Strony

wtorek, 28 września 2010

Historia pewnej królowej i jabłka w filo.



Jabłonie.
Gdy wymawiam to słowo czuję ciepły wiatr splątany w ich gałęziach i łagodny cień jakim korona obejmuje trawę.
Jabłonie są wytchnieniem i spokojem.
A ta najpiękniejsza już tylko jedynie wspomnieniem.
W rozłożystej koronie królowała nad całym ogrodem. Z lekkiego wzniesienia rzucała cień na łąkę dając schronienie w upalne popołudnia. Rodziła jabłka o bladej, delikatnej skórce oblanej łagodnym różowym rumieńcem. Soczyste, słodkie, o malinowym zapachu, którego  na próżno szukam w innych jabłkach. 


Była dziełem mojego Pradziadka, który zasadził ją w ogrodzie jeszcze na długo przed wojną. Owoce jabłoni wykarmiły kilka pokoleń naszej rodziny. W jej koronie szumiały szepty niejednej tajemnicy jaką kolejne dzieci opowiadały sobie podczas wakacyjnych spotkań na kocu pod drzewem. 
Jabłoń była schronieniem. Była naturalną częścią domu, choć aby do niej dojść, trzeba było pokonać poletko kukurydzy oraz alejkę śliw i gruszy. 

Była.


Dla wielkich bezdusznych maszyn i budowniczych drogi była jedynie nic nie znaczącą przeszkodą, którą nie pytając nikogo o zgodę ścięto któregoś popołudnia. 
Widok z kuchni już nigdy nie będzie tak piękny jak za jej panowania.
Łąka i ogród straciły królową, a my skarby jakimi były te cudowne, pachnące malinami rumiane owoce. 
Od kilkunastu lat wypatruję tych rumieńców na straganach, wciąż mając nadzieję, że jeszcze kiedyś gdzieś je spotkam...


Pięć pozostałych w ogrodzie jabłoni wciąż dzieli się z nami owocami. Jabłka nie są idealnie okrągłe ani zbyt okazałe. Ale to nie ma znaczenia. Są nasze - tak jak korzenie jabłoni zrosły się z ogrodem, tak i my przywykliśmy do nich i są częścią naszej corocznej wędrówki przez pory roku. Wczesnym latem najbardziej cieszą nas papierówki. 


We wrześniu najsmaczniejsze jabłka rodzi stara jabłoń pochylona nad ogrodowym potokiem. Duże żółto-zielone owoce mają twardy, soczysty miąższ o słodkim aromacie. Idealnie nadają się na szarlotki i tartę tatin. Tym razem, by uczcić Dzień Jabłka, opatuliłam je w delikatne i chrupiące płaty ciasta filo. 


Z dodatkiem cynamonu i pokruszonych ciasteczek amaretti, podsmażone na maśle jabłka delikatnie miękną, a ich kuszący zapach cudownie opływa cały dom.  Wystarczy tylko chwila by delektować się maślaną chrupkością filo i wspaniałym nadzieniem z jabłek. Zapraszam i Was!


FILO-SZARLOTKA 

4-5 dużych jabłek, najlepiej o twardym miąższu
pół kostki masła
cukier - do smaku
cukier waniliowy
cynamon
garść pokruszonych ciasteczek amaretti
4 arkusze ciasta filo


Jabłka obrać ze skórki i pokroić na ósemki. Na patelni rozgrzać 1/4 kostki masła, wrzucić cząstki jabłek, posypać cukrem waniliowym, cukrem (ilość zależy od słodkości jabłek i Waszych preferencji) i oprószyć cynamonem. Dusić przez ok. 10 minut, aż powstanie lekko karmelowy sos, a jabłka delikatnie zmiękną. Zdjąć z ognia. 


Pozostałe masło stopić w garnuszku. Arkusze ciasta filo smarować kolejno stopionym masłem i kłaść jeden na drugim. Tak przygotowanym ciastem wyłożyć okrągłą formę do zapiekania o średnicy 22 cm. Należy to robić bardzo ostrożnie, gdyż ciasto jest delikatne i łatwo pęka. Pozostałe boki ciasta będą służyły do przykrycia nadzienia, więc nie należy ich odcinać.


Na tak przygotowane ciasto przełożyć jabłka wraz  pokruszonymi ciasteczkami amaretti - nie tylko wchłoną ewentualny nadmiar soku , ale pozostawią także wspaniały aromat. Całość delikatnie nakryć pozostałym na brzegach ciastem. 


Wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 stopni i piec ok. 15-20 minut, do momentu aż wierzch ładnie się zezłoci. 
Po wyjęciu oprószyć cukrem pudrem. Najlepiej smakuje na gorąco z kleksem bitej śmietany lub lodami waniliowymi. Smacznego!


czwartek, 23 września 2010

Petit pots au chocolat. Deser ze słów.




Jest ich tak dużo. I wciąż przybywa nowych.
Krążą wokół nas.
Cicho chodzą po głowie. Czasem roznoszą się głośnym krzykiem.
Potrafią rozkochać i ukołysać, ale i zranić.
Potrzebujemy ich, by emocje nabrały kształtu.
Szukamy ich, by znaleźć odpowiedź.
Zbieramy, by stworzyć historię i przekazać ją dalej.
Są drogowskazem, gdy szukamy drogi.
Potrafią zapalić światło, gdy tkwimy w ciemnym tunelu. 
Obdarzone głosem zamieniają się w dźwięki, które tworzą niezwykłe melodie. 

Słowa.


Czasami jedno znaczy więcej niż tysiąc.
Lubię słowa. Choć ich dwuznaczność nie raz napawa mnie niepokojem.
Lubię ich dźwięk. Choć nie zawsze go rozumiem. 
Mogłabym godzinami wsłuchiwać się w słowa wypowiadane przez Amelię.
Na dźwięk portugalskiego zamykam oczy i wędruję wąskimi uliczkami Lizbony w tle słysząc dźwięki ukochanego Madredeus, jak w Lisbon Story Wima Wendersa.
Serce bije mi mocniej słuchając chorwackiego. Przenoszę się wtedy do szalonego świata z filmów Kustoricy i tańczę na weselu z bohaterami "Czarny Kot, Biały Kot"
Nie muszę rozumieć tych słów. Ważny jest ich dźwięk, melodia.
Wystarczy.


Mam też niewielką kolekcję klejnotów, takich słów, które zawsze wprawiają mnie w dobry nastrój, rozczulają lub przenoszą w krainę dobrych wspomnień. 
Dziś z tej szkatułki wyciągam dwie takie perełki.
Pierwszą jest PETIT. Uwielbiam to słowo. Jest małe jak jego znaczenie. Drobne i figlarne. Podoba mi się kształt jaki przybierają usta wypowiadając to słowo: PETIT


Drugie to CZEKOLADA. Nie tylko za ukojenie, jakie daje jej smak, ale za dźwięk. Czy Wy też mówiąc to słowo słyszycie to rozkoszne łamanie kostki czekolady i czujecie jak powoli topi się na podniebieniu?
A może połączymy te słowa i nadamy im kształt i smak cudownego, aksamitnego deseru. 
Z czekolady. W petit pots, czyli małych naczynkach. 


Zapraszam Was na petit pots au chocolat, tradycyjny francuski deser z czekolady, podawany w charakterystycznych petit pots, od których pochodzi jego nazwa. 
Jest bardzo prosty w przygotowaniu, więc z łatwością zaprowadzi Was w krainę czekoladowej rozkoszy. 
Istnieje kilka wersji tego deseru, ja korzystałam z przepisu zamieszczonego w książce DESERY wydawnictwa Konemann, ale z apetytem sprawdzę wszystkie pozostałe:) 

P.S. Czy Wy też macie takie szkatułki na słowa? Jakie słowa w nich trzymacie?


PETIT POTS AU CHOCOLAT
/na 8 porcji/ 

170 ml śmietany kremówki 36 %
1/2 laski wanilii, przekrojonej wzdłuż
150 g dobrej ciemnej gorzkiej czekolady
80 ml mleka
2 żółtka
60 g cukru
bita śmietana do udekorowania


Małe foremki żaroodporne o pojemności 80 ml wysmarować cienko stopionym masłem i wstawić do głębokiego naczynia do pieczenia. Piekarnik rozgrzać do temperatury 140 stopni. 
W rondelku o grubym dnie podgrzać śmietanę z laską wanilii (nie dopuścić do zagotowania), i odstawić, by śmietana nasiąknęła wanilią.


Do drugiego rondelka przełożyć połamaną na małe kawałeczki czekoladę oraz mleko. Wstawić na mały ogień i stale mieszać, aż czekolada się rozpuści.
Żółtka ubić z cukrem na puszystą i gęstą masę. Dodać śmietaną i stopioną czekoladę, dobrze wymieszać, by całość się połączyła. 


Przelać do foremek napełniając je w dwóch trzecich. Do naczynia, w którym są ustawione wlać tyle wody, by sięgała do połowy wysokości foremek. 


Wstawić do piekarnika i piec 45 minut, aż krem nieco podrośnie i będzie "gąbczasty".  Wyjąć z piekarnika i całkowicie ostudzić. Po wyjęciu z piekarnika krem będzie miał na wierzchu cienką skorupkę. Przełożyć do lodówki na minimum 6 godzin. 
Podawać z kleksem bite śmietany. Smacznego!


wtorek, 21 września 2010

Zatrzymać chwile. O uśmiechu i jeżynach.



"Jeśli wolno zapytać, ileż to ta dziewczyna liczy wzrostu?" usłyszałam kilka dni temu za plecami, na chodniku.
Ciepły, dystyngowany głos. Skierowany do mnie.
I ujrzałam twarz. Drobnej, niskiej osoby. O pięknych rysach i cudownym, ciepłym uśmiechu. Takim, który topi wszystkie lody i łagodzi wszelkie smutki. Twarz jasną i promienną, z rubinem na wciąż pięknych ustach.
Elegancka, dystyngowana Starsza Pani uśmiechała się do mnie serdecznie i radośnie. Ze swadą opowiedziała historię swoich dwóch, także wysokich, przyjaciółek, jeszcze sprzed wojny. Ona też wyglądała jakby  innej epoki - uczesana w stylu gwiazd filmowych z lat 40-tych nadal promieniała zjawiskową kiedyś urodą. Mówiła pięknie, używając słów, które dziś rzadko słyszymy. Była w niej niecodzienna otwartość i urok. Odeszła uśmiechnięta, z wysoko podniesioną głową. Szła dumnie w stronę parku. Może spotkała jeszcze kogoś kto przypomniał jej dawne czasy? Może szuka w młodych odbicia tego co już minęło i cieszy ją każdy odnaleziony refleks odległej przeszłości?


Z pozoru to nic nie znaczące spotkanie, a jednak będę o nim zawsze pamiętać. W jakiś sposób stałam się częścią wspomnień osoby, której losy będą dla mnie zagadką. Zupełnie bezinteresownie zostałam obdarowana uśmiechem przeszłości. Ktoś podzielił się ze mną swoją historią i opowiadając mi ją przedłużył jej życie. Teraz ja będę o niej zawsze pamiętać.


Ale to także smutna historia. Bo czyż nie jest smutne to, iż uśmiech obcej osoby staje się dla nas czymś wyjątkowym? Mijamy się zabiegani z głowami zapełnionymi tysiącem "ważnych" spraw i nie widzimy się nawzajem. Z ponurymi minami patrzymy na siebie bezosobowo.
A przecież uśmiech nic nie kosztuje. Choć jest bezcenny. Tak jak wspomnienia. Uśmiechajmy się do siebie i zatrzymujmy chwile, nawet te z pozoru nic nie znaczące. Zyskają na wartości kiedy będziemy mogli się nimi z kimś podzielić.


Lubię zatrzymać chwile. Równie mocno lubię zatrzymać smak, bo w nim też kryją się wspomnienia i kolory. Tak jak w galaretce z ostatnich w tym roku jeżyn. Galaretka wydaje mi się nieco zapomnianym deserem. Trochę retro i nie na czasie. Chętnie do niej wracam. Ta z jeżyn zachwyciła mnie cudownym intensywnym kolorem i wspaniałym smakiem, który zatrzymał odcień lata i jedno z ostatnich o nim  wspomnień w tym roku.


GALARETKA Z JEŻYN

300g jeżyn, najlepiej świeżych, ale mogą też być mrożone
185 g cukru
60 ml wódki (nie mam w domu, zastąpiłam nalewką jeżynową)
3 łyżki żelatyny


Jeżyny wsypać do garnka, zasypać cukrem, dodać nalewkę i zalać 1 litrem wody. Mieszać na małym ogniu aż cukier całkiem się rozpuści. Następnie gotować dalej na małym ogniu pod przykryciem przez ok. 15 minut. 
Zdjąć z ognia i lekko wystudzić.


Sitko ustawić nad miską i przelać do niego owoce, tak by sok ociekł (nie przecierać owoców). Do mniejszego garnuszka odlać trochę soku i wsypać do niego żelatynę. Dokładnie wymieszać i odstawić, by napęczniała. Następnie na małym ogniu delikatnie mieszać, aż się rozpuści - nie doprowadzić do zagotowania. Połączyć z resztą soku i przelać do foremek opłukanych wcześniej zimną wodą. Chłodzić w lodówce, aż się zetnie.
Smacznych wspomnień Wam życzę i uśmiechu!


* przepis pochodzi z książki DESERY wydawnictwa Konemann.

niedziela, 19 września 2010

Skąpany złotem. Creme caramel. Kawowy.



Lubię złoto.
W naturze.
Dostępne dla każdego. Wszędzie. O każdej porze.
W poświacie zachodzącego słońca.
W jesiennych liściach.
W kosmykach włosów rozjaśnionych gorącym latem.
W blasku bursztynów.
We wzorku na filiżankach pamiętających wesele mojej Prababci.
W płomieniach ogniska, i za szybą kominka.
W gasnącym świetle wieczornego miasta.
W plastrze świeżego miodu.
I w słodkim karmelu.


Jest taki deser, który opływa złotem. 
Słodkim i lśniącym.
Kryjącym delikatny, aksamitny krem.


Nie trzeba wiele, by opływać w złoto. 
Trochę mleka, cukru, parę jajek i kawa, bo lubię jej smak i kolor, na jaki barwi desery.


Mam ochotę na słodkie wrześniowe popołudnie. Ze słońcem za oknem i złotem na talerzu.
Bursztynowy karmel spływa po kremie płynnym złotem.


Łyżka po łyżce rozpływam się z rozkoszy. 
Opływam w złocie. 


CREME CARAMEL, KAWOWY

/4 porcje/

NA KARMEL
75 cukru
1 łyżka wody


Cukier wsypać do rondla o grubym dnie, dodać łyżkę wody i  podgrzewać na małym ogniu do momentu, aż cukier całkowicie się rozpuści. Zwiększyć ogień i gotować do uzyskania ciemnozłotego karmelu. Zdjąć z ognia i natychmiast przelać na dno przygotowanych wcześniej foremek żaroodpornych - np. ramekinów; karmel ma pokryć cienką warstwą całego dno foremki. 


Czynność tą należy wykonywać naprawdę szybko, gdyż karmel bardzo szybko zastyga. Jeśli karmel stwardnieje zanim uda Wam się rozlać go równomiernie na dnie foremek, postawcie garnek ponownie na ogniu i lekko podgrzewajcie do uzyskania płynnej konsystencji. Odstawić do całkowitego wystudzenia.
Ja użyłam 4 foremek o średnicy 10 cm, możecie użyć mniejszych, wtedy proporcje wystarczą na 6 deserów.


NA CREME CARAMEL

3 jajka
35 g cukru (można dać więcej jeśli lubicie słodsze desery)
450 ml mleka
1 łyżka kawy rozpuszczalnej (można dodać więcej, jeśli chcecie, by krem był bardziej intensywnie kawowy).


W misce jajka lekko ubić z cukrem. Mleko wlać do rondelka i podgrzewać aż będzie letnie. Wsypać kawę i dobrze wymieszać, aby się całkowicie rozpuściła. Zdjąć z ognia i delikatnie przelać do miski z jajkami. Wymieszać i przelać do wcześniej przygotowanych foremek z zastygłym karmelem.
Wypełnione foremki przełożyć do wysokiego naczynia (np. duża brytfanna) wypełnionego ciepłą wodą - powinna sięgać przynajmniej do 3/4 wysokości foremek. 


Wstawić do piekarnika nagrzanego do temperatury 160 stopni i piec przez ok. 40-45 minut. Wyjąć i odstawić do całkowitego wystudzenia, następnie przełożyć do lodówki i chłodzić przynajmniej przez 1 godzinę. 
Schłodzony krem przełożyć na talerze -  wyjmując z foremek można lekko okroić ostrym nożem wokół brzegów foremek i ostrożne wyłożyć na talerz - karmel spłynie i utworzy cudowny sos. 


* przepis pochodzi z książki  The Best of Sainsbury's Desserts

czwartek, 16 września 2010

Prace ręczne. Orecchiette pomidorowe.



Gdy chodziłam do szkoły na lekcjach zwanych potocznie  "pracami ręcznymi" uczyliśmy się szydełkowania, haftowania i robienia na drutach. Późną jesienią szykowaliśmy budki dla ptaków, wiosną szyliśmy na maszynie letnie bluzki. Zaliczyłam też tekturowy peryskop, misę z masy papierowej i małą makietę księżyca.
Raz zrobiliśmy sałatką ziemniaczaną. 
Osiem lat szkoły i tylko raz dane nam było zamienić "prace ręczne" w gotowanie, a właściwie samo krojenie, bo ugotowane ziemniaki przyniosły nam ze stołówki panie kucharki.
Nie wiem jak Wy, ale ja ogromnie żałuję, że moja szkolna edukacja szerokim łukiem omijała temat jedzenia i gotowania. Zazdroszczę dzieciom, które żyją w krajach, gdzie poznawanie smaków i aromatów stanowi integralną część nauki. Przeraża mnie świadomość, że zbliżamy się do modelu, jaki oglądaliście pewnie w rewelacyjnej serii programów "Jamie w szkolnej stołówce". Dzieci w angielskich szkołach nie potrafiły nazwać cebuli, były bliskie omdlenia na samą myśl o zjedzeniu sałaty, a porcje zdrowych i pełnowartościowych obiadów niemal w całości trafiały do kosza. 
Byłam pod wielkim wrażeniem Jamiego, który przebrany bodajże za kolbę kukurydzy stawał na głowie, by namówić dzieci i rodziców do odstawienia chipsów, batonów i innych fast-foodowych zapychaczy. W końcu najbardziej opornych uczniów zaprosił do wspólnego przygotowania obiadu. I to był prawdziwy sukces. Dzieci nie tylko wspaniale sobie poradziły z gotowaniem, ale przede wszystkim zjadły z apetytem przekonując się, że zdrowe jedzenie jest naprawdę smaczne. 


Od dwóch tygodni mam w domu Pierwszoklasistę. Wczoraj wróciłam z pierwszego szkolnego zebrania. Już wiem co przewiduje program nauczania na ten rok i że ścieżka matematyczna zakłada naukę liczenia do ... 10! Nie wiem jeszcze czy uda się namówić wychowawczynię na zajęcia "kulinarne". Wiem za to,  co czeka na dzieci w szkolnym sklepiku. Codziennie, jeszcze przed pierwszym dzwonkiem ustawia się tam długa kolejka małych i troszkę większych klientów. Kolejka wolno się posuwa, bo towaru jest dużo, a wybór ciężki: zielone żelki "na metry" czy gumy "łamiszczęki"; Cola czy oranżada; chipsy z papryką czy z bekonem; jadalny papier czy różowa żelkowa żaba, a może hot-dog, hamburger czy ....
Czy tylko ja uważam, że towar w sklepiku nadaje się do całkowitej wymiany? Czy nie można zamienić żelek na owoce, wstrętnie żółtej oranżady na soki owocowe, a ociekającego keczupem hot-doga na świeżą drożdżówkę? 
Czy dzieci zahipnotyzowane ilością słodyczy i chipsów będą miały ochotę na miskę sałaty, domowy obiad? Wciąż mam nadzieję, że tak.
Czy możemy coś zrobić? Oczywiście! Zaprośmy dzieci do kuchni. Gotujmy i pieczmy razem. Pozwalajmy im dotykać, wąchać, mieszać i bałaganić. Niech zaprzyjaźnią się z warzywami, mąką, surowym ciastem. Jeśli tylko mamy czas organizujmy dzieciom kuchenne "prace ręczne" i uczmy ich, jak zostać smakoszem zdrowego jedzenia. 


U mnie na ostatnich zajęciach z "prac ręcznych" powstał domowy pomidorowy makaron orecchiette. Ciasto jest niebywale plastyczne, właściwie do złudzenia przypomina plastelinę, co gwarantuje dzieciom wspaniałą zabawę i ogromne chęci do współpracy. Po ugotowaniu makaron jest miękki i sprężysty. Ja podałam go  z czosnkiem i cukinią, tak jak w przypadku spaghetti, o którym pisałam tu. Możecie oczywiście przygotować swój ulubiony sos.
Namawiam Was gorąco do "prac ręcznych" , a do tego przepisu na makaron w szczególności! Smak jest wyśmienity, a satysfakcja z samodzielnie przygotowanego obiadu bezcenna!


POMIDOROWE ORECCHIETTE
/NA 4 PORCJE/

350 g mąki pszennej
4 żółtka
160 g koncentratu pomidorowego
sól, pieprz
2 łyżki oliwy

Wszystkie składniki na ciasto dokładnie zagnieść i odstawić pod przykryciem na minimum 20 minut. 
Ciasto podzielić na kilka mniejszych części i uformować z nich cienkie wałeczki o średnicy ok. 1/2 cm. Pokroić je na kawałeczki równiez ok. 1/2 cm. Każdy z nich rozgnieść kciukiem, aby powstało wgłębienie na kształt muszelki. 


Ja z części ciasta przygotowałam też makaron w kształcie wałeczków, niestety nie pamiętam nazwy - może Wy wiecie jak się nazywa?
W garnku zagotować osoloną  wodę. Makaron wrzucić do wrzącej wody i gotować ok. 5-6 minut. Odcedzić. 
Przygotować sos. 


CUKINIA Z CZOSNKIEM

1 średnia cukinia
3 duże ząbki czosnku
oliwa
sól, pieprz


Cukinię umyć, osuszyć i pokroić w cieniutkie paseczki - ja używam do tego specjalnej "obieraczki-krajaczki". Czosnek obrać i pokroić na cienkie plasterki. Oliwę rozgrzać na patelni, wrzucić czosnek i smażyć do momentu aż nabierze delikatnie złotego koloru , dodać pokrojoną w paseczki cukinię i podsmażać ok. 5 minut, doprawiając do smaku solą i pieprzem. Gdy cukinia zmięknie, dodać przestudzony makaron, dobrze połączyć z resztą składników. Wykładać na talerze dodatkowo skrapiając oliwą. Smacznego!
 

* przepis pochodzi z magazynu KUCHNIA 5/2009, wprowadziłam moje drobne zmiany.

** ten przepis to moja propozycja do akcji Smacznie i pomidorowo oraz Viva la pasta