niedziela, 16 stycznia 2011

Uroda i eliksir. Sernik mandarynkowy.


 

" O urodzie życia decyduje umiejętność cieszenia się chwilą."*

Ogromnie podoba mi się to zdanie.
Jest w nim tyle prawdy.
Choć jest proste, mówi o rzeczach, które nie zawsze łatwo nam przychodzą.
Pragnę tej urody.
Coraz bardziej o nią dbam.
Zaglądam głębiej, szukam, nasłuchuję z nadzieją, że znajdę te chwile, które kryją eliksir. 
Niezawodny środek na urodę.


Gdy go znajduję, delektuję się jego działaniem.
A potrafi naprawdę wiele.
Najbardziej doceniam jak niezwykle wyostrza wzrok. Pozwala dojrzeć piękno schowane za zasłoną pozorów i powierzchowności.
Rozpala zmysły spragnione czystych dźwięków, soczystych barw i gorących uczuć.
Daje wolność i niczym ni skrępowaną radość.


Eliksir życia.
Brzmi dziwnie?
A może to zwykły wymysł?
A może jedynie mikstura z bajki, w którą wierzą tylko dzieci?
Jeśli tak, to jestem dzieckiem.
Dużym dzieckiem, które wciąż wierzy w eliksir, nieustannie go szuka i zawsze z dziecięcą radością łapczywie połyka.


Eliksir zamknięty jest w chwilach.
Jego ilość zależy od ich pojemności.
Może starczyć na parę minut, choć bywa, że działa i przez kilka dni, tygodni...
Często jest na wyciągnięcie ręki. Wystarczy tylko się zatrzymać i zrozumieć, że to właśnie tu i teraz możemy spijać z życia najlepsze chwile.
A gdzie go szukać w ponury, deszczowy dzień? Gdy słońce to tylko odległa planeta, której od dawna nikt nie widział...
Uroda życia w taki dzień?!
A jakże! I to w słonecznych kolorach!


Jeśli światła i radości na próżno szukamy między strugami deszczu, posępnymi chmurami i rozszalałym wiatrem, może lepiej wyczarować ją samemu?!
Okrągły jak słońce.
Czekoladowy jak wszystko co uwielbiają małe i duże dzieci.
Promienny jak soczyste mandarynki.
Słodki.
Rześki.
Kremowy.
Kruchy.


Pyszny sernik mandarynowy jest pełen radosnej energii. 
Wywołuje uśmiech, przypomina o lecie, rozpływa się w ustach, a wraz z nim rozchodzi się po naszym ciele kolejna porcja eliksiru - chwilo trwaj! 
Kremowy sernik na kruchym czekoladowym spodzie pełen soczystych mandarynek to zdecydowanie najlepsze lekarstwo na szaro-bure dni! Częstujcie się:)


SERNIK MANDARYNKOWY 
/tortownica o średnicy 24 cm/

Na spód
350 g herbatników czekoladowych
120 g masła

Na masę serową
1 kg kremowego sera / użyłam President do serników/
ok. 200 g cukru pudru
4 jajka
1 puszka mandarynek
ok. 1/3 szklanki soku z mandarynek (zalewy z puszki)
2-3 łyżki soku z cytryny
folia aluminiowa


Dno tortownicy wyłożyć folią aluminiową - tak, aby folia otaczała także zewnętrzną obręcz tortownicy. Folia powinna zabezpieczyć tortownicę przed przedostaniem się do środka wody, gdyż sernik będzie pieczony w kąpieli wodnej.
Ciastka czekoladowe należy rozdrobnić, najlepiej używając do tego malaksera - tak, aby zostały bardzo drobno zmielone. Masło stopić w rondelku i połączyć ze zmielonymi ciastkami. Wymieszać i lekko zagnieść, powstanie coś w rodzaju kruszonki. Tak przygotowaną masą wyłożyć spód i ściany tortownicy, dociskając dokładnie, by utworzyć jednolitą całość.


Ser utrzeć mikserem, dosypując w tym czasie cukier i dodając stopniowo po 1 jajku. Podałam orientacyjną ilość cukru, nigdy go nie ważę przy pieczeniu serników, jedynie dodaję "na oko", czyli do momentu aż masa uzyska zadowalającą mnie słodkość. Dodać sok z cytryny oraz zalewę, w której były mandarynki - ilość także orientacyjna - dajcie tyle, by Wam smakowało:) Na końcu dodać posiekane drobno mandarynki z puszki.


Tak przygotowaną masę wylać na przygotowany wcześniej ciasteczkowy spód. Tortownicę przełożyć do większego naczynia i napełnić je wodą tak, by sięgała przynajmniej do połowy wysokości tortownicy. Naczynie wraz z tortownicą wstawić do piekarnika nagrzanego do temperatury 170 stopni i piec przez około 50 minut, do momentu aż wierzch będzie lekko ścięty, ale pod skórką nadal będzie wyczuwalne "delikatne, seksowne drżenie:)" **


Upieczony sernik wyjąć z piekarnika i całkowicie wystudzić, a następnie wstawić do lodówki, najlepiej na całą noc. 
Dzięki pieczeniu w kąpieli wodnej sernik nie opada, pozostaje niezwykle kremowy. Cudowny i rześki! Mniam!


A to porcja z dedykacją dla Ewy, od której w świątecznym prezencie otrzymałam pełną radości życia opowieść spisaną w książce Tysiąc dni w Toskanii. To z tej książki pochodzi cytat na początku postu. Dziękuję:)

* Marlena de Blasi Tysiąc dni w Toskanii
** bazowałam na przepisie Nigelli na sernik czekoladowo-limonkowy z Nigella Gryzie 
***cytat z przepisu na sernik czekoladowo-limonkowy z Nigella Gryzie

Kochani! Trwa drugi etap konkursu na Blog Roku 2010.  
Wyłącznie  SMS-y Czytelników decydują o przejściu bloga do kolejnego etapu konkursu.
Jeśli chcielibyście oddać głos na mój blog, 
możecie wysłać SMS o treści H00485 (H ZERO ZERO 485) na numer 7122.
Koszt SMS, to 1,23 zł brutto.
 Dziękuję:)  
Głosowanie trwa do 20 stycznia do godz. 12.00.
Cały dochód z SMS-ów przeznaczony jest  na cele charytatywne i zostanie przekazany na pokrycie kosztów turnusów rehabilitacyjnych dla osób niepełnosprawnych. 

wtorek, 11 stycznia 2011

Cukierek czy pastylka? Czujecie miętę?




Jakie lubicie najbardziej?
Krówki?
Kukułki?
Kasztanki?
A może Michałki?


Cukierki.
Słodka rozkosz owinięta sreberkiem.
Małe radości w kolorowych papierkach.
Dziecinnie proste lekarstwo na smutki.
W dziecięcym świecie nie ma kompromisów. Jest słodko, jest gorzko, i nic pośrodku.
W moim świecie jest gorzko, jest słodko, i ... jest miętowo.


Nie pamiętam kiedy pierwszy raz poczułam miętę. Może wtedy, gdy dziecięca bezkompromisowość zaczęła ustępować rozpierającej ciekawości nowych smaków...?
Jestem niemal pewna, że moja miłość do mięty zaczęła się od cukierków. Pamiętacie kruche miętowe dropsy? Białe, pudrowe, złożone w rulon owinięty zielonym pergaminem. Uwielbiałam je, podobnie jak moja Babcia. W kieszeni fartucha zawsze potrafiła wyczarować jednego, a potem podać mi dokładnie wtedy, gdy go najbardziej potrzebowałam. Wiedziała dobrze, jak zaleczyć dziecięce smuteczki.


Ale był Ktoś jeszcze. Ten Ktoś wiedział, że smutki przytrafiają się też dorosłym. Są większe i często nie da się ich przepędzić dropsem z babcinego fartucha. Ten tajemniczy Ktoś zamienił dropsy w rozpływające się w ustach miętowe pastylki. Oblał je czekoladą. A na koniec owinął w śliczne zielone sreberko. Słodkie, gorzkie, miętowe. Idealne! 
Dziękuję Ci Tajemniczy Cukierniku!


Pastylki miętowe od lat zajmują czołowe miejsce w moim cukierkowym rankingu. Ich pozycja jest niezagrożona. Zdarzają się czasowe rotacje między krówkami (wyłącznie kruchymi w środku, zawiniętymi w papierek z dużym kwiatkiem) a Michałkami, ale miętowe nie mają godnego konkurenta. 
Żałuję jedynie, że dziś kupując je na wagę prawie nikt nie pakuje ich już w szarobure papierowe torebki. Foliowe woreczki nie mają klasy. Obnażają wszystko i od razu widać ile cukierków zostało. A ja wolę nie wiedzieć, wolę niespodziewanie ucieszyć się jednym z ostatnich na dnie torebki, tylko czekającym, aż znajdą go złaknione palce.


Odkąd nie mogę już liczyć na czary z babcinego fartucha, sama szukam sposobu, by zaleczyć smutki. Po raz kolejny przekonuję się, że nie trzeba wiele, że im prościej, tym lepiej. Znajduję dziecinnie proste lekarstwo - cukierek. Miętowa pastylka w czekoladzie. Okrągła, płaska, cudownie rześka. 
I słodka i gorzka. 
I naprawdę działa! 
I mogę zrobić ją sama w domu! 
Mieszam , chłodzę, oblewam, wycinam papierki, zawijam w sreberka. I coraz bardziej się uśmiecham.


Cudownie czekoladowo-miętowa terapia. Może i Wam kiedyś pomoże? Oczywiście, jeśli podobnie jak ja czujecie miętę;)
Smutki nie są warunkiem koniecznym, wręcz przeciwnie! Najlepiej przygotować pastylki zawczasu i zajadać się nimi profilaktycznie! Gwarantuję, że działają!

Uwaga! Przed sięgnięciem po kolejną pastylkę nie wolno myśleć o kaloriach! Należy pamiętać, że zapach mięty używany jest w aromaterapii do oczyszczania myśli, wspomagania koncentracji i łagodzenia stresu, zatem częstowanie się kolejnymi pastylkami trzeba uznać za wielce wskazane.


A, i jeszcze jedno! Wiecie, że Homer pisał o robotnikach, którzy przed wizytą gości nacierali stoły miętą, będącą wówczas symbolem serdeczności? Zamiast nacierania stołu, zróbcie miętowe pastylki, rozsypcie na stole i zaproście gości. Spotkanie  uda się śpiewająco - muzykalni benedyktyni używali mięty wierząc, że nadaje ona głosowi czystość i słodycz brzmienia:) I jestem pewna, że mieli rację!


PASTYLKI MIĘTOWE W CZEKOLADZIE
/na ok.50 sztuk/

400 g cukru pudru, przesianego
1 łyżka soku z cytryny
1 białko
1/2 łyżeczki ekstraktu miętowego (zastąpiłam go ok. 3 łyżkami likieru miętowego)
200 g dobrej jakości gorzkiej czekolady (użyłam gorzkiej czekolady z miętą)


W misce ubijać białko z sokiem z cytryny do momentu aż zacznie się tworzyć piana. Dodać ekstrakt miętowy (użyłam likieru miętowego) oraz przesiany wcześniej cukier puder. Dokładnie wymieszać. Gdy powstanie dość gęsta jednolita masa, przełożyć na obsypany cukrem pudrem blat i delikatnie zagnieść. Następnie rozwałkować na grubość ok. 3 mm. Ja wałkowałam przez folię kuchenną, dzięki temu masa nie kleiła się do wałka i nie musiałam podsypywać jej cukrem, przez co nie była zbyt twarda.


Oryginalny przepis sugeruje na tym etapie formowanie pastylek, a później pozostawienie ich do obsuszenia, ja jednak zrobiłam inaczej. Rozwałkowaną masę przełożyłam na dużą tacę i włożyłam do zamrażalki na ok. 50 minut. Po wyjęciu masa była wystarczająco zwarta, by zacząć z niej wycinać pastylki. 


Użyłam okrągłej foremki o średnicy ok. 2 cm. Pod koniec masa zaczęła się lekko lepić, więc tacę z pastylkami ponownie włożyłam do zamrażarki, a w tym czasie przygotowałam polewę. Czekoladę stopiłam w kąpieli wodnej i lekko przestudziłam. Schłodzone pastylki zanurzałam w stopionej czekoladzie i odstawiałam do zastygnięcia na folii aluminiowej. 


Choć moim pastylkom wyglądem daleko do tych oryginalnych, to zapewniam Was, że smakują jak sklepowe (a może i lepiej?). W końcu liczy się wnętrze, prawda? Pod cieniutką warstwą chrupkiej czekolady kryje się cudownie rozpływająca w ustach miętowa rozkosz! Częstujcie się! 



Kochani! W konkursie na Blog Roku 2010 rozpoczął się etap głosowania. 
Jeśli chcielibyście oddać głos na mój blog, 
możecie wysłać SMS o treści H00485 (H ZERO ZERO 485) na numer 7122.
Koszt SMS, to 1,23 zł brutto.
 Dziękuję:)  
Wyłącznie Wasze SMS-y decydują o przejściu bloga do kolejnego etapu konkursu.
Głosowanie trwa do 20 stycznia do godz. 12.00.
Cały dochód z SMS-ów przeznaczony jest  na cele charytatywne i zostanie przekazany na pokrycie kosztów turnusów rehabilitacyjnych dla osób niepełnosprawnych.

* przepis pochodzi z tej strony (klik)

wtorek, 4 stycznia 2011

Chaos i róg obfitości. Bread cones.




"Na początku był Chaos, czyli otchłań wypełniona bezkształtną masą, mieszaniną powietrza, ziemi, wody i ognia. Z tej masy (...) wyłoniła się najpierw bogini GAJA (Ziemia), a potem bóg URANOS (Niebo). Uranos  spoglądał z wysokości na Ziemię i polewał żyznym deszczem doliny, ona zaś rodziła trawy, drzewa, kwiaty, zwierzęta i ptaki. (...) Pojawiło się również blade słońce i zaświeciły dalekie gwiazdy. Uranos i Gaja dali początek wielu pokoleniom bogów. Z Chaosu stworzony został też bóg miłości, Eros, skrzydlata postać, dzięki której świat nieustannie się odradza i odnawia. Eros tworzy piękne kształty i łączy ludzkie serca, jest najpotężniejszą siłą świata.(...)
Razem z bogami rodził się świat. Światem rządził Kronos wraz z małżonką Reą. Był władcą ponurym i podejrzliwym. (...)Zachował w pamięci klątwę ojca Uranosa, który mu przepowiedział, że i jemu syn odbierze berło. Każde więc dziecko, które powiła Rea połykał. Rea zdołała uratować jedynie szóstego syna, Zeusa. (...) Powędrowała na Kretę i w złotej kołysce złożyła go w grocie idajskiej. Zeus chował się pod opieką nimf górskich, karmiony mlekiem kozy Amaltei. Dziecko kochało ją bardzo. Kiedy Amaltea złamała sobie jeden róg, Zeus wziął go w swoje ręce i pobłogosławił, tak, że odtąd napełniał się on wszystkim, czego zapragnął ten, kto go posiadał. Tak powstał róg obfitości, zwany rogiem Amaltei. " *


A Wy jak rozpoczęliście Nowy Rok?
Był chaos czy porządek?
Stąpaliście twardo po ziemi, czy też fruwali myślami po niebie?
A może daliście się otulić skrzydłami Erosa ...?

Ponoć początki są zawsze trudne. Może i tak. Ja jednak lubię, gdy zaczyna się nowy rok. Choć to przecież tylko symboliczny początek czegoś nowego, zawsze mam nadzieję, że przyniesie z sobą jakąś świeżość. Wyobrażam sobie, że otwiera przede mną wiele drzwi i tylko ode mnie zależy czy zdołam przez nie przejść i poznać świat, jaki za sobą kryją.


I to prawda - na początku zawsze jest chaos. Tyle myśli, marzeń i planów splątanych i wirujących w głowie z euforii.  I radość, że znów wszystko przed nami. Emocje rozdarte między niebem a ziemią. Serce marzy i snuje cudowne wizje, rozum ściąga na ziemię i powtarza "Myśl racjonalnie".  Dla mnie ważne jest, by z tego chaosu i rozdarcia zrodziła się równowaga. By stąpając twardo po ziemi, mieć zawsze siły i powód, by się od niej oderwać i poszybować tam, gdzie słychać zawsze głos serca, gdzie liczą się tylko emocje i dusza króluje ponadczasowo.
Mam nadzieję, że uda mi się osiągnąć tą równowagę i Nowy Rok wypełni się wieloma pozytywnymi emocjami. A może stanie się symbolicznym rogiem obfitości i uda mi się go zapełnić spełnionymi marzeniami?  Tego sobie i Wam życzę!


A teraz schodzę na ziemię i zapraszam na coś bardzo smacznego. Bread cones, czyli bułki, które nazwałam rożkami obfitości. Jak widzicie po słodkich i chrupiących rurkach Brandy Snaps (klik) , wciąż mam ochotę na "nawijanie":) . Ogromnie spodobał mi się pomysł owinięcia ciasta wokół foremki do rurek i upieczenia rożków, które można nadziać czym tylko mamy ochotę.  


Bread cones idealnie nadają się na karnawałowe przyjęcia - jeśli przygotujecie kilka rodzajów past lub sałatek, goście chętnie będą sami nadziewali rożki i komponowali swoje ulubione przekąski. To także świetna propozycja na przyjęcie dla dzieci - możecie zamienić te bułeczki na lubiane przez dzieciaki hot-dogi. Jak przystało na rogi obfitości,  możecie je napełnić czym tylko zapragniecie.

A zatem, niech Nowy Rok obfituje w wiele przyjemności! Być może jedną z nich będzie właśnie upieczenie i zajadanie się rożkami obfitości Bread cones!


BUŁKI - ROŻKI OBFITOŚCI 
/na ok. 10 sztuk/

1 szklanka letniego mleka 
2 łyżki roztopionego masła 
1 jajko 
1 łyżka cukru 
pół łyżeczki soli 
3 szklanki mąki pszennej 
12 g drożdży suchych (3 łyżeczki) lub 25 g drożdży świeżych (użyłam świeżych)


Dodatkowo
1 jajko roztrzepane z 1 łyżką mleka do posmarowania bułeczek 
sezam i mak do posypania

Świeże drożdże wsypać do letniego mleka, zostawić na kilka minut, aż zaczną się tworzyć pęcherzyki (suche drożdże wystarczy wymieszać z mąką).
W większej misce wymieszać mąkę, cukier, sól, dodać roztrzepane jajko, mleko z drożdżami i masło, wyrobić.  Ciasto powinno być miękkie i gładkie; uformować je w kulę i pozostawić w ciepłym miejscu, przykryte, do podwojenia objętości (około 60 - 75 minut). 


Po tym czasie ciasto wyjąć na stolnicę, podzielić na 10 równych części. Z każdej z nich uformował długi cienki rulonik. Metalowe foremki do wypieku rurek z kremem wysmarować masłem. Każdy rulonik zawinąć zawinąć wokół natłuszczonej foremki. 


Tak uformowane rożki układać na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia, pozostawić przykryte, w cieple, do napuszenia -na około 30 - 40 minut. Przed włożeniem do piekarnika każdy rożek posmarować rozbełtanym jajkiem z mlekiem oraz posypać sezamem lub makiem. 


Piec ok. 20 minut w temperaturze 180 stopni. Po wyjęciu z piekarnika, lekko przestudzić i usunąć metalowe foremki. Nadziewać dowolną pastą, sałatką czy zamienić w fantazyjnego hot-doga:) Smacznego!

*cytaty pochodzą z Mitologii Jana Parandowskiego oraz Mitów Greckich dla dzieci i młodzieży
**pomysł na bułki-rożki pochodzi z tej strony (klik)
*** przepis na ciasto do bułek pochodzi z tej strony (klik)

czwartek, 30 grudnia 2010

Przyjemność i Brandy Snaps



Przyjemność.
Ma tyle definicji.
Tyle kolorów, znaczeń, dźwięków i smaków.
Czym jest naprawdę?
Czy da się zamknąć w definicji?
Pewnie tak, ale ja nie chcę szukać jej znaczenia w encyklopedii.
Chcę po prostu ją znaleźć i chyba wiem gdzie szukać. 
To wielkie szczęście znać drogi prowadzące w jej  stronę. Iść tak, by spotkać ją gdzieś po drodze.
To także wielkie szczęście, gdy przyjemność sama do nas przychodzi. Trafia przez posłańców ubrana w serdeczny uśmiech, spleciona  w ciepłych słowach lub ukryta w pudełku z niespodzianką.
To równie wielkie szczęście dzielić się przyjemnością. Podarować innym i patrzeć jak rozkwita. Jak radośnie błyska w oku, maluje się rumieńcem i zaraża uśmiechem.


Ale na przyjemność trzeba być gotowym. Umieć ją docenić, właściwie przeżyć, by nie zapodziała się pośród wielu zwykłych i bezbarwnych chwil. 
Trzeba umieć ją dostrzec nawet wtedy, gdy wydaje nam się wciąż odległa i nieosiągalna. Może wcale nie jest tak daleko? Może nie wymaga wielkiego trudu, by się nią nacieszyć? A może choć malutka i niepozorna okaże się większa niż to sobie wyobrażamy?


Szukajmy jej, dzielmy się nią, nauczmy się dostrzegać i pielęgnować. Znajdujmy przyjemność w drobiazgach, bo to właśnie one pozwalają nam przeżywać coś wielkiego i niezwykłego.

Przyjemności Wam życzę w Nowym Roku. 
Takiej jakiej potrzebujecie, o jakiej marzycie i jakiej nawet się nie spodziewacie. 
Oby starczyło jej także dla Waszych bliskich. 

Tyle słów o przyjemności i ani jednego słowa o jedzeniu, które jest jedną z największych przyjemności?! Nie martwcie się, mam dla Was coś bardzo, bardzo przyjemnego. To mała przyjemność, która najlepiej smakuje, gdy towarzyszy jej kolejna, i jeszcze jedna, i ...


Brandy Snaps to cudownie chrupkie rurki z nadzieniem, najczęściej z bitej śmietany. Nazwa pochodzi od brandy, która jest składnikiem ciasta oraz od słowa snap, które oznacza trzaskać, łamać, chrupać i oddaje niebywałą przyjemność, jaką sprawia chrupanie rurek. Brandy Snaps są bardzo popularne w krajach anglojęzycznych. U nas rzadko można je spotkać i pora najwyższa to zmienić, gdyż to bardzo smaczny i łatwy do zrobienia deser. Dodatkowo daje naprawdę wiele możliwości. Ciasto, z którego piecze się Brandy Snaps może być także wykorzystane do przygotowania rożków na lody, koszyczków na desery (Brandy Baskets) czy chrupiących kubeczków na kremy lub musy. Sami widzicie - jeden przepis, mnóstwo przyjemności. 


A zatem na sylwestrowy wieczór oraz na rozpoczynający się karnawał zostawiam Wam Brandy Snaps i mam nadzieję, że chrupanie ich będzie dla Was równie przyjemne jak było dla nas. Szampańskiej Zabawy i do zobaczenia w Nowym Roku!

P.S. Sama nie wiem dlaczego, pewnie w porywie chwilowego szaleństwa zgłosiłam bloga do konkursu na Blog Roku.  Jeśli znajdzie się ktoś równie szalony i zdecyduje się oddać na mnie głos, będzie mi raźniej w tym szaleństwie i  będzie to dla mnie wielka przyjemność;)  


BRANDY SNAPS
/składniki na ok. 20 rurek i 12 koszyczków Brandy Baskets/

110 g masła
1/2 filiżanki (125 ml) melasy lub Golden Syrup
1/4 filiżanki cukru
1/4 filiżanki cukru brązowego
1 łyżka brandy (można dać 2-3) 
3/4 filiżanki mąki
szczypta soli
1/4 łyżeczki mielonego imbiru 

Dodatkowo:
1/3 gorzkiej czekolady stopionej w kąpieli wodnej
mielone pistacje


Na dużej patelni o grubym dnie rozpuścić masło z obydwoma rodzajami cukru i melasą. Melasę można zastąpić Golden Syrup (ja miałam go za mało i uzupełniłam miodem). Mieszać do czasu aż cukier i masło się roztopią i zaczną lekko gotować przez ok. 1 minutę. Zdjąć z ognia i chwilę odczekać. Wsypać mąkę, imbir, sól oraz wlać brandy i wszystko razem dokładnie wymieszać. 
Na blachę wyłożoną papierem do pieczenia nakładać masę - po 1 małej łyżeczce. Żeby otrzymać zgrabne, drobne rurki masy nie może być za dużo - wystarczy płaska łyżeczka. Jednorazowo nakładać maksymalnie 6 porcji zachowując spore odstępy - podczas pieczenia masa rozlewa się na boki tworząc płaski placek.  


Wkładać do piekarnika rozgrzanego do temperatury 170 stopni. Piec ok. 10 minut - do momentu aż masa rozleje się, zacznie "bąbelkować" i zarumieni się uzyskując ciemny karmelowy kolor. Po wyjęciu z piekarnika chłodzić - maksymalnie 1 minutę, jeśli przekroczycie ten czas, placki będą za twarde i nie uda się uformować z nich rurek czy koszyczków. 


W celu uzyskania rurek gorące placki owijać wokół metalowego lub drewnianego uchwytu łyżki lub ubijaczki do białek (dobrze jeśli przygotujecie ich kilka, wówczas praca pójdzie szybciej). Rurki bardzo szybko twardnieją, więc można je zdejmować z uchwytu niemal zaraz po zawinięciu. Upieczone placki bardzo szybko zastygają, dlatego nie należy piec więcej niż 6 (maksymalnie 8) za jednym razem - możemy nie zdążyć ich wszystkich zwinąć. Jeśli mimo wszystko stwardnieją zanim uda nam się zrobić rurki, blachę należy wstawić ponownie na chwilę do piekarnika, wówczas placki ponownie rozmiękną i będą nadawały się do formowania. 


Najlepiej przygotować dwie blachy, gdy jedna porcja się piecze możemy zwijać pierwsze rurki i przygotować masę na kolejną partię do pieczenia.
Upieczone placki można także zawijać wokół większych metalowych foremek do pieczenia rurek z kremem. Uzyskacie w ten sposób większe różki, które mogą zastąpić rożki na lody. 


W celu uzyskania Brandy Baskets, czyli koszyczków, procedura jest taka sama. Jednak po wyjęciu z piekarnika i krótkim przestudzeniu upieczone placki nakładamy na wierzch odwróconej do góry dnem małej filiżanki lub miseczki - placki lekko opadną tworząc delikatną falbankę. Po zastygnięciu mamy gotowy koszyczek - pyszną, chrupiącą miseczkę na lody lub inny deser. 

 
Możecie także zrobić kruche kubeczki na musy lub kremy. W tym celu nałóżcie na blachę trochę więcej masy, ok.1/5 łyżeczki, a później owińcie upieczony placek wokół grubszego uchwytu, np. wąskiego wałka. Zaraz po owinięciu zetnijcie nożem zaokrąglone wierzchołki z obu stron rurki. Powstanie  ten sposób coś na kształt wałka do włosów. 


W kąpieli wodnej należy rozpuścić czekoladę, która posłuży do zrobienia dna kubeczka. Po łyżeczce stopionej czekolady nakładać na rozłożoną folię aluminiową i ustawić na niej (czekoladzie) pionowo przygotowaną rurkę. Czekolada zastygnie tworząc dno - po zastygnięciu musicie delikatnie oddzielić folię od czekoladowego spodu. Gotowy kubeczek można nadziać musem, kremem lub po prostu bitą śmietaną i ozdobić, np. mrożonymi lub świeżymi owocami. 


Brandy Snaps można ozdobić mocząc końcówki w rozpuszczonej czekoladzie, a później obsypać ją mielonymi pistacjami. Za nadzienie może posłużyć dowolny mus lub krem, ja użyłam bitej śmietany z dodatkiem kardamonu. Świetnie będzie też smakować z bitą śmietaną o smaku kawowym (ubitą z odrobiną likieru kawowego lub kilkoma łyżeczkami mocnego espresso). 


Końcówki nadzianych rurek można także oprószyć zmielonymi pistacjami. Jeśli nie macie ochoty na tego typu dodatki, wystarczy nadziać rurki ulubionym nadzieniem i chrupać jedna po drugiej - uzależniają, i to bardzo:) Ważne by nadziewać je na krótko przed podaniem, w przeciwnym razie przesiąkną kremem i nie będą już tak rozkosznie chrupkie. 


Rurki bez nadzienia mogą też służyć jako ozdoba do deserów lodowych. Jeśli po wyjęciu z piekarnika wystudzicie placki i nie będziecie ich zwijać, powstaną urocze chrupiące witrażyki - talarki, którymi można ozdobić desery. Upieczone Brandy Snaps można przechowywać w metalowych puszkach lub mrozić przez ok. 1 miesiąc. Mnóstwo możliwości, mnóstwo chrupiącej przyjemności. 


*przepis pochodzi z tej strony (klik)
* pomysł na kruche kubeczki pochodzi z tej strony (klik)

Drukuj przepis

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails