Pokazywanie postów oznaczonych etykietą winogrona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą winogrona. Pokaż wszystkie posty

środa, 31 października 2012

TU I TAM nr 28. Brrr ... brukselka, małpa i Tom Waits.


Mała zielona główka.
Kapuściana.
Ubrana w zielone bufiaste spódnice.
Zakłada je jedna na drugą.
A każda inaczej udrapowana.
Pojawia się późną jesienią, kiedy nad pustymi już polami snują się mgły.
I zostaje do wiosny.
Budzi mieszane uczucia.
Jedni ją kochają, inni nie znoszą.
A u nas - u Amber i u mnie w Kucharni, zajmuje wysoką pozycję.
Uwielbiamy ją.
Brukselka podana.
Zapraszamy!


Słyszałam, że nie przepadacie za brukselką.
Nie Ty, ani Ty, ale On i Ona.
Tak Wy!
Nie dziwi mnie to, choć zupełnie nie rozumiem - dlaczego?


Mówicie, że od dzieciństwa?
Rozgotowana, mdły smak, kolor jak wyblakły ręcznik po wielu praniach. 
No tak, to może być argument. 
Ale dlaczego?


Dlaczego uwierzyliście, że to jedyny sposób?
Dobrze. Przyznaję, że kiedyś też podobnie myślałam.
Myślałam, że nie można inaczej,
że wyobraźnia ma granice.
Nie ma.


Tu wszystko jest dozwolone.
Czasem lepsze, czasem zupełnie niewyobrażalne, a jednak możliwe. 
Wędrówki wyobraźni fascynują bardziej niż realne podróże.
Nigdy nie wiadomo dokąd doprowadzą, często nie wiadomo nawet kiedy się zaczęły. 


Bez map i przewodników.
Utkane z myśli, oswobodzonych, wolnych. 
Wszystkie trasy dozwolone.
Żadnych ograniczeń.
Wystarczą trzy słowa: "Wyobraź sobie, że...".


Tylko tyle. 
I już mnie nie ma tu, gdzie jestem.
Zaglądam teraz do pudła w szafie, z którego zniknęły tabliczki z nazwiskami. Zaraz się dowiem, że ukradła je małpa. Sama się do tego przyznaje. * 
I zupełnie mnie to nie dziwi. 


Wracam do siebie. Jedynie na chwilę.
Zachrypły, niski głos zabiera mnie zaraz wprost pod scenę. 
Siedzę przy okrągłym stoliku w zaciemnionej sali i wierzę na słowo, że "piano has been drinking, the carpet needs a haircut". ** 
Dzisiejszy wieczór w klubie sponsoruje Tom Waits. 


A jak będzie z Wami?
Dacie się przekonać wyobraźni?
Uwierzycie, że ten sprany ręcznik to nie jedyne wcielenie brukselki?
Zejdźcie z wydeptanych ścieżek.
Dajcie się ponieść fantazji.


Zaskoczcie samych siebie.
Kupcie świeżą brukselkę. Podsmażcie ją na oliwie. 
Dobrze się poczuje w towarzystwie czerwonej cebuli.
Wybierzcie dojrzałe winogrona, posiekajcie dorodne orzechy. 
Nie żałujcie octu balsamicznego i przypraw. 


Otulcie to wszystko ciastem.
Otrzymacie chrupiące galette z brukselką, winogronami i orzechami
Tak. Wyobraźcie sobie, że galette wcale nie musi być okrągłe, a brukselka nie jest wyłącznie więźniem własnego stereotypu.
Choć to właściwie nasza wina. 


Od lat wrzucana do osolonej wody i rozgotowywana, skutecznie utraciła zainteresowanie otoczenia. 
Jakże niesłusznie.
Uwierzcie wyobraźni. Tu wszystko jest możliwe.
Nawet to, że pokochacie brukselkę.


GALETTE Z BRUKSELKĄ, WINOGRONAMI I ORZECHAMI

Na spód:

1 1/4 szklanki mąki
1/4 łyżeczki soli
8 łyżek zimnego masla
1/4 szklanki kwaśnej śmietany
1 łyżeczka soku z cytryny
2-3 łyżki zimnej wody
1 żółtko

Na nadzienie:

oliwa z oliwek
1 nieduża czerwona cebula
ok. 250 g świeżej brukselki
2-3 łyżki octu balsamicznego
1/3 szklanki siekanych orzechów włoskich
1/3 szklanki czerwonych winogron
sól i pieprz do smaku
1/3 szklanki tartego parmezanu
krem balsamiczny - do smaku


Wszystkie składniki do spodu przełożyć do miski i zagnieść na gładkie ciasto. Wstawić do lodówki na ok. 1 godzinę. W tym czasie przygotować nadzienie. Brukselkę obrać z wierzchnich liści, jeśli trzeba odciąć twardy trzonek i opłukać. Pokroić na połówki lub ćwiartki. 
Na patelni rozgrzać oliwę i wrzucić na nią posiekaną czerwoną cebulę, a po ok. 3 minutach dorzucić brukselkę. Trzymać na ogniu przez kolejne 7-8 minut, do momentu aż brukselka zacznie się lekko rumienić. Przełożyć do miski. Na tą samą patelnię wlać ocet winny i wrzucić posiekane grubo orzechy oraz połówki czerwonych winogron. Wymieszać i zdjąć z ognia i połączyć z brukselką. 


Schłodzone ciasto rozwałkować - u mnie na kształt prostokąta.  Posypać tartym parmezanem zostawiając ok. 3 cm z każdej strony - boki będą zawijane. Rozłożyć brukselkowe nadzienie i założyć boki ciasta, by przytrzymały nadzienie. Wstawić do piekarnika nagrzanego do temperatury 190 stopni i piec przez ok. 30 minut, do momentu aż ciasto i nadzienie ładnie się zarumienią. Podawać skropione kremem balsamicznym.


    * Malpa pochodzi z opowiadania H. Murakami pt. "Małpa z Shinagawy".
    ** fragment piosenki T. Waitsa pt. "The piano has been drinking" - do posłuchania na pasku bocznym. 
    *** inspiracją był przepis znaleziony na tej stronie - klik

    środa, 12 września 2012

    Vendemmiamo. Wrześniowy wernisaż, winobranie i concord grapes zatrzymane w lodach.



    "Gdy księżyc zaczyna blednąć, a winogrona są napęczniałe i ciemne, pokryte wyraźnym białawym nalotem i w pierwszych promieniach słońca osuszone z porannej rosy - wówczas vinaiolo (zarządca winnicy) zrywa kiść winogron, pociera owoc lub dwa o rękaw koszuli, po czym wkłada je do ust, żuje, połyka, uśmiecha się i mówi: vendemmiamo, możemy przystąpić do zbioru." *


    Vendemmiamo. Vinaiolo. Wrzesień. Winogrona. Winobranie. 
    Zabawne, że wszystko zdaje się toczyć wokół jednego dźwięku - "w".
    Czy to przypadek, że to jedna z ostatnich liter alfabetu? Końcówka.


    Później niewiele już zostaje. "Z" i zabawne "ź", równie dziwaczne jak przypisane mu "źdźbło". 
    Celowo czy przypadkiem zmierzch lata zaczyna się od "w", potem świat otrzepie się z ostatnich wspomnień i zrzuci je zaschnięte w liściach. 
    Zastygnie i zaśnie. 
    Nadejdzie "z" jak zima. Ale to jeszcze nie teraz. Za wcześnie.


    Teraz czas na wernisaż. Wrześniową wystawę.
    Wstęp wolny. Dla każdego.
    Wybieram krzesło pod drzewem, na lekkim wzniesieniu. 
    Ogrodowa loża. 


    Drzewo jest starsze od domu. Silne, mocne, choć ugięte pod ciężarem jesiennych jabłek. Na jednym z muskularnych konarów wciąż jeszcze rozciąga się hamak kołysząc leniwe wrześniowe promienie.   


    Wrzesień. Wielki impresario. Wszędzie wokół rozkłada swe dzieła, prezentuje artystów. 
    Martwa natura jabłek rozrzuconych na trawie w artystycznym nieładzie. 
    Teatr cieni wędrujących po łące w pogoni za słońcem - coraz wcześniej schodzącym ze sceny reżyserem.


    Balet motyli  - lekki, delikatny, jakby nieświadomy swojego piękna. Tylko w słońcu, tylko na chwilę, tylko tam, gdzie przejrzałe śliwki nakarmią artystów ostatnimi kroplami słodkiego nektaru. 
    Zastygam z zachwytu. Siedzę bez ruchu. Staję się częścią sceny, na której zaczynają się pojawiać najbardziej nieśmiali wykonawcy.


    Dzięcioł - elegancki, jak na artystę przystało, we fraku i czarnym tupeciku stuka tak, że milkną nawet świerszcze. Rzeźbi wytrwale, z pasją. Skupiona w dziobie wena odbiera mu w końcu rozsądek i zbliża się do mnie na wyciągnięcie ręki. Gdyby nie akrobacje wiewiórki, która nagle niemal dosłownie spada z nieba, mogłabym zdobyć się na śmiałość i poprosić go o autograf na drewnianej tacy, na której stygnie mi kawa.


    A wrzesień? A wrzesień jest malarzem.
    Czubkiem pędzla zmoczonego w złocistej farbie powoli przemalowuje świat. Zaczął od jabłek, potem zatrzymał się na dyniach, teraz czekają na niego drzewa. Za parę tygodni obraz będzie gotowy. Zawiśnie w jesiennej galerii i będzie się suszył zanim wiatr nie strąci ostatnich liści jak kruszących się kawałków starej farby. 


    Wrześniowe powietrze pachnie winem. To zapach jabłek, tych które po prostu przeminą na trawie i dojrzałych słodkich winogron. Tych, których martwa natura zajmuje całą ścianę domu. 


    Posłuszni vinaiolo czekamy na znak i rozpoczynamy nasze vendemmiamo. Wrześniowy performance, w którym my, publiczność, możemy brać udział. Rubinowym sokiem malujemy usta i palce. 


    "Przy jednym ze stołów kobiety formują z ciasta płaskie chleby i układają na nim winogrona. Obficie posypują winogrona cukrem - białym i brązowym wymieszanym w równych proporcjach - a następnie świeżo zmielonym pieprzem. Potem wsuwają chleby do pieca opalanego drewnem stojącego w głębi przepastnej kuchni." 


    Schiacciate con l'uva. 
    Winogronowe placki. Stały się już naszą tradycją. Przez pierwsze dni winobrania piekę je codziennie, na koniec dnia, gdy "opowiedziano już, co było do opowiedzenia, pośmiano się i zapanowała cisza. Mleczny księżyc raz po raz znika, przesłaniany pędzącymi po niebie chmurami. Robaczki świętojańskie odbijają się rykoszetem od krzewów winorośli (...)", a ja odkładam miskę dorodnych winogron.



    Chcę zatrzymać ich smak inaczej niż zwykle. Nie w winie, ani w soku, nie w rozmarynowej galaretce i rozrywanej jeszcze na ciepło schiacciate con l'uva, ale w lodach. Concord grapes ice cream z obowiązkową nutą rozmarynu - lody, których kolor już na zawsze wpiszę się we wrześniową paletę. Lody, których smak długo nie da o sobie zapomnieć. Zmalujcie sobie takie lody, koniecznie! 


    LODY WINOGRONOWE Z NUTĄ ROZMARYNU 
    CONCORD GRAPES ICE CREAM

    Co mogę o nich napisać? Są doskonale. Winogrona concord i rozmaryn to para doskonała. Dla mnie to kolejne cudowne wcielenie tych wspaniałych, aromatycznych i uwodzicielsko słodkich owoców. 


    2 szklanki śmietanki 30%
    1 szklanka mleka
    1 3/4 szklanki cukru
    1/4 szklanki wody
    8 szklanek winogron odmiany concord
    4 żółtka
    szczypta soli
    gałązka świeżego rozmarynu


    Umyte winogrona przełożyć do dużego rondla, dodać rozmaryn, zalać wodą i trzymać na małym ogniu aż zaczną się gotować. Ugnieść grona przy pomocy drewnianej łyżki, by popękały i puściły jak najwięcej soku.  Kiedy zmiękną zdjąć z ognia, lekko przestudzić i delikatnie zmiksować - nie za mocno, aby nie zmielić pestek.  


    Następnie odcedzić dokładnie na gęstym sicie. Otrzymany w ten sposób sok odstawić do zupełnego wystudzenia. 
    W tym czasie do drugiego, mniejszego rondla wlać śmietanę, mleko i dodać połowę cukru i podgrzewać delikatnie na małym ogniu. 


    W misce ubić żółtka z resztą cukru. Podgrzaną masę śmietanową wlewać stopniowo do żółtek ubijając tak, by wszystko dokładnie się połączyło, a następnie wstawić ponownie na mały ogień i cały czas mieszając czekać aż masa delikatnie zgęstnieje (będzie jak płynny budyń). Zdjąć z ognia i połączyć z wystudzonym sokiem winogronowym i odstawić do całkowitego wystudzenia. Przelać do maszynki do lodów i postępować dalej według wskazówek producenta. 


    * cytaty pochodzą z książki Marleny de Blasi Tysiąc dni w Toskanii.
    ** przepis na te cudowne lody znalazłam na tej stronie - klik 

    Polecam Wa także dwa inne przepisy z winogronami concord w roli głównej:

    piątek, 19 listopada 2010

    List do Mikołaja. I słoiczek konfitury. Dla Kubusia!




    Wczoraj pisaliśmy list do Mikołaja. Właściwie to M. pisał, a ja pomagałam tylko z trudniejszymi literkami. Rumieńce na twarzy, rozświetlone marzeniami oczy i poważny wyraz zamyślenia, czy aby na pewno list dotrze na czas. To pierwszy list M. w wersji słownej, a nie obrazkowej jak dotychczas. Te wspólne chwile przy stole sprawiły mi ogromną radość. Zapisałam w głowie każdy gest, uśmiech i minę. M. pękał z dumy, że taki długi  list napisał  samodzielnie. I, że fajnie jest chodzić do szkoły, uczyć się literek, a potem składać je razem, by spełniać swoje marzenia. Piętnaście, może dwadzieścia wspaniałych, radosnych minut. Zaraz potem kolejne, spędzone na zabawie w policjantów, którzy w tajemniczy sposób wchodzą w posiadanie eliksiru szybkości - teraz złapanie złodzieja to kwestia sekund:)! I jeszcze gra w karty, zabawa z psem, długie rozmowy na ważne tematy - czy  powietrze może być twarde ? Tak nam minęło popołudnie. Tak spędzamy wiele z naszych  wspólnych dni. 


    Gdy pisaliśmy list. M. zapytał, czemu ja nie piszę, czy nie wiem jeszcze co bym chciała dostać od Mikołaja? Rozbawiło mnie to, bo od lat tego nie robię, choć przyznam, że i tak Mikołaj o mnie zwykle pamięta - dziękuję;) I zaczęłam się zastanawiać na co mam ochotę, co bym napisała w liście. I oczywiście wpadło do głowy kilka zupełnie przyziemnych drobiazgów, ale nie warto ich spisywać. I bez nich też sobie świetnie daję radę. Ale popatrzyłam na M. i już wiedziałam o co mogę prosić Mikołaja - o wielki wór bez dna, z którego wysypywać  się będą właśnie takie wspólne chwile, cudowne rozmowy, szalone zabawy, momenty do dumy i radości. 


    Nie umiem sobie wyobrazić co w liście do Mikołaja napisałby Kubuś, gdyby kiedyś w ogóle mógł pisać, ale myślę, że wiem, co napisałaby w liście jego Mama...
    Większość rodziców "tajemniczo" zamienia się w Mikołaja spełniając życzenia dzieci. Ale w tym wypadku nie trzeba być rodzicem, by pomóc w spełnieniu marzenia. Może to zrobić każdy z Was włączając się do akcji charytatywnej dla Kubusia, ale  i dla wielu innych dzieci, których marzenia bez naszej pomocy pozostaną wciąż bez szans. 


    Zachęcam Was z całego serca do udziału w licytacji przedmiotów, z których dochód zostanie przekazany na pomoc dla chorego KubusiaZnajdziecie tam także moje słoiki cudownej konfitury z czerwonych winogron z rozmarynem i nutą porto. Ta konfitura podbiła moje serce i niemal do upadłego zamykałam kolejne (coraz pokaźniejsze) dostawy winogron w piętrzące się na półkach słoiczki. Po zachwycie, jaki wywołało u nas połączenie winogron z rozmarynem w Schiacciatta con L'uva (klik), bardzo chciałam zatrzymać ten smak na dłużej i udało się! Rozmaryn nie dominuje, ale tworzy niezwykle aromatyczne tło.


    Receptura moja, ale konfitura może być Wasza!  
    Liczę na Was Mikołaje:)
    Szczegóły aukcji znajdziecie TU, a przepis poniżej. 


    KONFITURA Z CZERWONYCH WINOGRON Z ROZMARYNEM I NUTĄ PORTO
    /podaję składniki na 1kg obranych owoców, co daje ok. 6 słoiczków/

    1 kg ciemnych winogron, najlepiej odmiany Concord
    1 gałązka świeżego rozmarynu
    ok. 100 ml porto
    1/2kg cukru żelującego 2:1
    cynamon, imbir - do smaku


    Obrane winogrona opłukać i przełożyć do garnka. Ugnieść, tak by puściły sok. Wstawić na średni ogień, i gdy lekko się rozgrzeją dosypać cukier żelujący oraz wrzucić rozmaryn. Dokładnie zamieszać i nadal mocno ugniatać. Dolać porto oraz cynamon i imbir - do smaku, wg indywidualnych preferencji. Doprowadzić do zagotowania i gotować jeszcze przez ok. 3-4 minuty. 


    Ściągnąć z ognia. Przygotować drugi czysty garnek oraz sitko - chochlą nabierać konfiturę i przecierać przez sitko, tak by pozbyć się pestek i skórek. Jeszcze gorącą przekładać do czystych, wyparzonych słoików, mocno zakręcić i odstawić do momentu, aż konfitura się zetnie. Najlepiej odstawić na kilka tygodni, by jeszcze mocniej naciągnęła aromatem rozmarynu i porto.  Ale równie dobrze można od razu wyjadać łyżeczką ze słoika!





    środa, 13 października 2010

    Przełamując fale. Schiacciatta con L'uva. W odcieniu różowego tygodnia.




    Nie lubię płynąć z prądem. Boję się, że mnie porwie, stracę kontrolę nad tym co robię i przestanę być sobą.
    Wolę płynąć pod prąd. Tak jest trudniej, ale jeśli się udaje, to satysfakcja zamienia się w spełnienie. A ja chcę się spełniać. Chcę robić w życiu to, co sprawia mi prawdziwą przyjemność. 
    Nie zawsze jest łatwo. Moje decyzje często były trudne i niełatwe do zrozumienia dla innych. Nie zawsze też były właściwe. Ale nawet wtedy wierzyłam, że mimo porażki, nie dam się ponieść prądowi, ale wyznaczę inną ścieżkę, by pójść dalej moją drogą.
    Czy warto przełamywać fale, iść pod prąd i walczyć o swoje spełnienie?
    Odpowiedź, choć dla większości oczywista, nie zawsze łatwo udaje się znaleźć.
    Poszukajcie jej w lustrze - w swoim odbiciu. Czy widzicie błysk w oczach i uśmiech na twarzy?
    Poszukajcie w domu - wśród swoich bliskich. Czy czujecie ich wsparcie i radość z każdego kolejnego kroku, jaki stawiacie?
    Jeśli tak, to znaleźliście odpowiedź i wiecie, że warto.


    Jednak przełamując fale pamiętajmy nie tylko o naszej duszy, ale i o ciele. Nie damy rady pokonać barier i walczyć o spełnienie jeśli zabraknie nam sił i zdrowia. Przełammy strach i niechęć jaką wciąż wiele z nas odczuwa na myśl o badaniach. 
    Ja sama jestem jedną z Was, wciąż unikam i odkładam na później, ale teraz się przełamuję. Do różu, którego tak bardzo nie lubię i do badań, których unikam. Gdybym tego nie zrobiła, nie byłabym sobą, dałabym się porwać fali - fali zaniedbania o to co najważniejsze.


    Podobnie jak w życiu, tak i w kuchni, lubię przełamywać zwyczaje. Uwielbiam być zaskakiwana czymś innym, nietypowym i równie mocno uwielbiam sama sprawdzać czy mój zachwyt podzielą najbliżsi.Tak było z przepisem na Schiacciatta con L'uva, czyli focaccię z czerwonymi winogronami i rozmarynem, znalezionym na jednym z moich ulubionych blogów. Focaccię piekłam wielokrotnie, ale zawsze w wersji wytrawnej. Połączenie  oliwy, rozmarynu, soli morskiej z winogronami i cukrem wydało mi się tak niezwykłe, intrygujące i inne, że wiedziałam, iż to przepis dla mnie. Kosztował mnie sporo cierpliwości, bo na dojrzałe winogrona musiałam czekać jeszcze prawie miesiąc, ale warto było. 


    Smak, zapach, kolor tej focacci to coś wyjątkowego. Słodko-słony mariaż rozmarynu z winogronami to moim zdaniem jedno z lepszych kulinarnych połączeń. Schiacciatta oznacza "spłaszczony, płaski" i tak nazywana jest w Toskanii ta wersja focacci. Pieczona jest tradycyjnie w okresie winobrań. Idealnie nadają się do niej winogrona odmiany Concord. Mają niestety pestki, ale kiedy ciasto wyrasta można ten czas odpowiednio spożytkować i je usunąć:) Ja tak zrobiłam i warto było! 


    Z podanego przepisu wychodzą dwie focaccię, które znikają w czasie  trzy razy szybszym niż ten jaki jest potrzebny, by ciasto odpowiednio wyrosło, więc jeśli chcecie zostawić sobie kilka porcji na później, upieczcie od razu z podwójnej ilości. 


    W trakcie pieczenia z winogron wypływa sok o cudownym różowym odcieniu - tak pięknym, że chyba naprawdę polubię róż:) I to właśnie ten róż nieśmiało zgłaszam do wspaniałej akcji jaką prowadzi Szarlotek. Wprawdzie daleko mi bardzo do jej cudownych kreacji:), ale liczę, że w imię dobrych intencji przyjmie moją propozycję:) 
    A zatem dołączmy do Różowego Tygodnia, przełamujmy fale i walczmy o siebie i swoje spełnienie! 


    SCHIACCIATTA CON L'UVA
    FOCACCIA Z CZERWONYMI WINOGRONAMI I ROZMARYNEM

    3/4 szklanki ciepłej wody
    2 łyżki letniego mleka
    1,5 łyżeczki cukru
    1 1/4 łyżeczki drożdży instant
    250 g mąki
    1/2 łyżeczki soli
    6 łyżek oliwy
    1,5 szklanki czerwonych winogron, wypestkowanych
    1 łyżka posiekanego rozmaryny, świeżego
    2 łyżki cukru 
    2 łyżeczki soli morskiej gruboziarnistej


    W dużej misce wymieszać wodę, mleko, cukier i drożdże. Odstawić na 10 minut, by drożdże "ruszyły". Dodać mąkę, sól i 2 łyżki oliwy. Wyrabiać do uzyskania gładkiego, lekko ciągnącego ciasta - może się leciutko lepić, ale nie należy dosypywać mąki. Ja wyrabiam mikserem ok. 5 minut. Wyrobione ciasto przełożyć do wysmarowanego oliwą naczynia, nakryć i odstawić w ciepłe miejsce do wyrastania na ok. 1,5 godz. lub do momentu aż podwoi swoją objętość. 
    Wyrośnięte ciasto odgazować - pięścią, lekko obsypaną mąką, zrobić w nim solidne wgniecenie. Następnie przełożyć na posypany mąką blat i podzielić na dwie równe części, z których uformować kule. Przełożyć je na wysmarowaną oliwą blachę lub papier do pieczenia. Każdą z kul także lekko wysmarować oliwą. Odstawić pod nakryciem na 20 minut. 


    Następnie palcami, wysmarowanymi wcześniej oliwą, rozciągać ciasto do uzyskania dwóch płaskich placków - w cieście widoczne będę wgniecenia pozostawione przez palce. Ponownie nakryć i odstawić do wyrastania na ok. 1 1/4 godz. 
    Piekarnik rozgrzać do temperatury 210 stopni. Ciasto wysmarować pozostałą oliwą. Nakładać wypestkowane winogrona i posypać posiekanym rozmarynem. Następnie obsypać cukrem i solą morską. Wstawić do piekarnika na ok. 15-20 minut, aż ciasto ładnie się zarumieni, a winogrona puszczą sok. 
    Świetnie smakuje na ciepło oraz z dodatkiem lekkiego, kremowego serka, np. Philadelphia. 
    Focaccię z winogronami kilka dni temu prezentowała także u siebie Ela z My best food - zajrzyjcie do niej i zobaczcie jak piękna jest jej wersja! 

    * przepis pochodzi z tej strony (klik)

    Drukuj przepis

    LinkWithin

    Related Posts with Thumbnails