Pokazywanie postów oznaczonych etykietą migdały. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą migdały. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 maja 2015

Sernik fistaszkowy z dulce de leche i solonymi migdałami. Idealny.



Jak upiec idealny sernik?
Często słyszę to pytanie i wszystko wskazuje na to, że mam na nie idealną odpowiedź.
Odkryłam ją niedawno i odkąd jestem jej wierna, serniki  wychodzą doskonale za każdym razem.
Brzmi to okrutnie bałwochwalczo i nieskromnie, ale powód do radości jest wielki i chcę się nim z Wami podzielić.


Wszystko zaczęło się od poszukiwań przepisu na sernik nowojorski. Bardzo chciałam go upiec, jego sława i renoma znane są wtajemniczony sernikofanom, zaczęłam więc poszukiwania. Oczywiście znalezienie jednego dobrego przepisu jest, jak szukanie igły w stogu siana. 


Co przepis, to inne wskazówki i proporcje. Doszłam szybko do wniosku, że odmian sernika nowojorskiego jest tyle, ile kultur i narodowości splata się w tym wielkim mieście i jedyne co może mnie uratować, to stworzenie własnej wersji.


Tak też się stało. Pierwsza "moja-klasyczna" odsłona sernika okazała się spektakularnym sukcesem. Sernik był po prostu DOSKONAŁY. Cudownie delikatny, kremowy, najprawdziwsza serowa chmurka rozkoszy z cudownie cytrusową nutą, której echo przez długi czas rozbrzmiewało na podniebieniu. Nigdy wcześniej żaden sernik nie wprowadził nas w taki stan rozkoszy, choć zawsze zdawało mi się, że moje serniki są bardzo udane;)


Nie byłabym sobą, gdybym nie chciała tej idealnej klasyki nieco udoskonalić - ale czy to możliwe?
Czy można coś doskonałego jeszcze dodatkowo ulepszyć?
Okazuje się, że tak - nawet constans zasługuje na tuning.
Postawiłam na kolor ecru, dobrałam stosowne dodatki, tak aby sernik pasował do filiżanki ulubionego espresso i zabrałam się do pieczenia.




I teraz następuje moment najtrudniejszy. Właściwie powinnam przestać pisać, bo czuję się niezręcznie. Zawsze miałam problem z zachwalaniem własnych sukcesów i wolę po prostu je przemilczeć ciesząc się cichutko i w skrytości. Tym razem jednak taka taktyka nie jest możliwa. Czemu? Po prostu - sernik jest tak doskonały, że mam ochotę obwieszczać to na głos całemu światu!


Wyobraźcie sobie cudowną lekkość, miękkość i kremowość - taką, w którą się zapadacie i nie chcecie się podnieść. Taką, która kryje w sobie dużą porcję masła orzechowego. Wyobraźcie sobie, że delektując się tą kremową puszystością możecie zlizywać z warg dulce de leche, rozgryzać z rozkoszą  prażone lekko solone migdały i delektować maślanym, chrupkim caiseczkowo-migdałowym spodem. Wyobraźcie sobie, że taki sernik ląduje w Waszym łóżku w sobotni poranek - czy można bardziej rozkosznie i rozpustnie rozpocząć weekend?


Zgadzam się, że w kwestii sobotniej porannej rozkoszy możecie mieć odmienne zdanie, śmiem jednak twierdzić, że co do doskonałości sernika nie mylę się i trudno będzie mnie przekonać - jeśli w ogóle to się uda - że jest jakaś lepsza wersja. A zatem bierzcie, pieczcie i dzielcie się dalej....


SERNIK FISTASZKOWY Z DULCE DE LECHE I SOLONYMI MIGDAŁAMI
/przepis inspirowany sernikiem nowojorskim pochodzącym z tej strony - klik/

1 kg dobrego twarogu na serniki
5 jajek
1 szklanka masła orzechowego typu "crunchy"
ok. 1 szklanki cukru pudru - użyłam trzcinowego /ilość zależy od Waszego "progu słodkości"
1 szklanka kwaśnej śmietany
1/4 szklanki śmietany kremówki 30%
1 mały słoik - ok. 200 ml domowego dulce de leche lub w wersji dla leniwych - kajmaku z puszki
spora garść prażonych solonych migdałów - wykorzystałam kupione podczas tygodnia hiszpańskiego w pewnej sieci;)
180 g ciasteczek - u mnie pół na pół migdałowe biscotti i herbatniki kakaowe
90 g masła


Piekarnik rozgrzać do temperatury 160 stopni.
Spód formy do pieczenia wyłożyć folią aluminiową i owinąć nią także dokładnie całą tortownicę od strony zewnętrznej - spód i boki. Ciasteczka zmielić lub rozkruszyć i wymieszać ze stopionym masłem - masa będzie przypominała kruszonkę. Rozłożyć ją równomiernie na spodzie tortownicy i wstawić do nagrzanego piekarnika na ok. 5-7 minut, aby lekko się podpiekła. 


W tym czasie do misy miksera włożyć twaróg, jajka, masło orzechowe, obraz rodzaje śmietany i cukier. Zmiksować całość na gładką masę - nie za długo, jedynie do momentu aż całość się dobrze połączy. Masę wylać na podpieczony spód. Sernik upiec w kąpieli wodnej. Tortownicę włożyć do drugiego, większego naczynia i napełnić wrzątkiem przynajmniej do połowy wysokości tortownicy. 


Wstawić do piekarnika, po 10 minutach zmniejszyć temperaturę do 150 stopni i piec przez ok. 40-45 minut, czasem krócej - do momentu aż środek - cytując Nigellę "będzie ścięty, ale pod skórką będzie nadal wyczuwalne  delikatne, seksowne drżenie". Zaraz po upieczeniu wyjąć z piekarnika, wystudzić i włożyć na noc do lodówki. Następnego dnia posmarować z wierzchu delce de leche (lub kajmakiem) i posypać grubo siekanymi migdałami. Nie pytać o ilość kalorii, bo szczęśliwi ich ie liczą, tylko kroją kolejna dokładkę! 


poniedziałek, 25 listopada 2013

Szczęście to czas. Selerowe karmelki i kasza jaglana. Na dobry początek.




Piszecie i pytacie - Co słychać? Czemu mnie tu nie ma?
A ja jestem, choć mniej widoczna.  
Odpoczywam..., a może zbieram siły.
Przyglądam się i dziwię ... , a może właśnie przestają się dziwić.
Jedni pędzą bezmyślnie, byle do przodu.
Inni jakoś przestali ciekawić.
Ci najważniejsi częściej milczą, jak ja, znają wagę słów i nie rzucają ich na wiatr. To dobrze. 
I dobrze mi tak, gdy nie muszę, a chcę.
Gdy mogę pomilczeć. Pobyć na chwilę tu i potem znowu tam. 
Porozmawiać, posłuchać, zaśmiać się i wzruszyć nie jednym spotkaniem. Prawdziwym. 
Po prostu. 


Używaj daru życia.
Uśmiechów dzieci, kolorów nieba, zapachu kawy,
 ciepłego wiatru i dzwonienia tramwajów. 
Ciesz się mroźną zimą i upalnym latem.
Szczęście to czas. Nie zapomnij o tym ...! 
Michal Viewegh


I nie zapomnij o dobrym początku dnia!
Nauczyłam się, że wyjście z domu bez śniadania to nie jest dobry scenariusz. Posłuchałam mądrych ludzi i zaczęłam je jeść. Robić śniadania nie tylko dla innych, ale także dla siebie. Takie jak lubię. Bez kanapek, wędlin, jajek i kiełbasek. Piekę granole, gotuję owsianki, do kaszki manny dolewam soku z malin, który wciąż pachnie minionym latem i rytualnie w zimne poranki rozgrzewam się kaszą jaglaną. To dobro, jakie sobie ofiaruję i cudowny zastrzyk energii, jakiej teraz naprawdę potrzebuję. 


Porcja kaszy jaglanej z kandyzowanym selerem, prażonymi płatkami migdałów i bursztynowymi wstążkami syropu z agawy albo klonowego. To mój zestaw idealny.
Orzechowy aromat kaszy idealnie łączy się z orzechową nutą selera i pietruszki, do tego chrupiące migdały, ulubiony syrop i już wszystko ma sens, nawet ponure, listopadowe poranki, kiedy wyjście spod kołdry wydaje się być wyczynem ponad ludzkie możliwości.


Na dobry początek zaczęłam od śniadań, później doszły inne przyjemności, jakie sobie podarowałam. Zapisałam się tu i tam, ćwiczę (!), odnowiłam stare znajomości i odkryłam ile dla mnie znaczą i jak bardzo mi ich brakowało. Nie tracę już tyle czasu na to co nierzeczywiste, doceniam jeszcze bardziej to, co prawdziwe. 
Może i Wam przyjdzie ochota na taki  dobry początek...?
Do poczytania albo zobaczenia wkrótce.


KASZA JAGLANA Z KANDYZOWANYM SELEREM, PIETRUSZKĄ I SYROPEM KLONOWYM
/przepis własny/
składniki na 2 duże porcje
 
Ważna uwaga! Nie bądźcie drobiazgowi, nie warto. Najlepiej kandyzujcie od razu cały korzeń selera – oczywiście nie w jednym kawałku! A w ferworze krojenia go na kawałki rzućcie pod nóż także pietruszkę. Dozujcie według potrzeb, pamiętając o tym, by porcję selerowych karmelków odłożyć do puzderka i nosić zawsze przy sobie. To na wypadek, gdyby naszła Was nagła ochota na coś pysznego. 

200 g kaszy jaglanej
szczypta soli
kilka łyżek mleka (opcjonalnie)
0,25 szklanki płatków migdałowych
0,25 szklanki kandyzowanego selera
0,25 szklanki kandyzowanej pietruszki
0,25 szklanki syropu klonowego lub syropu z agawy
garść jagód goji

Kaszę prażymy na suchej patelni, potrząsając delikatnie, do momentu aż zacznie wydzielać przyjemny orzechowy aromat. Zdejmujemy z ognia, przesypujemy na sitko i zalewamy wrzątkiem. Przepłukaną kaszę przekładamy do rondelka z grubym dnem i zalewamy wrzącą wodą – powinno jej być dwa razy więcej od kaszy. Gotujemy pod przykryciem na małym ogniu, nie mieszając, aż wchłonie cały płyn. Jeśli nadal jest za twarda, dolewamy delikatnie niewielką ilość wrzątku. Lekko solimy po ugotowaniu. Tak ugotowana kasza jest sypka. Jeśli lubimy bardziej kleistą, pod koniec gotowania dodajemy większą ilość wody lub mleka. Ugotowaną kaszę mieszamy z podprażonymi na patelni migdałami, kawałkami kandyzowanego selera i pietruszki i polewamy syropem klonowym lub syropem z agawy. 


KANDYZOWANY SELER

czas: 50 minut (nie licząc suszenia)
1 średni korzeń selera
3-4 szklanki wody
ok. 1 szklanka cukru trzcinowego

Seler obieramy ze skórki i kroimy na małe kawałki grubości ok. 3 mm. Przekładamy do rondla, zalewamy wodą i gotujemy ok. 20 minut, do momentu aż delikatnie zmiękną, uważając, aby ich nie rozgotować. Odcedzamy zachowując 0,25 szklanki płynu z gotowania. Ugotowany seler ważymy i wsypujemy do rondla razem z ilością cukru równą wadze selera. Zalewamy odmierzonym płynem i doprowadzamy do wrzenia na średnim ogniu. Zmniejszamy ogień i często mieszając gotujemy do momentu aż powstały syrop niemal w całości odparuje i zacznie się krystalizować. Trwa to ok. 25 minut. Zdejmujemy z ognia i rozkładamy kawałki selera na pergaminie lub folii uważając, aby się ze sobą nie sklejały. Pozostawiamy do całkowitego wysuszenia, a następnie przekładamy do szczelnych pojemników, gdzie mogą być trzymane nawet przez kilka tygodni.
W ten sam sposób kandyzujemy pietruszkę.

środa, 27 marca 2013

O tym, jak baba zamieniła się w wielkanocnego gołębia. Colomba di Pasqua na trzy blogi - ciasto, które wie o wiośnie.



Kiedy zaczynacie świąteczne przygotowania? 
Na ostatni moment czy na długo wcześniej macie wszystko rozpisane i zaplanowane?
Ja zwykle działam spontanicznie i niemal do końca nie mam pewności co ostatecznie trafi na świąteczny stół. Wyjątkiem są oczywiście potrawy, które od pokoleń towarzyszą mojej Rodzinie i bez których po prostu nie wyobrażamy sobie świątecznego czasu. 


Jedną z nich jest baba drożdżowa. 
Pieczona w kamionkowej formie z kominkiem, tej samej, której jeszcze w zeszłym stuleciu używała moja Prababcia. 
To forma na specjalne okazje, pielęgnowana i doglądana jak najcenniejsza porcelana. 
Przez dziesiątki lat jej wysoka pozycja na liście najcenniejszych kuchennych skarbów była niezagrożona aż do teraz... i to przez, och, aż trudno uwierzyć... papierową, jednorazową foremkę na gołębicę.


Tak, w tym roku baba zamieniła się w gołębicę. 
Spisek przeciw królowej trwał dobrych kilka miesięcy podczas których z Atiną, Majaną i Margot knułyśmy plany drożdżowego podboju Wielkanocy. Teorii spiskowych było wiele, planów działania co najmniej kilka. Ostatecznie wsłuchując się w bezcenne rady Margot wybrałyśmy gołębicę, czyli Colomba di Pasqua, tradycyjną "babkę" drożdżową pieczoną we Włoszech na święta wielkanocne.
Skoro włoski wypiek, to i przepis z Italii pięknie przetłumaczony przez Majankę - dziękujemy!


Wspólne pieczenie to wyjątkowe emocje. Ciekawość, podekscytowanie, porozumienie myśli, jedność gestów i czynności. Jest w tym niezwykła magia. Tym większa, jeśli okazuje się, że do wspólnego pieczenia dołącza Osoba wyjątkowo bliska, pełna pozytywnej i twórczej energii. Tak było z Lo, która nie umawiając się z nami, w tym samy czasie upiekła swoją gołębicę. Po raz kolejny przekonałam się, że czasem nie trzeba słów, by rozumieć się tak doskonale. 


To był cudowny weekend. Pachnący wspaniałym ciastem drożdżowym, migdałami i cytrusami. Wyrabianie gołębicy, oczekiwanie aż wzniesie się na odpowiednią wysokość, by móc sfrunąć w niecierpliwe i łakome kolejnych kawałków ręce uskrzydliły mnie i wprawiły w doskonały przedświąteczny nastrój.  
A sama gołębica? Zanim napiszę jak smakuje, poczytajcie trochę o jej ciekawej historii.


Kiedy po tradycyjnym, wielkanocnym obiedzie przychodzi pora na deser, na włoskich stołach pojawia się Colomba – wyrośnięte ciasto w kształcie gołębicy. Od zamierzchłych czasów gołębica, obok jajka,  jest symbolem pokoju, odrodzenia i miłości.
Gołębica z ciasta stała symbolem włoskiej Wielkanocy w pierwszych dziesięcioleciach XX wieku, kiedy to mediolański zakład produkcyjny „Motta” postanowił wprowadzić na rynek ciasto podobne do babki drożdżowej z bakaliami (panettone), ale w kształcie gołębia na bazie cukru, ciasta i likieru migdałowego. 


Produkt zdobył dużą popularność w 1930r. za sprawą Cassandre – artysty specjalizującego się w manifestach publicznych, któremu firma zleciła projekt wypromowania ciasta poprzez slogan „Colomba pasquale Motta, il dolce che sa di primavera” czyli  w tłumaczeniu: ”Gołębica wielkanocna firmy Motta, ciasto które wie o wiośnie.”
Korzeni tradycji wypiekania colomby można dopatrywać się w Biblii. W Starym Testamencie, w opowieści o Noe, występuje gołębica z gałązką oliwną w dziobie, która po powszechnej powodzi zwiastuje opadnięcie wód, a w wymiarze religijnym pojednanie między Bogiem a ludźmi.


Z Colombą wiąże się kilka legend. Jedna z nich głosi, że ciasto zostało po raz pierwszy wypieczone w Pawii w 750 roku. Ubogi cukiernik upiekł ciasto w nadziei, że zapanuje w mieście pokój. Pawia była bowiem w stanie wojny z królem Alboino.
Ten prosty gest skruszył serce najeźdźcy i w konsekwencji doprowadził go do wycofania się z zamiarów podbicia miasta. 
Inna legenda mówi, że podczas walki oddziałów żołnierzy Fryderyka Barbarossy ze Związkiem Gmin Lombardzkich, na sztandarze rydwanu usiadły dwa gołębie symbolizujące powodzenie dla armii mediolańskiej.*


Jadłam wiele drożdżowych "bab", ale ta zdecydowanie smakuje mi najbardziej. Dzięki skórce z cytrusów jest cudownie aromatyczna. Największym jej atutem jest migdałowy wierzch - och, ta chrupiąca skorupka utkana migdałami to coś najpyszniejszego na świecie. Zapach, jaki towarzyszy jej pieczeniu jest tak zniewalający, że wszyscy okupowaliśmy szybę piekarnika oddając się najpyszniejszym inhalacjom i jednocześnie walcząc o prawo do ukrojenia pierwszego kawałka. 


Zgodnie z rodzinną tradycją colomba została zjedzona jeszcze na ciepło, popijana zimnym mlekiem. Udało mi się ocalić jedynie kawałek "dziubka" gołębicy, by przekonać się jak smakuje na drugi dzień. I tu kolejny powód do zachwytu - nic nie traci na swojej wilgotności (tak, to baba wilgotna, nie sucha!). 


Nawet jeśli nie macie specjalnej formy na gołębicę, namawiam Was na jej upieczenie. Przepis nie jest trudny, trzeba jedynie - jak w przypadku wszystkich drożdżowych wypieków - uzbroić się w cierpliwość i nie poganiać ciasta, a dać mu czas, by rosło swoim tempem. Idealna będzie forma jak na placek drożdżowy - zyskacie wtedy dużą powierzchnię migdałowej skorupki!  


Colomba di Pasqua to "ciasto, które wie o wiośnie", może  uda mu się ją nareszcie przywołać? 
Bez względu na pogodę życzę Wam, by ten wielkanocny czas upływał Wam w sposób szczególny. 
Samych dobrych chwil i pogody - ducha!


Dziękuję Atinie i Lo za wspólne pieczenie, Majance za wsparcie językowe i duchowe i jak zawsze za najlepszą opiekę Margot:*  Do następnego!

COLOMBA DI PASQUA

/przepis z tej strony - klik, tłumaczenie Majana/

Składniki na formę 1 kg
500 g mąki
100 ml wody 
25 świeżych drożdży 
200 g masła 
170 g cukru 
5 żółtek 
30 ml mleka 
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
starta skórka z 1 cytryny 
skórka starta z 1 pomarańczowy 
1 szczypta soli 
50 g kandyzowanych owoców (opcjonalnie, u mnie drobno siekane suszone żurawiny)

Składniki na lukier migdałowy 
2 białka
50 g cukru pudru 
50 g granulowanego cukru (zastąpiłam zwykłym)
70 g całych migdałów



Zacząć od przygotowania bigi. Biga to preferment, inaczej zaczyn, charakterystyczny dla włoskich wypieków chlebowych i drożdżowych. Powstaje poprzez połączenie mąki, wody i niewielkiej ilości wody. Istnieją dwa rodzaje bigi - lużna i sztywna. W tym wypadku przygotowujemy sztywną bigę, czyli taką, która wyrasta w wodzie tworząc zaczyn na kształt nadętej kopuły, który z łatwością można odsączyć i dodać do zagniatanego ciasta (patrz: fotorelacja - klik). Przygotować bigę rozpuszczając drożdże w 100 ml ciepłej wody. Dodaj 140/150 g mąki i zacząć mieszać. 
Zagnieść ciasto, aż będzie miękkie. Na powstałym w ten sposób maleńkim bochenku naciąć na wierzchu krzyż i umieścić w misce wypełnionej ciepłą wodą. Bochenek po chwili uniesie się do góry i zacznie ładnie wyrastać. Przykryć i zostawić do wyrośnięcia na 30 minut. Ciasto powinno podwoić swoją objętość.


Do drugiej, większej miski wsypać pozostałą mąkę (350g), cukier, żółtka, 100g miękkiego masła, szczyptę soli, ekstrakt waniliowy i startą skórkę z cytryny i pomarańczy. Zagniatać dodając mleko.
Następnie wyjąć bigę z wody (odsączoną, można ją bez problemu pochwycić w dłonie) i  dodać do przygotowanego ciasta.  Przełożyć całość na stolnicę i zagniatać, aż otrzymamy miękkie, gładkie, trochę lepkie ciasto. Umieścić je w ciepłym miejscu do wyrośnięcia na około 1 godzinę.
Po tym czasie  ciasto przełożyć ponownie na stolnicę i dodać 50 g miękkiego masła. Wyrabiać energicznie (około 10 minut, najlepiej ręcznie) i ponownie odstawić ciasto do wyrośnięcia na 4 godziny. Ciasto powinno podwoić swoją objętość.


Wyłożyć ciasto na stolnicę dodać ostatnie 50 g miękkiego masła i opcjonalnie bakalie i zagniatać ciasto przez 15 minut, następnie przełożyć do formy na colombę. Pozostawić w cieple do wyrośnięcia przez około 40 minut, do momentu kiedy ciasto będzie dotykało krawędzi formy. Foremka, którą miałam była mała, więc przełożyłam do niej połowę ciasta, drugą upiekłam w osobnej formie.
Piekarnik nagrzać do 190 stopni C.
Przygotować lukier ucierając białka z cukrem pudrem. Posmarować nim obficie ciasto, posypać cukrem granulowanym i migdałami - można układać je dość gęsto, im więcej, tym skorupka jest pyszniejsza.
Piec w rozgrzanym do 190 stopni piekarniku przez 10 minut, a następnie zmniejszyć temperaturę do 180 stopni i piec przez kolejne 30 minut. Wyjąć ciasto i ostudzić na kratce.
Smakuje doskonale nawet drugiego dnia, pod warunkiem, że coś zostanie :)



* informacje o colombie cytuję z tej strony - klik

czwartek, 31 stycznia 2013

TU I TAM # 31. Craquelines. Na dobry dzień. Francuskie brioszki z kandyzowanymi pomarańczami.


"Jeśli doznałeś niemiłego uczucia,
że ktoś rzucił na ciebie urok, remedium znajdziesz w najbliższej boulangerie.
Owiń kawałek chleba w czystą białą serwetkę
i daj go pierwszej napotkanej rankiem osobie.
Urok zostanie zdjęty." *
W styczniu nasze kuchnie, Amber i moją, zamieniamy w domowe boulangerie i
oddajemy się kuchennej magii.
Zagniatamy, wyrabiamy i czekamy na naszą un peu de bonheur, odrobinę szczęścia.
Rozpieszczamy podniebienia.
Pieczemy na słodko.
Dzielimy się od rana i przepędzamy złe myśli - a kysz!
Częstujcie się! 


Co najpierw?
Kawa?
Gimnastyka?
Śniadanie?


Najpierw cisza. 
Moja ciszą, z którą budzę się pierwsza.
Wykradam dniowi tylko dla siebie. 
Ta cisza oddycha spokojnym snem domu. 


Wychodzę z sypialni cichutko, na paluszkach, jakbym skradała się do ukrytego w lodówce tortu. 
Poranna cisza jest jak wisienka, którą z tego tortu wyjadam.
Tylko moja, bezwstydnie skradziona.
Rozgryzana rozkosznie, powoli, do ostatniej sekundy milczenia. 


Zarzucam ciepły szlafrok i trochę jak intruz przyglądam się przedmiotom, które zdaje się łączyć nocna zmowa milczenia.
Zasnute mrokiem, otoczone zastępami cieni wyglądają jak szajka spiskowców, których nakryłam w środku tajnej narady. 


Rozsuwam zasłony. Powoli.
Lubię ich cichy szept, jakbym budziła je w środku snu, który chcą mi opowiedzieć zanim okna otworzą oczy i sen uleci w niepamięć.
Przyglądam się światu przez zaspane powieki okien. 
Podglądam poranną gimnastykę wiewiórki.
Sypię śniadanie ptakom.


Dryfuję w tej ciszy, jak w bańce mydlanej. 
Pozornie bez celu, choć zawsze w tym samym kierunku - w stronę czerwonego światełka mojej latarni - ekspresu do kawy. 
Pierwsze dwa, trzy łyki i przybijam do brzegu dnia.
Jestem gotowa. 


Na pobudkę domu.
Na słońce, które wchodzi przez okno tarasu i pędzlami promieni maluje mieszkanie.
Na rozmowy, słuchanie.
Na to co nowe i na to, co powtarza się od lat. 
I na un peu de bonheur, domową boulangerie. 

Dziś będzie pachniała masłem, brioszkami i kandyzowanymi pomarańczami. 
To będzie dzień o smaku craquelines, francuskich śniadaniowych brioszek z aromatycznym pomarańczowo-migdałowym nadzieniem. 
Mięciutkich, chrupiących z wierzchu, z chmurką cukru pudru. 


Owijam je w białe serwetki i wręczam pierwszym spotkanym osobom, Domownikom i Wam.
Złe myśli - a kysz! 
Urok został zdjęty!
To będzie dobry dzień!  
 

CRAQUELINES - BRIOSZKI Z KANDYZOWANYMI POMARAŃCZAMI

Na ciasto:
370 g mąki pszennej tortowej
50 g drobnego cukru

50 g świeżych drożdży
1 łyżeczka soli
100 ml ciepłego mleka
3 jajka

170 g miękkiego masła
1/3 szklanki mielonych migdałów

Do posmarowania:
1 jajko
50 gr cukru
50 migdałów w płatkach


Z drożdży zrobić rozczyn - wymieszać ciepłe mleko, pokruszone drożdże, 1 łyżeczkę cukru i 1 łyżkę mąki, odstawić do wyrośnięcia na 10 minut pod przykryciem ze ściereczki. Do miski przesiać mąkę, dodać cukier, rozczyn drożdży, sól i jajka. Wymieszać składniki drewnianą łyżką lub mieszadłem miksera. Wyrabiać ręką przez 10 minut lub 5 minut za pomocą mieszadła, a później haka miksera. Następnie dodawać miękkie masło, cały czas wyrabiając rękami (10 minut) lub miksując (5 minut). Na koniec otrzymamy gładkie, elastyczne ciasto, które z łatwością będzie odchodziło od ręki i boków miski. Przykryć ściereczką i odstawić do wyrośnięcia na godzinę lub do momentu aż podwoi objętość. 


Wyrośnięte ciasto przełożyć na wysypany mąką blat i rozwałkować na prostokąt o wielkości ok. 40 x 25 cm.  Posypać z wierzchu drobno zmielonymi migdałami pozostawiając wzdłuż dłuższego boku brzeg o szerokości ok 8 cm. Na migdały nałożyć grubo siekane kawałki kandyzowanych pomarańczy i zwinąć ciasto - składając wzdłuż dłuższego boku "na trzy", jak przy składaniu listu. Pokroić na ok. 8-10 części o szerokości ok.3-4 cm. Odstawić do wyrośnięcia na ok. 1/2 godziny. Po tym czasie  wierzch brioszek posmarować jajkiem rozmieszanym z cukrem i płatkami migdałów. Wstawić do piekarnika nagrzanego do temperatury 180  i piec przez 25-30 minut. Upieczone lekko przestudzić i posypać z wierzchu cukrem pudrem. 


KANDYZOWANE POMARAŃCZE
/najlepiej przygotować dzień wcześniej/

4 pomarańcze
3 szklanki cukru
4 szklani wody

Pomarańcze dokładnie umyć, pokroić na średniej grubości plastry. W rondelku zagotować wodę z cukrem, mieszając od czasu do czasu, aż cukier się rozpuści. Zmniejszyć ogień, dodać plastry pomarańczy i trzymać na średnim ogniu aż syrop niemal całkiem się zredukuje, a plastry staną się mięciutkie, niemal szkliste. Zdjąć z ognia, przestudzić i pokroić na średniej wielkości kawałki. Całe plastry można też dodać do herbaty. 



* cytat pochodzi z książki Wyznania francuskiego piekarza, Peter Mayle i Gerard Auzet
** inspiracją był ten przepis - klik, ciasto na brioszki pochodzi z tej strony - klik , cytuję za autorką.  

Drukuj przepis

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails