poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Zjeść zapach. Różany creme brulee


"Chcę wiedzieć, jak schwytać zapachy, jak je uwięzić na zawsze" 
Jean Baptiste Grenouille*


" U podnóża Montagne de Lure, w niecce pól lawendowych leży Lardiers, wieś licząca ze stu mieszkańsów. Ich domy skupione są wokół merostwa i Cafe de la Lavende.
W Lardeirs nie powinno się natrafić na żadnego dziennikarza, a coż dopiero na kilkunastu. Ale pewnego słonecznego dnia silna ich grupa przybyła na otwarcie instytucji edukacyjnej, o ile mi wiadomo, wyjątkowej. 


Jej pomysł zrodził się w Manosque, siedzibie jednej z niewielu prawdziwie prowansalskich spółek, które są znane na świecie. Swoją renomę L'Occitane zawdzięcza nosowi.  Jej mydła, olejki i esencje, szampony i kremy wyrabia się w Prowansji, a składniki wielu zbiera na tutejszych polach. 


Nie znałem tego miasta. Wyobrażałem sobie starych mężczyzn w słomkowych kapeluszach , którzy popychają taczki załadowane płatkami róż; koślawe, kryte blachą destylarnie jak ta w Rocher d'Ongles; całe ulice i prawie wszystkich mieszkańców pachnących mimozą albo chanel 5. 


Niedawno wprowadzono tu coś, co później wydało się tak proste i oczywiste jak wiele dobrych pomysłów: etykiety zaczęto drukować alfabetem normalnym i alfabetem brajlowskim. Doprowadziło to do następnego pomysłu, opartego na naturalnym przystosowaniu się ludzkiego ciała, kiedy zakłócona zostanie jedna z jego podstawowych funkcji - w tym wypadku zdolność widzenia. Utratę wzroku do pewnego stopnia rekompensuje wyostrzenie innych zmysłów, zwłaszcza węchu. 


Zapachy nigdy nie powstają w drodze przypadku, lecz oparte są na przepisach - wymagają znalezienia czegoś pośredniego między łagodnym i ostrym, zmieszania esencji. Ich dobór, łączenie i ocena to wielka sztuka, a wielcy artyści trafiają się nader rzadko. Na początek muszą mieć wrodzony talent, lecz najważniejszy jest niezwykle wrażliwy nos - jeden na milion. Z biegiem lat można go sobie wyrobić tak, że potrafi rozpoznać najsłabszy aromat - tę decydującą kropelkę, która zwykłą woń wznosi na poziom czegoś niezapomnianego. 


Nadwrażliwy nos to zaleta niewidoczna.
Młody nos jest organem zaniedbywanym.
To właśnie zaczęto zmieniać w L'Occitane tego słonecznego dnia, kiedy garstka uczniów przyjechała do Lardier na otwarcie innego rodzaju szkoły. 
Mieli od dziesięciu do siedemnastu lat i byli niewidomi. 


Lekcja pierwsza, poświęcona technice umiejętnego wąchania, szybko uprzytomniła mi, na czym przez tyle lat polegał mój błąd. Ilekroć dawano mi coś do wąchania, wciągałem powietrze jak tonący, który po raz trzeci wynurza się z wody. 
Po pierwszej nieudanej próbie wzięto mnie na stronę i pokazano jak wąchać - czy też "kosztować nosem". Demonstrator wyciągnął papierek z buteleczki i przesunął pod nosem jednym płynnym ruchem. Ten krótki moment wystarcza, by nos zarejestrował aromat. Mózg odbiera informację, reaguje i poddaje analizie. 
Et voila. Nie trzeba, powtórzył mój nauczyciel, ordynarnie, długo sapać. 


Widok uczniów jasno wskazywał, że o wiele lepiej ode mnie opanowali technikę wąchania, cudowny był też wyraz malującej się na ich twarzach wściekłej koncentracji, a potem miłego zdziwienia, kiedy zaczynali odczytywać sygnały odbierane nosami. 


Nosy nawet największych zapaleńców i fachowców męczą się z czasem i tracą zdolność koncentracji. Po części też dlatego, że byliśmy we Francji, a zbliżało się południe, więc sprawy naukowe należało odłożyć na później i zająć się lunchem. 


Podczas lunchu nie przestawałem obserwować nosa Ferrera, posiadacza jednego z najbardziej doświadczonych i uczonych nosów we Francji, twórcy ponad dwu tysięcy perfum. Byłem ciekaw, jak reaguje na bodźce w postaci dobrego wina, zupy grzybowej i tutejszej specjalności: kapusty nadziewanej kiełbasą i bekonem. Zauważyłem, że raz czy drugi marszczy się z uznaniem, ale dopiero kiedy na stół podano tacę z serami, nozdrza naprawdę się rozdęły, choć taca znajdowała się w odległości trzech stóp.


Zapytałem jeszcze Ferrero, skąd wie, że sporządził coś, co odniesie sukces. 
- Zabieram do domu flakonik nowych perfum - powiedział - i zostawiam gdzieś, gdzie zauważy go żona. Nie mówię nic. Rien. Zupełnie jakby się zjawił za sprawą magii. Czekam. Nadal milczę. Jeśli pod koniec tygodnia flakonik jest pusty, stanowi to dla mnie zachętę. Jeśli wciąż jest pełny, daje mi do myślenia. Moja żona ma dobry nos."**


I ja mam marzenie, by zatrzymać zapach.
Na zawsze. 
Zapamiętać. Schować. Smakować. Zjeść. 
Marzenie o kwiatach, o melodii łąki, która śpiewa zapachem. Nutami woni, które umie komponować tylko natura.


Czy potrafię? Czy uda mi się znaleźć tę decydującą kropelkę, która zwykłą woń wznosi na poziom czegoś niezapomnianego. 
Sięgam po płatki róż suszone w letnim słońcu. Otwieram słoik różanej galaretki - jak bajkowy gin unosi się z niego zapach setek róż. Odkręcam flakonik wody różanej - kilka kropel kładę na dłoni i rozcieram w palcach. Pachną różaną poezją. 


A więc można zatrzymać zapach. Zatem można go także zjeść. 
Creme brulee o smaku najpiękniejszych róż, płatków rozchylonych porannym słońcem.
Za tym tęsknie. Za kwiatami, zapachami, za kwitnącym krzakiem róży pod oknem. 
Czy się uda? Kładę deser na stole i nie mówię nic, zupełnie jakby się zjawił za sprawą magii. Czekam. Słyszę stukanie. To łyżeczki pytają karmel o zgodę. 
Złocista skorupka rozchyla się i uwalnia zapach. 
Tak. Udało się. Ten zapach można wyjadać łyżeczkami.


RÓŻANY CREME BRULEE
Rose creme brulee
/na 6 porcji w ramekinach o średnicy 10 cm/

2 żółtka
300 ml śmietany kremówki (użyłam 30%)
1/2 laski wanilii
4 łyżeczki wody różanej
3 łyżki galaretki z płatków róż /można zastąpić konfiturą różaną/
2 łyżki suszonych płatków róż
25 g cukru



Żółtka ubić z cukrem na puch. W rondelku podgrzewać razem  kremówkę, wodę różaną, galaretkę z płatków róż, płatki róż oraz wanilię. Trzymać na ogniu do momentu aż zrobi się bardzo gorąca, trzeba jednak pilnować, aby nie zaczęła wrzeć. Zdjąć z ognia i lekko przestudzić, a następnie odcedzić. Połowę różanej śmietanę wlewać powoli do masy żółtkowej i dokładnie wymieszać, ale nie ubijać, aby nie napowietrzyć masy. Masę wlać z powrotem do rondelka z pozostałą śmietaną i ponownie wstawić na ogień delikatnie mieszając do momentu aż zrobi się bardzo gorąca, trzeba jednak pilnować, aby nie zaczęła wrzeć. 


Zdjąć z ognia i przelać równomiernie do ramekinów. Piekarnik nagrzać do temperatury 150 stopni. Naczynie żaroodporne napełnić wrzącą wodą i wstawić w nie ramekiny tak, by woda sięgała do 3/4 wysokości. Wstawić do piekarnika na ok. 25 minut lub do momentu aż boki będą lekko ścięte, ale wierzch będzie jeszcze "drżał". Wyjąć, przestudzić, nakryć folią kuchenną i chłodzić dalej w lodówce, aby krem stężał. 
Po wyjęciu z lodówki wierzch kremu lekko osuszamy papierem ręcznikowym, aby usunąć wilgoć, która nie sprzyja powstaniu odpowiedniej karmelowej skorupki. Posypujemy z wierzchu równomiernie cukrem - ok.1 1/2 łyżeczki na jeden ramekin i karmelizujemy przy pomocy odpowiedniego palnika.

* cytat z książki Pachnidło, P. Suskind
** cytuję obszerne fragmenty książki Peter'a Mayle, Jeszcze raz Prowansja, rozdział Jak zostać wąchaczem?

środa, 10 kwietnia 2013

Chleb "w ciemno" i rollercoaster, czyli jak upiec 47 chlebów naraz.



Jestem tchórzem.
Boję się latania samolotem.
Na drabinę nie wchodzę powyżej drugiego szczebla. 
Na sam dźwięk bungee-jumping dłonie pocą mi się ze strachu.
Posadzona nieświadomie w wagoniku rollercoastera (tak, można mnie tak zagadać, że nie wiem, gdzie wchodzę) darłam się głośniej niż najdziksze zwierzęta na sawannie. Do dziś uważam to za najprawdziwszy cud, że wprawdzie nie wyszłam na własnych nogach, ale przeżyłam.


A zatem wszystko jasne. 
Spokój przedkładam nad niekontrolowane emocje. 
Największe moje szaleństwa dotyczą eksperymentów kulinarnych.
Ze sportów ekstremalnych wybieram krajoznawczą jazdę rowerem po polnych dróżkach, gdzie "stokrotka rosła polna, a nad nią szumiał gaj, zielony gaj...".


Nudy.
I tak właśnie trochę z nudów, surfując sobie - oczywiście po internecie, przecież nie wśród wzburzonych fal, gdzie mogą na mnie czyhać wygłodniałe rekiny - trafiłam na TEN chleb. 
Zaiskrzyło!
I to jak! Straciłam dla niego głowę!
Niesiona dalej na fali - oczywiście emocji, napisałam o moim odkryciu na FB.   


I co w tym wielkiego?
Każdy pisze tam co chce. 
Nie sądząc, że kogokolwiek to zainteresuje, zapytałam czy jest ktoś, kto chciałby go ze mną upiec, tak zupełnie "w ciemno", nie znając wcześniej przepisu. 


Zadanie takiego pytania, to już jak dla mnie wystarczające szaleństwo, zwłaszcza, że ku mojemu zaskoczeniu zaczęli zgłaszać się pierwsi chętni. 
Biorąc jednak większość tych deklaracji za kokieterię (wybaczcie!), ze spokojem wróciłam do mojej codzienności, gdzie oprócz eksplodujących ekspresów do kawy nic szczególnie szalonego się nie dzieje. 


Nie miałam jeszcze wtedy pojęcia, że już siedzę w wagoniku rollercoastera, który ruszy "w ciemno", nabierze szaleńczej prędkości, wykonana obroty, śruby czy inne beczki od Ameryki przez Europę po Azję i to w dodatku na mój sygnał! I tym razem będę krzyczała, łapała się za głowę i traciła oddech, ale nie ze strachu, a z wielkiego, nieopisanego i niespodziewanego szczęścia. 


A niech to zabrzmi patetycznie:  KOCHAM WAS!
Jesteście najbardziej fantastyczną grupą wariatów, jakich spotkałam. 
Ja nie wiem jak to się stało?
Jakim cudem wsiedliście ze mną do tej nabierającej coraz większego rozpędu kolejki i jechali tak zupełnie "w ciemno" ?!
Dlaczego?


Między zagniataniem mojego chleba, a wysyłaniem przepisów do kolejnych osób, mój Synek mnie zapytał 
"I oni ci tak po prostu uwierzyli?" 
Uwierzyliście. Dziękuję!
Nie rozumiem, jak i dlaczego, ale może właśnie o to chodzi, żeby nie rozumieć.
Pewne rzeczy same w sobie są tak magiczne i wyjątkowe, że trzeba je po prostu przeżyć i to wystarcza. 
Choć myślałam, że już nigdy tego nie powiem, to po raz drugi przeżyłam szaloną jazdę rollercoasterem i wiecie co - chyba mam ochotę na kolejną. Tylko czy Wy...?


Trudno opisać magię wspólnego pieczenia chleba, tym większą jeśli niemal równocześnie ten sam chleb wyrasta i pachnie aż w 47 kuchniach i to na 3 kontynentach! 
To było chlebowe pospolite ruszenie! 
W kilku miastach zorganizowaliście "punkty przerzutu" zakwasu. Dobre Dusze słały zakwas pocztą. Co więksi szaleńcy nastawiali w pośpiechu zakwas, nie robiąc tego nigdy wcześniej, a zdesperowani "bez-zakwasowcy" odetchnęli z ulgą, gdy udało się dla nich znaleźć drożdżową alternatywę. 
Piekły Panie i Panowie, blogujący i nie, wytrawni piekarze i tacy, dla których ten chleb był PIERWSZYM WŁASNORĘCZNIE UPIECZONYM CHLEBEM W ŻYCIU! 


Nadal niewiele rozumiejąc, jak to się stało, jednego jestem pewna - to jedna z najwspanialszych przygód, jakie przeżyłam. Tym piękniejsza, że związana z chlebem, symbolem domu i ciepła, czyli tym wszystkim, co w życiu cenię sobie najbardziej. 

DZIĘKUJĘ, ŻE MOGŁAM TO Z WAMI PRZEŻYĆ! 

Dziękuję za wszystkie listy, maile, wiadomości i telefony, jakie od Was otrzymałam. Za anegdoty, historie rodzinne, dyskusje o książkach, pomysły na kolejne akcje "w ciemno" i  za taką ilość pozytywnej energii, że mogłabym sama upiec te wszystkie chleby, ale na szczęście zrobiliście to sami!
 

Na pewno jesteście ciekawi jak wyglądają te wszystkie bochenki!
Ze zdjęć, które otrzymałam od większości piekących przygotowałam WSPÓLNĄ GALERIĘ - możecie ją zobaczyć klikając TU - galeria będzie na stałe umieszczona na mojej stronie na Facebooku.
Chleby pachniały w Houston, Dallas, Nowym Jorku, Seulu, Wielkiej Brytanii i od Bałtyku do Tatr!
Pełna lista z linkami do wszystkich piekących "w ciemno" znajduje się pod przepisem - podaję imiona/nicki i adresy blogów (jeśli jest prowadzony). Jeśli piekliście z nami, a nie ma Was na liście, bardzo proszę o kontakt. Starałam się bardzo nikogo nie pominąć, ale być może jednak mi się nie udało, za co z góry przepraszam!


PAIN AL CIOCCOLATO
/francuski chleb czekoladowy/ 

Jak smakuje? Wbrew pozorom to nie jest chleb słodki, głównie za sprawą sporej ilości kakao i dodatku gorzkiej czekolady. Pachnie przepięknie! I równie wspaniale smakuje. Zaliczam go bardziej do wytrawnych wypieków. Najbardziej smakował mi sam z masłem, choć nie mogłam się powstrzymać od sięgania po kolejne kanapki z kozim serkiem i truskawkami skropionymi octem balsamicznym, z dodatkiem roszponki; z konfiturą z zielonych pomidorów, z plastrem cheddara i śliwkowym chutneyem, czy konfiturą z czarnych porzeczek. Ma idealnie chrupiącą skórkę i dość puszysty, ładnie dziurkowany  miąższ. Upiekę go jeszcze nie jeden raz! 

Przepis na wersję z naturalnym zakwasem znaleziony na tej stronie - klik, przepis z zaczynem drożdżowym pochodzi z tej strony - klik. 

Etap I przygotowania chleba podaję w dwóch wersjach - na zakwasie naturalnym i zaczynie drożdżowym, kolejne etapy są wspólne dla obu rodzajów zaczynu.
Etap I - przygotowanie zaczynu, czyli tzw. biga - wersja na zakwasie naturalnym

Biga:
28 g aktywnego zakwasu
1/4 szklanki (32g) mąki chlebowej
18 g wody w temperaturze pokojowej

Wszystkie składniki naturalnego zaczynu (biga) wymieszać razem, aby dokładnie się połączyły.
Umieścić bigę w misce i nakryć folią kuchenną. Odstawić w temperaturze pokojowej na ok. 8 godzin (najlepiej zrobić to późnym wieczorem, aby rano mieć gotowy do pracy zaczyn). 


Etap I - przygotowanie zaczynu, czyli tzw. biga - wersja na zaczynie drożdżowym

Zaczyn drożdżowy:
18 g mąki
9 g wody
szczypta drożdży - nie mam pojęcia jaka to ilość, bo oryginalny przepis nie podaje, ale myślę, że 1/4 łyżeczki

Składniki wymieszać i dodać do składników, które mają utworzyć biga, czyli właściwy zaczyn:
32 g mąki chlebowej
18 g wody w temperaturze pokojowej
+ przygotowany zaczyn drożdżowy

Wszystkie składniki zaczynu (biga) wymieszać razem, aby dokładnie się połączyły.

Umieścić bigę w misce i nakryć folią kuchenną. Odstawić w temperaturze pokojowej na ok. 8 godzin (najlepiej zrobić to późnym wieczorem, aby rano mieć gotowy do pracy zaczyn).


Etap II -  wyrabianie ciasta właściwego
cała biga (zaczyn przygotowany 8 godzin wcześniej)
3 szklanki (ok. 393 g) mąki chlebowej
1 1/8 (248 g) wody
4 łyżki (71 g) miodu
1 łyżka ekstraktu waniliowego
4 łyżki (25 g) kakao
1/4 łyżeczki drożdży instant
1 łyżka soli
78 g chipsów czekoladowych (inaczej łezki czekoladowe, dropsiki czekoladowe - można pominąć lub zastąpić siekaną gorzką czekoladą)



Wszystkie składniki - z wyjątkiem chipsów czekoladowych - zagnieść razem, aby dokładnie się połączyły (używając miksera, wyrabiać na średnich obrotach) i aby gluten się uwolnił. Wyrabiać ok. 8-10 minut. Odstawić na 5 minut, aby ciasto "odpoczęło", a następnie dodać dropsy czekoladowe i dokładnie zagnieść - ok. 1 minuty.
Przełożyć ciasto do dużej, lekko natłuszczonej misy, nakryć folią i odstawić do wyrośnięcia na ok. 2 godziny (powinno być ładnie wyrośnięte, czasem zajmie to mniej czasu, czasem trzeba dać ciastu czas i cierpliwie poczekać dłużej - nawet ok. 5 godzin).
Wyrośnięte ciasto przełożyć na lekko oprószony mąką blat i podzielić na 2 części (jeśli chcecie więcej mniejszych chlebów, można podzielić inaczej), każda po ok. 454 g. Każdą z części uformować na kształt kuli i odstawić, by odpoczęły na kolejne 30 minut.
Po tym czasie nadać ciastu pożądany kształt - podłużnego lub owalnego bochenka, jak kto woli. Przełożyć do koszyka do pieczenia lub formy - w zależności od tego, w czym chleb będzie pieczony.


Koszyk powinien być wyłożony ściereczką oprószoną mąką, a forma wysmarowana olejem i oprószona - najlepiej otrębami.  Odstawić do końcowego wyrastania na 2,5 godz. - 3 godz. Chleby powinny ładnie wyrosnąć. Ponownie, należy dać im na to czas i cierpliwie czekać, jeśli rosną za wolno.
Piekarnik nagrzać do temperatury 205 stopni. Na dnie piekarnika ułożyć żaroodporne naczynie wypełnione szklanką wody - będzie parowała w trakcie pieczenia, dzięki czemu skórka stanie się chrupiąca. Przed wstawieniem do piekarnika naciąć chleby.
Piec 35-40 minut. Można sprawdzić patyczkiem czy chleb jest już gotowy.
Upieczony chleb studzić przynajmniej 1 godzinę - tylko czy ktoś tyle wytrzyma?!

CHLEB "W CIEMNO" UPIEKLI: 

Kolejność wymienionych osób jest przypadkowa. Ze względów technicznych czy czasowych nie u wszystkich wymienionych wpis chlebowy pojawi się w tym samym czasie lub nie wszystkie linki będą od razu aktywne, dlatego wszystkich Czytelników prosimy o cierpliwość i wyrozumiałość. 

Agnieszka - from R'dam with love
Olcik - O chlebie i nie tylko
Renata Sharman - Forks'N'Canvas
Wiewióra - Dzieje kuchennej Wiewióry
Ralpheek - Old White Table
Gospodarna Narzeczona - Na kruchym spodzie 
Kabamaiga - Sto kolorów kuchni
Łucja - Fabryka kulinarnych inspiracji
Rafał - Pan Wędzonka 
Bernika - Mój kulinarny pamiętnik
Ola - 2 smaki 
Wisła - Zapach chleba
Ula - Dzika pycha
Amber - Kuchennymi drzwiami
Mela - Pierwsze primo! 
Joanna - Smacznie z Joanną
Kaś -  Bake&Taste
Magda - MadziaŁyga  
Kasia - Sur Nos Tables
Joanna - Różowa Kuchnia 
 Monika - Mimo-za-Monika
Anka Gmurczyk - Zaraz Ci coś ugotuję 
Grażyna - Grażyna gotuje 
Ania - Bajkorada 
Janiolka - Eksperyment sobotni
Jola - Nasze życie od kuchni 
Margarytka - Kulinarne szaleństwa Margarytki 
Jolanta - Damsko-męskie spojrzenie na kuchnię
Paulina - W kuchni na Stalowej 
Lidia - Kucharzenie i Pieczenie 
Olimpia - Pomysłowe Pieczenie
Ewa - MojeTworyPrzetwory
Siarenka - Siarenka kulinarnie  
Ewelina - Around the Kitchen Table
Ptasia - Coś niecoś 
Monika - Life by Chrupka
Kasia - Kasia Gotuje 
Ola - Sunday Bake
Adrijah - Breakfast
Klaudyna - Ziołowy Zakątek
Joanna - Kaczodajnia
Bee - Magazyn Kuchenny
Ola Mała - Na bogato!  
Joanna - Notatki kulinarne 
MamaKini i Kinia W garze mieszane
Kasia Zapiski kulinarne
Anna-Maria KUCHARNIA

piątek, 5 kwietnia 2013

Skrajności i wiosenna łąka. Odwrócone ciasto z matcha i czerwonymi pomarańczami.




Między dwoma skrajnościami wisi cienka zasłona. 
Delikatna, przezroczysta, żeby nas ostrzec lub pocieszyć.
Czujesz nienawiść, ale gdy spojrzysz przez zasłonę dostrzeżesz możliwość miłości.
Jesteś smutny, ale po drugiej stronie możesz zobaczyć radość.
Idealny porządek i kompletny bałagan - wszystko zmienia się tak szybko, 
w mgnieniu oka ...
Cecelia Ahern


I właściwie to tyle.
Wszystko.
Mogłabym już nic nie pisać. 
W tym cytacie kryje się wszystko, co mnie ostatnio spotkało. 
Cały kalejdoskop emocji. 
Zaskakujących.
Bezsilnych.
Uskrzydlających.
Skrajnych. 


Piątkowy poranek.
W kuchni idealny porządek, którego spokój i monotonię przerywa kompletny bałagan. 
Ekspres do kawy eksploduje z hukiem samolotu odrzutowego.
Czarny nałóg maluje kuchnię, jak wzburzony natchnieniem szalony artysta. 
Ziarna kawy trafiają w miejsca, o których istnieniu nawet nie wiedziałam. 


Ktoś bliski wysyła niepokojące oznaki źle ulokowanego zaufania. 
Ktoś inny odczytuje to wszystko na opak i rzuca mocne słowa - za mocne.
Niesłuszne.
Nieprawdziwe. 


Jesteś smutny, ale po drugiej stronie możesz zobaczyć radość. 
Parę innych słów zamienia się w lawinę pozytywnych emocji. 
Docierają z miejsc, których się nie spodziewasz.
Skrajnie innych, a jednak bliskich.


To magia chleba, który łączy, a nie dzieli. 
Chlebowy weekend. 
Spontaniczny pomysł urósł niespodziewanie, jak pieczołowicie zagnieciony chleb. 
Oby pachniał i smakował równie wspaniale. 


Wszystko zmienia się tak szybko. 
Czekasz na wiosnę, a za oknem wita Cię kolejna śnieżyca. 
Pieczesz ciasto, które ma "wiedzieć o wiośnie" (klik), a gdy wykładasz go na stół, zima rozsiada się wszędzie wokół. 


Skrajności.
Nieprzewidziane. Niechciane. 
Ale i te dobre, zaskakująco miłe.
Dużo tego, za dużo rozhuśtania w górę i w dół. 
Marzy mi się coś skrajnie innego. 
Spokój.
Łąka. 


Zamknij oczy. 
Wyobraź sobie jej zieleń. 
Soczystą, świeżą. 
Zrób krok i zanurz stopy w trawie. 


Rosa łaskocze Ci stopy. 
Masz pod sobą zielony dywan. 
Faluje od wiosennego wiatru. 
Pachnie wczesnym porankiem, rześkim i pełnym nadziei na dobry dzień. 


Wszędzie wokół zerkają na Ciebie kwiaty. 
Tęskniłeś za nimi. 
Teraz masz je na wyciągnięcie ręki. 
Śmiało! Wyciągnij ją.
Są Twoje. I ten kawałek łąki też. 


Otwórz oczy.
Łąka nie znika. 
Patrzysz na nią i - tak, możesz ją zjadać, kawałek po kawałku. 
Jest puszysta, zielona, wilgotna i pięknie pachnie. 
A kwiaty są nie tylko na ozdobę. 


Ta łąka to moja wiosna na talerzu. 
Taka sama może wyrosnąć u Was w niecałą godzinę. 
Odwrócone ciasto z matcha i czerwonymi pomarańczami. 
Cudownie wilgotne, puszyste i pełne cytrusowych smaków i kolorów. 


Nazwałam je Wiosenna Łąka.
Skoro prawdziwa wiosna jest skrajnie daleko, takie ciasto musi być odpowiednio blisko. 
A może jednak wiosna nas zaskoczy...?
Wszystko zmienia się tak szybko, oby tylko na dobre! 


ODWRÓCONE CIASTO Z MATCHA I CZERWONYMI POMARAŃCZAMI
Orange & matcha upside-down cake
/piekłam z połowy porcji w formie o średnicy 20 cm/

Zakochałam się w strukturze tego ciasta. Nie przepadam za ciastami ucieranymi ani typowymi biszkoptami, ale to jest wyjątkowe. Niezwykle puszyste, wilgotne, mięciutkie. Nawet jeśli nie macie matcha czy czerwonych pomarańczy, upieczcie je i jestem pewna, że je pokochacie!  Takie ciasto jest jak poduszka - można się w nie wtulać i szukać pocieszenia. 

135 g mąki
90 g skrobii ziemniaczanej
9 łyżeczek matcha
1 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
6 jajek (oddzielnie żółtka i białka)
270 g cukru
240 ml oleju roślinnego 
6 łyżek soku z cytryny
skórka starta z 1 cytryny
szczypta soli
obrana ze skórki i pokrojona w plastry czerwona pomarańcza
3 łyżki brązowego cukru
masło i mąka wysmarowania i oprószenia formy


Żółtka ubijać z cukrem do momentu aż masa żółtkowa zwiększy objętość i stanie się bledsza. Powoli zacząć dolewać olej, najpierw delikatnym strumieniem, później można zwiększyć ilość. Dodać sok i skórkę z cytryny. Gdy składniki się połączą dosypać mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia i skrobią ziemniaczaną. Na końcu dosypać matcha. Miksować nadal - masa będzie bardzo gęsta. 
W osobnym naczyniu ubić na sztywno białka ze szczyptą soli. Gdy piana będzie sztywna i lśniąca połączyć ją delikatnie z masą żółtkową. Nie będzie to łatwe, masa jest bardzo gęsta, ale pod koniec można pomóc sobie trzepaczką. 


Dno i boki tortownicy wysmarować masłem i oprószyć mąką.
Brązowy cukier rozsypać równo na dnie formy i ułożyć na nim plastry czerwonych pomarańczy, a następnie wylać na nie ciasto. Piec w piekarniku nagrzanym do 160 stopni przez ok. 35 minut - pod koniec sprawdzać patyczkiem czy ciasto jest upieczone. 
Po wyjęciu z piekarnika ciasto chwilę przestudzić, a następnie wyłożyć "do góry nogami" na talerz lub paterę. 
Oryginalny przepis proponuje podanie ciasta z lekko waniliowym sosem budyniowym - nie przepadam za nim, więc polałam ciasto domowym likierem jajecznym - pycha! 

* przepis znaleziony na tej stronie - klik 
** cytat znaleziony na pięknym blogu Now and Again prowadzonym przez Mamsam - klik 


Chlebowy weekend, czyli akcja pieczenia chleba "w ciemno" to spontaniczna akcja, którą ogłosiłam na mojej stronie na Facebook'u. Trwa od dziś do niedzieli, choć i poniedziałek może być dozwolony. Jeśli są jeszcze chętni proszę o kontakt pod postem lub na priva przez Facebook. Wyślę przepis i wskazówki. Całą resztę proszę - trzymajcie za nas kciuki, aby chleby nam pięknie rosły! Jeśli wszystko się uda, będą pachnieć od Europy po Azję!

Drukuj przepis

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails