piątek, 31 października 2014

Wężymord czy scorzonera? Ujarzmić czarny korzeń. TU I TAM # 33

 
Kolejny raz jesiennie.
Lubimy chodzić własnymi kulinarnymi ścieżkami.
Lubimy też spotkać się w naszych kuchniach w tym samym czasie.
Aby dzielić wspólne kulinarne emocje.
To czas wyznaczył nam to spotkanie.
A ponieważ jesień nam sprzyja, ona  zdecydowała o naszym wyborze.
Zapraszamy na spotkanie z wężymordem  u Amber w Kuchennymi drzwiami i u mnie w Kucharni.


W gotowaniu na równi ze składnikami, a czasem nawet bardziej od nich, ważne są emocje. 
Zwykła-niezwykła kromka chleba posmarowana grubo masłem i podana z miłością  bije na głowę najbardziej wymuskane dania haute cuisine.
Zmierzyć się z kuchennymi emocjami to jak stanąć przed nadciągającym tornado i próbować go uspokoić zmieniając w lekki wietrzyk, który niesie w powietrzu wonne aromaty. 


Tym razem siła tornado była podwójna.
Fale emocji rozbijały się o kolejne pomysły krążąc w szaleńczym wirze podniecenia. 
Znów razem z Amber w naszej kuchni TU I TAM, po tylu miesiącach - to jak powrót do domu po długiej podróży.
W dodatku w środku czeka na nas wyjątkowo nietypowy bohater. 
Dreszcz przebiega po skórze na dźwięk jego nazwy, nie wspominając o aparycji, która nie budzi nawet odrobiny zachwytu. 
Przed nami wężymord - gruboskórny brzydal powracający do kuchni z krainy zapomnienia.  


Jak się z nim rozprawić? 
Ściągniemy mu zabrudzoną zbroję i ukażemy szlachetne wnętrze.
Wszak ten jegomość to uosobienie dobra. Piękna bestia. 
Niech i Wam ten brzydal podbije serca anielskim charakterem i rozkocha nie tylko niewieście podniebienia. 


A teraz czas na małą opowieść o naszym bohaterze.
Wężymord, czyli inaczej scorzonera, nazywany był przez Rzymian "zimowym szparagiem". Po latach zapomnienia, wężymord przeżywa swój triumfalny powrót. Jako warzywo uprawiany był we Francji od XIII wieku, a wcześniej we Włoszech. Warzywo stało się modne w Europie za sprawą Ludwika XVI, który wierzył w jego zbawienną moc dla żołądka. 


Wężymord należy do roślin koszyczkowych, rosnących dziko w środkowej i południowej Europie. Charakteryzuje go ciemnobrązowa skóra kryjąca biały miąższ zawierający sok mleczny. Korzeń to prawdziwa skarbnica cennych składników - potasu, magnezu, sodu, fosforu, żelaza, karotenu, wapnia i witamin E, B1, B2 i C, a także fruktozy. Dodatkowo,  wzmacnia system odpornościowy i poprawia pracę mózgu. Ze względu na wysoką zawartość cukru owocowego jest idealny dla diabetyków. Już średniowieczne księgi zielarskie zalecają jedzenie wężymordu z solą, masłem i przyprawami, najlepiej jesienią i podczas zimowych miesięcy. 


Najczęściej podaje się wężymord w postaci kremowych zup, gotowany w śmietanie czy też zapiekany w beszamelu. 
Wybrałam inny sposób ufając bezgranicznie doskonałemu smakowi Nigela Slater'a, który proponuje podanie skorzonery z prażonymi pestkami dynii i ziołowym sosem typu pesto, z czosnku, szczypiorku i pietruszki. I cóż mogę powiedzieć? W pierwszej chwili niewiele - zachwyt zawsze odbiera mi mowę. 


Dziś, pisząc ten post kilka dni po smakowej uczcie, nadal mam na podniebieniu cudowne wspomnienie po chrupkim, cytrusowym wężymordzie, któremu bardzo do twarzy z orzechową nutą pestek i rześkim powiewem ziół. Podany na kromce domowego chleba z masłem naprawdę dystansuje wszelkie fikuśne konstrukcje i skomplikowane układy wielkich talerzy maleńkich porcji haute cuisine


Podwójne podziękowania dla Amber za wspólne chwile w kuchni i przesłany pocztą wężymord! Zajrzyjcie Kuchennymi drzwiami, jak rozprawiła się z nim Amber!

WĘŻYMORD W ZIOŁOWYM SOSIE Z PRAŻONYMI PESTKAMI DYNI
/przepis autorstwa Nigela Slater'a/ 
na 2-3 porcje

400 g wężymordu 
6 dużych ząbków czosnku
4 łyżki siekanego szczypiorku
spora garść siekanej natki pietruszki
4 łyżki prażonych pestek dynii
ok. 40 g dobrej jakości twardego owczego sera (u mnie manchego)
1 cytryna
oliwa z oliwek
sól/pieprz do smaku


Do rondla nalać ok. 1/2 litra wody i wycisnąć do niej sok z cytryny wrzucając do środka także całą pozostałą skórkę - dzięki temu po obraniu scorzonera nie zbrązowieje. Wężymord umyć, obrać ze skróki, pociąć na kilkucentymetrowe kawałki i wrzucić do zakwaszonej wody z cytryną.
Następnie odsączyć i ugotować w lekko osolonej wodzie do uzyskania efektu al dente.
Czosnek obrać z łupinek i włożyć na mała patelnię z lekko rozgrzaną oliwą. Trzymać na małym ogniu przez ok. 10  minut lub dłużej aż lekko zbrązowieje i będzie bardzo miękki w środku. 
Wraz z oliwą przełożyć ząbki czosnku do blendera dodając posiekany szczypiorek, pietruszkę i połowę prażonych pestek dyni. Zmiksować na niezbyt gładką masę. Doprawić do smaku solą i pieprzem. Wężymord odcedzić, wymieszać z ziołowym sosem i resztą prażonych pestek dyni. Podawać z wiórkami sera manchego. Idealnie smakuje na kromce domowego razowego chleba. 

***

Przepis dodaję do akcji Festiwal Dyni, którego organizatorką jest Bea

*  *  *
Dziękuję wszystkim za komentarze pod postem o "Paryskich smakach". Wszystkie powody są wystarczająco ważne, aby pojechać do Paryża. Mnie jednak najbardziej ujęły dwa - krótkie, konkretne i tak bardzo podobne do moich myśli, że nawet przeszło mi przez głowę, że sama je napisałam:)

Książki "Paryskie smaki" powędrują do Praline i Ani Pelc. Czekam na Wasze adresy - piszcie na kucharnia@wp.pl 
Wkrótce kolejna okazje do zdobycia kolejnych wspaniałych książek. 

piątek, 24 października 2014

Knedle z morelami? Tyrolski smak inaczej.



Czasem wszystko zaczyna się od tęsknoty. 
Za ciepłym latem i dojrzałymi owocami.
Za smakiem babcinych knedli i rumianą tartą bułką z patelni. 
Tęsknicie?
Ja bardzo. 
Za Babcią, nieustannie. 
Na tą tęsknotę nie pomoże żaden przepis. 
Ale z knedlami to już zupełnie inna historia.... 


W zimne październikowe popołudnie mam ochotą na kulinarną wędrówkę.
Małą podróż, ale nie utartym szlakiem.
Tyrolskie knedle z morelami.
A może morele z knedlami?  Dlaczego nie?
A może jedno i drugie? Co za pytanie?! Jasne, że tak!


Za pysznymi, słodkimi morelami przyjdzie mi jeszcze tęsknić do przyszłego lata. 
Wybieram więc suszone. Chcę się przekonać czy knedlowe ciasto je polubi. 
A gdyby tak pójść jeszcze krok dalej i użyć knedlowego ciasta jako nadzienia? 
Oczywiście wybieram jedno i drugie. 
Efekt? Doskonałe!


Jeśli najdzie Was przypadkiem tęsknota za knedlami, a świeże morele będą poza zasięgiem, koniecznie wypróbujcie tej wersji. Pamiętajcie, by odpowiednio wcześniej namoczyć morele w dobrym alkoholu - ja wybrałam likier morelowy - doda im to cudownego "pazura". Moje knedle są znacznie mniejsze od tych prawdziwych, tyrolskich, ale pomyślałam, że w tym rozmiarze i w takiej wersji mogą być podane także jako deser. 
Suszone morele tworzą przepyszną otoczkę dla nadzienia z knedli - to zupełnie nowe, pyszne doznanie smakowe. Do moich knedli podałam morelową konfiturę ze skórką z limonki i posypałam dodatkowo cynamonem. Smakowały doskonale i już tęsknię za dokładką:)


KNEDLE Z MORELAMI INACZEJ 

Oryginalny przepis pochodzi od tyrolskich farmerów ze Związku Farmerów Południowego Tyrolu – Roter Hahn (klik); w mojej wersji kaszę manną zwykłą zamieniłam na razową i użyłam suszonych moreli, a same knedle przeszły metamorfozę i stały się także ... nadzieniem. 
Wprowadzone przeze zmiany w przepisie oznaczyłam *.  

Przepis bierze udział w konkursie dla blogerów kulinarnych organizowanym przez Testa Communications wraz ze Związkiem Farmerów Południowegio Tyrolu - Roter Hahn.
 

Na ciasto:
400g ugotowanych ziemniaków 
175g mąki 
50g masła 
5 łyżeczek kaszy manny razowej *
3 jajka sól

10 suszonych moreli *
75g masła 
50g bułki tartej 
1 łyżka cynamonu 
cukier
1/2  szklanki nalewki morelowej *
1/3 szklanki konfitury z moreli *
 

Suszone morele namoczyć w alkoholu odpowiednio wcześniej (min. kilka godzin, najlepiej przez całą noc), a następnie odsączyć. 
Ugnieść ugotowane, jeszcze ciepłe ziemniaki i dodać do nich mąkę, masło, kaszę mannę, jaja oraz szczyptę soli. Składniki dokładnie wymieszać. 
Część moreli naciąć wzdłuż jednej strony, aby powstała kieszonka i napełnić ją ciastem knedlowym.  Pozostałe morele posiekać drobno. Na dłoni formować z ciasta małe placuszki i w środek wkładać pokrojone morele. Zlepić brzegi i dłońmi uformować zgrabne, małe kulki. Tak przygotowane oba rodzaje knedli wkładać do gotującej się słonej wody i gotować przez 5 minut. Ugotowane układać na talerzu i udekorować zrumienioną na maśle tartą bułką oraz morelową konfiturą. Posypać z wierzchu cynamonem. Pycha!


*   *   *

Przepis powstał w ramach promocji Związku Farmerów Południowego Tyrolu – Roter Hahn i bierze udział w konkursie dla blogerów kulinarnych organizowanym przez Testa Communications wraz ze Związkiem Farmerów Południowegio Tyrolu - Roter Hahn. 
Roter Hahn (eng. Red Rooster) - związek ponad 1700 farm agroturystycznych położonych na terenie Włoch, w Południowym Tyrolu. Powstał on w 1999 roku i został założony przez Związek Farmerów Południowego Tyrolu. Początkowo do Roter Hahn mogły przystąpić tylko gospodarstwa oferujące turystom pobyty. Od 2003 roku Związek otworzył się również na farmy zajmujące się gastronomią oraz produkcją ekologicznej żywności wysokiej jakości. Więcej informacji, a także szczegóły dotyczące rezerwacji miejsc w farmach Roter Hahn można dokonywać na stronie internetowej związku: www.redrooster.it/en/

środa, 22 października 2014

Paryskie smaki - recenzja i konkurs.

Zanim udamy się na wędrówkę z "Paryskimi smakami" chciałabym najpierw zaprosić Was na pyszną tyrolską potrawę, która już w piątek pojawi się na blogu w ramach konkursu dla blogerów kulinarnych organizowanego przez Testa Communications wraz ze Związkiem Farmerów Południowegio Tyrolu - Roter Hahn.
Mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu moja interpretacja typowego tyrolskiego dnia z morelami w roli głównej:)


Chyba każdemu z nas Paryż kojarzy się z rozkoszą. 
I nie mam tu na myśli pięknej architektury, woni doskonałych perfum i niczym nie ograniczonego artystycznego stylu. Na blogu kulinarnym rozkosz skupia się na języku i podniebieniu.
Paryż to mekka smakoszy. Począwszy od porannej kawy i ciepłego croissanta, przez zagryzane nonszalancko bagietki i zjadane z pomrukiem szczęścia makaroniki, po ciągnące się po kres paryskiej nocy kolacje. 
Kto choć raz zasmakował Paryża, będzie wracał do niego przez resztę życia. 
Jest tylko jeden problem - co wybrać? Gdzie zjeść najlepszą bagietkę?
Która knajpka podaje prawdziwą francuską kuchnię, a nie jej turystyczną namiastkę?
Gdzie zrobić zakupy? Jak trafić do sklepu z najpiękniejszymi foremkami?
Który targ wybrać na poranne zakupy? 
I jaką trasą urządzić sobie smakowitą włóczęgę po kuszącym na każdym kroku Paryżu?
Dla większości z nas znalezienie odpowiedzi na te pytania to karkołomne zadanie.
Na szczęście jest ktoś, kto przychodzi z pomocą. 

Tą osobą jest Trish Deseine, nie bez powodu jedna z najbardziej uwielbianych autorek książek kucharskich we Francji. Trish jest z pochodzenia Irlandką mieszkającą we Francji od 30 lat. 
Napisane przez nią "Paryskie smaki" zostały zwycięzcą prestiżowej nagrody GOURMAND WORLD COOKBOOK AWARDS w kategorii "Najlepsza książka kulinarno-podróżnicza".  
Wydana przez REBIS książka to trzecia z serii bestsellerowych "paryskich" pozycji po "Paryskim szyku" i "Paryskim szyku w Twoim domu".
"Paryskie smaki" podzielone zostały na dziesięć głównych rozdziałów: Ulubione adresy, Gastronomiczne wizytówki Paryża, Powody, dla których warto przemierzać Paryż, Wyprawa na targ, Goście, goście. Kuchnia i sprzęty kuchenne, Ruszamy do kuchni: Menu i przepisy, Odrobina luksusu. Pałacowe delicje, Smakowite włóczegi, Blogi i strony internetowe poświęcone kulinariom, Kursy gotowania, degustacje win i wycieczki z przewodnikiem.  I jak już widać po samych tytułach, w przewodniku jest po prostu wszystko, czego możecie szukać w Paryżu. To ogromny plus.


Kolejny powód do zachwytu to szata graficzna - książka jest przepięknie wydana, na solidnym, błyszczącym papierze, na którym piękne zdjęcia wprost proszą, by rzucić wszystko i rezerwować lot do Paryża. To co ogromnie mnie ujęło, to drobne graficzne wstawki, jak chociażby przewijający się motyw drobnej kratki przywodzącej na myśl obrusy w małych, lokalnych bistro.
W książce Trish dzieli się swoimi radami i wskazówkami dotyczącymi najbardziej godnych i wartych odwiedzenia miejsc. Mimo, iż książka jest przewodnikiem, to czuć w niej prawdziwą pasję i miłość do Paryża, co jest rzadkością w przypadku większości poradników. Dużym plusem są nie tylko zalety, ale także ostrzeżenia, jakie Trish dodaje na końcu każdego z rozdziałów pod hasłem "NIE". Warto się z nimi zapoznać, by uniknąć niepożądanych wpadek, jak np. brania dokładki sera, co uważane jest za faux pas, ponieważ sugeruje, że porcje poprzednich dań były zbyt skromne.  Pomocne i godne zapamiętania są wskazówki dotyczące rezerwacji stolików i pułapek, jakie z tym są związane, a także mały savoir-vivre gościa, w którym znajdziemy najważniejsze wskazówki dla przebywającego w Paryżu smakosza. 

Choć brzmi to pewnie niedorzecznie, ale w tym przewodniku można się po prostu zatracić. I wcale nie chcieć wracać z paryskich uliczek, fromagerie, brasserie, sklepów, targów i najsmaczniejszych restauracyjnych adresów. W dodatku na deser dostajemy całkiem sporo przepisów na najlepsze paryskie dania. Czego chcieć więcej? Tylko jednej rzeczy - biletu do Paryża! Oczywiście z "Paryskimi smakami" w torebce. 

Biletu do Paryża Wam nie podaruję, ale dzięki uprzejmości wydawnictwa REBIS 
mam dla Was 2 egzemplarze "Paryskich smaków"

Jak je zdobyć?

W komentarzu pod tym postem podajcie jeden, dla Was najważniejszy, powód do wizyty w Paryżu. Koniecznie dopiszcie też swój adres mailowy!
Autorki/autorzy odpowiedzi, które najbardziej mi się spodobają, otrzymają egzemplarz książki.
Na Wasze odpowiedzi czekam do 30 października. 
Wyniki ogłoszę na blogu najpóźniej do 31 października. 
Wysyłka nagrody wyłącznie na terenie Polski. 
Powodzenia! 

poniedziałek, 13 października 2014

Figi, cytryna, rozmaryn. Panna tarta i dojrzały typ.




"Biorę wiklinowy kosz i wychodzę do ogrodu, gdzie zielone figi zaczęły już spadać na ziemię. 
Podnoszę dłoń przy bujnym zielonym drzewku i ledwo zdążam dotknąć palcami lepkiego brzucha pierwszego owocu, kiedy ten wpada mi w ręce. 


Figa jest tak pełna dojrzałej słodyczy, że skórka otwiera się pod moim dotykiem, 
a kropla słodkiego syropu wycieka na zewnątrz, lśniąc w wieczornym słońcu, gdy wgryzam się w owoc. 
W kuchni obieram figi i kroję je na pół...."*


... i gdybym mieszkała w miasteczku długowieczności*, pewnie zjadałabym figi na deser przez cały październik. Dojrzała jesień smakuje tam figami, winogronami i truskawkami. 
... gdybym mogła zatrzymałabym złocisty październik na dłużej. 


Ma smak dojrzały, bogaty, tryska słodyczą.
Lubię ten typ, który z upływem czasu nabiera szlachetności.
Nie ma obawy, że trafię na słaby punkt. 


Słabość to ja. Moja wola nawet nie podejmuje walki na widok takiego dojrzałego typa. 
A co dopiero, jeśli jest ich cały tuzin?!
Tak, na widok dojrzałych, ociekających słodyczą fig tracę zdrowy rozsądek. 



Dojrzała figa to czysty seksapil.
Nic jej dorówna, choć jak na królową zmysłowości przystało, zawsze można podarować jej coś wyjątkowego. 
Wybrałam dla niej rozmaryn i skórkę z cytryny. 
Nuta rozmarynu wyostrzy jej charakter i świetnie komponuje się z rześkością cytryny, która przełamie, momentami zbyt oczywistą, figową słodycz. 


Jak na królową przystało, ułożyłam figi na aksamitnym posłaniu. 
Krem z panna cotty nakrapiany cytrynowo - rozmarynowym akcentem wypełnił chrupiący maślany spód tarty. Razowe ciasto z dodatkiem siekanego rozmarynu i tartej skórki cytrynowej to doprawdy jedyny godny partner dla zmysłowej panny figi. 

... a Ty jaki lubisz typ? 


ROZMARYNOWO-CYTRYNOWA TARTA Z FIGAMI I KREMEM PANNA COTTA 
/przepis własny/ 
Tarta jest po prostu uzależniająca. Tak pyszna, jak figi i rozkoszna, jak najpiękniejszy październikowy dzień. Grzechem będzie, jeśli jej nie upieczecie. 

Na spód:
1 szklanki mąki pszennej
1/2 szklanki mąki pszennej razowej
szczypta soli
1 żółtko
1-2 łyżki zimnej wody
125 zimnego masła
3 łyżki cukru pudru 
1 łyżka startej skórki z cytryny
1,5 łyżki siekanego świeżego rozmarynu

Wszystkie składniki na spód tarty przełożyć do miski i zagnieść na gładkie, elastyczne ciasto. Zawinąć w folię kuchenną i schłodzić w lodówce minimum przez 2 godziny, a najlepiej przez całą noc.
Schłodzone ciasto rozwałkować dość cienko i wyłożyć nim wysmarowaną lub wyłożoną papierem do pieczenia formę. Spód nakłuć widelcem w kilku miejscach – zapobiegnie to wybrzuszaniu się ciasto podczas podpiekania. Piekarnik z termoobiegiem nagrzać do temp. 190 stopni i upiec tartę na złoty kolor.




Na krem:
2,5 łyżeczki żelatyny  w proszku
430 ml śmietany kremówki 
1/3 filiżanki cukru 
2 łyżki drobno siekanego świeżego rozmarynu
skórka z 1 cytryny 
1 łyżeczka soku z cytryny
 świeże, dojrzałe figi

W miseczce zalać żelatynę 2 łyżkami zimnej wody i odstawić na kilka minut, by napęczniała. W tym czasie do niewielkiego rondelka z grubym dnem wlać śmietanę i wsypać cukier. Wstawić na średni ogień. Dodać skórkę z cytryny i siekany rozmaryn. Gdy całość się zagotuje zdjąć z ognia i dodać sok z cytryny i namoczoną żelatynę, mieszać aż się całkowicie rozpuści. Masę przestudzić i wstawić na ok. 1/2 godziny do lodówki. Gdy zacznie zastygać, rozprowadzić ją na podpieczonym i wystudzonym spodzie do tarty. Wierzch udekorować kawałkami świeżych fig i gałązkami rozmarynu. 


*cytuję fragment książki "W miasteczku długowieczności" Tracey Lawson, rozdział Październik, wyd. Czarne.

wtorek, 7 października 2014

Mofongo. Recenzja książki i konkurs.





Czym jest niebo?
"Powiem ci, czym jest dla mnie niebo. Niebo to stół, taki jak tutaj, przy którym siedzą wszyscy moi bliscy. Delektujemy się wspólnie przygotowanym jedzeniem, śmiejemy się i opowiadamy sobie historie, przy których czasem zakręci się nam w oku łza, lecz przez większość czasu świetnie się bawimy."*

Kto tak widzi niebo? 
Skąd pochodzą te słowa?
Jak smakuje kuchnia portorykańska?
I jak ugotować mofongo?
Zachęcam, abyście odpowiedzi na te pytanie szukali już sami podczas lektury Mofongo, książki autorstwa Cecilii Samartin, wydanej przez Bukowy Las.

To nie jest książka ambitna. Jednak jej siłą jest właśnie prostota. Lekka fabuła i postaci, które gwarantują sympatię i zaciekawienie. Dużo tu ciepła i uczuć chwytających za serce, a przede wszystkim na każdym kroku czuć zapachy i smaki kuchni, o której większość z nas niewiele słyszała.

Bohaterem książki jest dziesięcioletni Sebastian. Chłopiec, urodzony z wadą serca, bardzo odstaje od swoich rówieśników. Jest wątły, nie ma szans na zostanie piłkarzem, o czym skrycie marzy, nie ma też żadnych przyjaciół. Z jednym wyjątkiem. Jest nim Babcia - kochająca Sebastiana takim, jakim jest. To właśnie Lola, po przebytym wylewie, który zupełnie ją odmienił, zaczyna wprowadzać chłopca w tajniki kuchni portorykańskiej. 
Z czasem okazuje się, iż kuchnia babci Loli jest przepełniona magiczną siłą. Dzięki niej Sebastian nie tylko odkrywa przyjemności gotowania i smakowania potraw, ale także nareszcie przybiera na wadze i zdobywa przyjaciół. Zaczyna też rozumieć, że nie ma rzeczy niemożliwych, a jego marzenie może jednak się spełnić...
Nie zdradzę jak potoczą się losy Sebastiana, jego babci i skłóconych ze sobą rodziców, choć uprzedzam, że zakończenie nie jest typowym happy endem.
Nie mogę jednak pominąć kuchni, bo przecież jak mówi sama babcia Lola „danie przygotowane z miłością jest strawą dla ciała i duszy”. W Mofongo znajdziecie siedemnaście przepisów na takie właśnie potrawy. Jest tu m.in. tytułowe mofongo i będące podstawą wielu dań sofrito. Każdy z przepisów poprzedzony został fragmentem książki, przy którym pojawia się kolejne danie. Mimo egzotyczności potraw, część z nich można bez większego problemu przygotować w naszych warunkach, do czego również namawiam.  


Jeśli lubicie poznawać nowe smaki, słuchać historii krążących wokół babcinego stołu i obserwować, jak spełniają się marzenia, Mofongo z pewnością przypadnie Wam do gustu. Dobra wiadomość jest taka, że dzięki uprzejmości wydawnictwa Bukowy Las, mogę Wam podarować jeden egzemplarz książki. 
Jak go zdobyć?

W komentarzu pod tym postem napiszcie z czym kojarzy Wam się danie mofongo i z jakich Waszym zdaniem powstaje składników
Autorka/autor odpowiedzi najbardziej zbliżonej do oryginału otrzyma egzemplarz książki. W przypadku kilku poprawnych odpowiedzi, sama wybiorę zwycięzcę. 
Na Wasze odpowiedzi czekam do 13 października. 
Wyniki ogłoszę na blogu najpóźniej do 16.10. 
Wysyłka nagrody wyłącznie na terenie Polski. 
Powodzenia!

* * *

P.S. Rozwiązanie konkursu! 
 Dziękuję za wszystkie nadesłane komentarze i odpowiedzi. Zadanie nie było trudne, więc i prawidłowych odpowiedzi pojawiło się więcej niż jedna. Wybrałam jedną osobę, do której trafi książka Mofongo - jest nią "ladylaura". Gratuluję i proszę o podanie adresu korespondencyjnego na adres: kucharnia@wp.pl
Wkrótce kolejne recenzje i okazje do zdobycia wspaniałych książek.

* cytat pochodzi z książki Mofongo, wyd. Bukowy Las.

Drukuj przepis

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails