwiająca. 
"Uszczęśliwienie? Kolor szczęścia z pewnością jest wiosennie zielony."*



MAJOWA PIZZA ZE SZPARAGAMI
/składniki na 3 średnie pizze/ 

Podaję składniki "na oko" - przecież gotujemy, a nie odmierzamy:)
Przygotujcie koszyk, zapakujcie kawałki pizzy i zabierzcie ją koniecznie na majowy piknik. 

ulubione ciasto na pizzę - ja korzystam z tego - klik
ok. pół pęczka szparagów
kawałek świeżej bryndzy
kilka łyżeczek pesto
sól, pieprz
oliwa z oliwek
opcjonalnie kilka plasterków suszonej szynki


Szparagi opłukać, odłamać zgrubiałe, łykowate części - same pękną w miejscu, które nadaje się do wyrzucenia. Przy pomocy obieraczki do warzyw pokroić szparagi na wąskie paski. Przełożyć do miski, skropić oliwą, posolić i popieprzyć, a następnie całość wymieszać. Odstawić na kilka minut, aby smaki się przegryzły. 


Przygotowane spody do pizzy posmarować z wierzchu pesto. Ułożyć na wierzchu paski szparagów - można dodać kawałki suszonej szynki. Pokruszyć bryndzę (lub inny ulubiony ser). Skropić jeszcze oliwą i wstawić do piekarnika nagrzanego do temperatury  ok. 220 stopni. Piec ok. 10-15 minut, do momentu aż spody będą upieczone, a wierzch pizzy lekko się zrumieni.


* cytuję kolejno Frances Mayes "Pod słońcem Toskanii", Marlena de Blasi "Tysiąc dni w Toskanii", Frances Mayes "Bella Toskania"

Z radością dodaje przepis do piknikowej akcji prowadzonej przez Agnieszkę - Usagi. 
  Czas na piknik z home&you - półmetek!

poniedziałek, 6 maja 2013

Dla kogo bukiecik? Suflet z fiołków z Klaudyną.




- To leśne fiołki. Nie widziałam ich na wyspie od... 
- Są bardzo rzadkie - ciągnął Henry, po tym jak Brr przerwała myśl w środku zdania. 
- Nie można ich tak po prostu posiać, bo nie wyrosną. Muszą cię wybrać... Evelyn stworzyła teorię na ich temat - twierdzi, że rosną tam, gdzie są potrzebne, że pomagają  leczyć rany i dają nadzieję." *


Fiołki.
Na dźwięk tego słowa otwierają się drzwi. 
Prowadzą do świata baśni i magii. 
Wszystko w nim lekko faluje otulone wiosennym wiatrem.
Słychać śpiew ptaków i szum strumienia - spływa z gór niosąc opowieść o wiośnie. 


Powietrze pachnie zielenią i nowym życiem. 
Śpiewa o nim słowik, koncertuje kos, powtarza za echem kukułka. 
I jest zapach.
Wstążka zapachu. 
Wplata się we włosy, okręca wokół bosych stóp i przenika do środka. 


Pachną myśli i obrazy.
Wszystko staje się zapachem. 
Wszędzie wokół rozkwitają fiołki.
Sen czy jawa?
Marzenie czy fiołkowa polana naprawdę Cię wybrała?


Czy Wy też to czujecie?
Bajkowość zapachu, koloru i filigranowej delikatności?
Fiołki.
Jak poezja.
Jak cukierki, po które ręka sama się wyciąga.
Jak kropelki najpiękniejszych perfum, którymi wiosna skropiła zieloną sukienkę. 


Fiołkowe klejnoty.
Kto pierwszy je znajdzie?
Co z nimi zrobi?
Zwiąże w bukiecik?
Zachłyśnie się zapachem i zatrzyma w pamięci?
Rozejrzy wokół i poszuka kolejnych?


Co zrobisz z tym szczęściem, gdy fiołki same Cię wybiorą?
Od kilku lat nie szukam fiołków.
Przyzwyczaiłam się, że nigdy nie rosną tam, gdzie najbardziej się ich spodziewam.
Chodzą własnymi ścieżkami,  a ja po prostu czekam aż mnie wybiorą. 
Tak jest lepiej. 


Fiołkowe niespodzianki.
W tym roku w parku nad rzeką, pod drzewem magnolii, na skraju łąki i na środku ogrodu. 
Gdzie znajdą mnie za rok?
Kto z nas zbierze pierwszy fiołkowy bukiecik i komu go podaruje?
Przecież smutno być kimś, komu jeszcze nigdy nikt nie uzbierał bukiecika fiołków ...


"Prosiaczek wstał wcześnie tego ranka, by uzbierać bukiecik fiołków. Gdy je uzbierał i włożył do wazonika, nagle pomyślał sobie, że jeszcze nigdy nikt nie uzbierał bukiecika fiołków dla Kłapouchego. I im bardziej o tym myślał, tym bardziej sobie myślał, jak to smutno być Zwierzęciem, dla którego jeszcze nigdy nikt nie uzbierał bukiecika fiołków. Więc wybiegł znów z domu i powtarzał sobie w myśli: "Kłapouchy, Fiołki, Fiołki, Kłapouchy", żeby nie zapomnieć, bo to był taki Dzień Zapominalski. Więc uzbierał spory pęczek fiołków i szedł sobie, i wąchał je, aż zaszedł do Kłapouchego. (...)
- Myślę… - zaczął Prosiaczek nerwowo.
- Nie myśl - rzekł Kłapouchy.
- Myślę, że fiołki są bardzo milutkie - powiedział Prosiaczek. To mówiąc, położył swój mały bukiecik przed Kłapouchym i prędko uciekł..."
/A.A.Milne "Kubuś Puchatek"/


A Wy komu ostatnio wręczyliście bukiet fiołków?
Nie uwierzę, że wszystkie zjedliście;) Choć rozumiem, że trudno się powstrzymać. 
Syrop z fiołków, fiołkowa galaretka, lody, kandyzowane fiołki - nie umiem wybrać co smakuje mi najbardziej. Zwłaszcza, że tej wiosny fiołkową magię udało się zatrzymać w czymś wyjątkowym.


Fiołkowy suflet.
Lekki jak chmurka.
Delikatny jak płatki, które skrywa w sobie.
Kwiatowa słodycz spleciona z nutą cytryn, skropiona fiołkowym syropem.
Fiołkowa poezja, po prostu. 
Schłodzony smakuje jak wiosenna rosa. 


Dziękuję Klaudynie z Ziołowego Zakątka (klik) za jedne z najpiękniej pachnących kuchennych chwil, jakie miałam szczęście z nią dzielić. 
Szkoda, że fiołki u mnie już niemal przekwitły - mogłabym zerwać bukiecik dla Klaudyny i wręczyć jej, gdy odwiedzi mnie za kilka dni... 
Częstujcie się naszymi fiołkowymi deserami. 



SUFLET Z FIOŁKÓW na zimno
/składniki na 6 porcji/ 


Ten deser zalicza się do sufletów na zimno, czyli takich które przygotowuje się bez pieczenia, ale z użyciem białek i żelatyny. Ma konsystencję bardzo delikatnego musu i myślę, że z powodzeniem mógłby też nosić taką nazwę. Podobnie przygotowywane suflety wspaniale smakują z dodatkiem innych owoców, np. malin, truskawek czy jagód. 



7 g żelatyny
1/2 filiżanki zimnej wody
4 jajka, oddzielnie żółtka i białka
1 szklanka cukru /dałam 3/4 szklanki/
szczypta soli
1/4 szklanki soku z cytryny
1/4 szklanki syropu z fiołków (najlepiej użyć domowego, ale w sklepach jest też osiągalny bardzo dobry w smaku syrop fiołkowy formy Monin)
skórka starta z 1,5 cytryny
1 szklanka śmietany kremówki 30%
świeże lub kandyzowane fiołki do wmieszania do sufletu oraz do ozdoby (do środka użyłam fiołków z galaretki fiołkowej)



Białka ubić na sztywno z połową ilości cukru - piana ma być sztywna i lśniąca. W osobnym naczyniu ubić kremówkę.
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie i odstawić na kilka minut, aby napęczniała. Żółtka wraz z połową ilości cukru, solą, sokiem z cytryny i syropem z fiołków włożyć do metalowej miski i ustawić ją nad gotującą się wodą w innym naczyniu. Ważne, aby dno miski nie dotykało wrzącej wody. 



Gotować masę żółtkową cały czas mieszając, aż cukier się rozpuści, a masa zacznie gęstnieć - powinna osiągnąć konsystencję gęstego kogla mogla. Dodać do środka namoczoną wcześniej żelatynę i mieszać dalej tak, by się rozpuściła i połączyła z resztą masy żółtkowej. 
Zdjąć z ognia i odstawić na chwilkę, aby wystygło - jednak czas ten nie powinien być zbyt długi, gdyż ze względu na żelatynę, masa szybko się ścina.  
Lekko przestudzoną masę żółtkową połączyć delikatnie z ubitą pianą z białek i bitą śmietaną dodając do środka kandyzowane lub świeże fiołki. 



Przygotować ramekiny lub inne naczynia do podania sufletów - z pergaminu wyciąć paski o szerokości dwukrotnie wyższej od wysokości naczynia i owinąć nimi każde z naczyń przymocowując papier np. za pomocą gumki recepturki. Powstaną w ten sposób kołnierze, które utrzymają masę powyżej krawędzi naczyń, co jest charakterystyczne w przypadku sufletów. Do każdego z tak przygotowanych ramekinów nałożyć masę wyrównując z wierzchu łyżeczką i schładzać w lodówce przez ok. 2-3 godziny. Po tym czasie można już usunąć papierowe obręcze i podawać suflety. Przed podaniem udekorować fiołkami i skropić fiołkowym syropem. Ambrozja!  


* cytat z książki Marcowe fiołki, Sarah Jio.
** przepis na suflet z tej strony - klik  

Przepis dodaję do wspaniałej akcji prowadzonej przez Pincake:
  

Drukuj przepis

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails