Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czerwona cebula. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czerwona cebula. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 września 2012

Pięć okrążeń i bliskie spotkanie trzeciego stopnia. Patisony.




Muzeum,
katedra,
lodziarnia,
sklepy, 
rynek...?
Który obiekt staje się Waszym celem nr 1 zaraz po przybyciu do nowego miasta? Z mapą w ręce, czy kierowani pantomimą tubylców, a może po prostu wiedzeni intuicją kierujecie się prosto na ... targ?


Zgadłam?
Jeśli tak, to być może kiedyś właśnie tam się spotkamy. A może minęliśmy się wyciągając rękę w tym samym kierunku - tam, gdzie rozsiadły się pękate dynie, przechwalają rumieńcami jabłka i pachną miodową słodyczą gruszki.
W moim świecie poruszam się według mapy, na której wszystkie drogi prowadzą do ... targowiska. Od niego zaczyna i na nim kończę - zawsze w ostatnim momencie wracam po coś, co zdaje mi się piękniejsze, bardziej dorodne od tego co spotykam w moim mieście.
Targ pokonuję w kilku okrążeniach.


Pierwsze jest łapczywe, trochę dzikie - jak u dziecka, które wchodzi do sklepu z cukierkami i jest pewne, że chce wszystkie. Ja też. W myślach kupuję wszystko i w ten sposób niczego nie świadome targowisko staje się nagle moją własnością.


Przy drugim okrążeniu oślepiona euforia zaczyna odczuwać pierwsze przejawy logicznego myślenia. Co zrobię z kolejną 20-kilogramową dynią, czy jest ktoś, kto w ciągu doby dobuduje mi spiżarnię, skąd wezmę komplet przynajmniej 12 krzeseł, które trzeba będzie dostawić do stołu (o właśnie i jeszcze przydałby się nowy stół!), by pomieścić tabuny gości. Tylko przy ich pomocy będziemy przecież w stanie zjeść to wszystko, co właśnie w myślach przed chwilą kupiłam.


W związku z tym kolejne, trzecie okrążenie możemy nazwać selektywnym. Przyznam, że za nim nie przepadam. Niczym minister finansów, moim zadaniem są wyłącznie "cięcia, cięcia, cięcia...". Z niekończącej się listy usuwam z bólem wszystkie te cuda, które - co sobie w końcu uświadamiam - albo i tak rosną w moim ogrodzie, albo w równie dorodnej postaci wylegują się na moim lokalnym straganie.


Dochodzę w ten sposób do czwartego okrążenia, ulubionego, kiedy zdecydowana na zakup zaczynam flirt ze sprzedawcą. Owocowo-warzywny romans, choćby trwał ledwie minutę, zawsze niesie ze sobą spełnienie. Satysfakcję, obustronną. Ja odchodzę bogatsza o siatkę klejnotów, On zostaje lżejszy o parę kilogramów. I niech mi ktoś powie, że burak, kartofel czy rzepa to nie są romantyczne warzywa!


Ale to jeszcze nie koniec. Przed samym wyjazdem dochodzi do finałowego okrążenia, a właściwie nalotu. Jest zupełnie irracjonalny, pozbawiony logiki, za to kierowany sercem, czystym zachwytem, bez grama rozsądku. Wracam po coś, co już i tak czeka na mnie w domu, ale zwyczajnie nie mogę się oprzeć pokusie. Kolejna siatka pomidorów, cukinie, gruszki. Przecież piękna nigdy nie dość, a jeśli ma przybrać postać pysznego jedzenia, to kto mógłby się oprzeć?!  


Kiedy więc wybrałam się do W. dzień zaczęłam oczywiście od wyprawy na targ. I tam je zobaczyłam. Małe, jaskrawo żółte dyski. Jeden na drugim, z wyciągniętymi w każdą stronę antenkami. Niesamowite. Kosmiczny nalot właśnie tu, w W., w drewnianej skrzynce obok kartofli i lekko zrezygnowanej sałaty.


Bliskie spotkanie trzeciego stopnia. Zgadnijcie, w którym okrążeniu żółciutkie patisony wylądowały w moim koszyku? Otóż w każdym.
Najpierw oczami wyobraźni przeniosłam całą skrzynię do mojej kuchni. Następnie obiegłam pozostałe stragany, żeby przekonać się czy pierwsi wysłannicy jesieni wylądowali także na innych stoiskach. Nie wylądowali. 


Doszło zatem do etapu selekcji - odrzuciłam kilka nadgryzionych zębem czasu dysków i przeszłam zaraz do szybkiego, pełnego uniesień zachwytu romansu, w wyniku którego za całe 3 zł za kilogram stałam się najszczęśliwszą pod słońcem (a świeciło pięknie) właścicielką mini-patisonów. Oczywiście, nie obyło się bez ostatecznego nalotu, skutkiem którego wykupiłam cały zapas i z wielką satysfakcją zdążyłam odpowiedzieć na pytanie zupełnie zaskoczonej właścicielki straganu " Co pani z nimi wszystkimi zrobi?!" - "Zjem!"


Tak, ta myśl niosła mnie do domu znacznie szybciej niż pociąg pospieszny relacji W.-U. 
Część moich "kosmitów" przez kilka dni zdobiła stół, ułożona w specjalnie na tę okazję wyciągniętym koszyku. Krążyłam wokół nich zachwycając się tą kosmiczno-jesienną dekoracją. Ale jak długo można?!


Apetyt wziął górę nad wystrojem wnętrz i nazywając rzecz po imieniu, doszło do długo wyczekiwanej konsumpcji. Muszę z wielką satysfakcją przyznać, że moje zauroczenie patisonami znalazło wielce smakowite odzwierciedlenie na talerzu. Nie mogę się doczekać, kiedy żółciutkie UFO po raz kolejny wyląduje w mojej kuchni. Na powitanie na pewno przygotuję tą sałatkę!


SAŁATKA Z PATISONÓW Z FETĄ, CZERWONĄ CEBULA, BAZYLIĄ I MIĘTĄ

Jest pyszna. Podsmażone lekko na oliwie patisony są chrupkie, lekko słodkie. Otulone karmelizowaną w balsamico czerwoną cebulą, aż proszą się o dodatek słonej dla kontrastu fety. Bazylia i mięta dodają sałatce świeżości. Wspaniale smakuje na ciepło, także w formie bruschetty - na grzankach z bagietki. 

Składniki na 2 osoby
10 mini-patisonów
1 czerwona cebula
1/2 opakowania fety
kilka łyżek oliwy
2-3 łyżki  balsamico
2-3 łyżki miodu
sól, pieprz
świeże listki mięty i bazylii


Cebulę pokroić w piórka i wrzucić na patelnię z odrobiną rozgrzanej oliwy. Trzymać na średnim ogniu aż cebula zmięknie, wtedy dodać ocet balsamiczny i miód. Wymieszać i dalej trzymać na ogniu do momentu aż cebula się skarmelizuje.
Patisony umyć, odciąć zielone końcówki i pokroić na średniej grubości plasterki. Na patelni rozgrzać część oliwy i wrzucić na nią pokrojone patisony. Doprawić solą i pieprzem i trzymać na średnim ogniu przez kilka minut - powinny tylko lekko się poddusić. Zdjąć z ognia. Połączyć z karmelizowaną cebulą, pokrojoną lub pokruszoną fetą oraz ziołami. Wymieszać. Jeśli trzeba, doprawić jeszcze do smaku solą i/lub pieprzem i skropić oliwą. Zjadać z apetytem, w towarzystwie dobrego wina i bagietki.

czwartek, 10 marca 2011

Szukanie i powroty. Focaccia na początek.




Szukam.
Chcę odzyskać na nowo.
To wszystko co ukradł. 
Podstępnie zaatakował.
Rozgościł bez pytania i nie dał się długo wypędzić. 
Intruz, złodziej i bałaganiarz. 
Mikroskopijny, a jednak silniejszy ode mnie. 


Wirus.
Podstępny i paskudny nieprzyjaciel, z którym musiałam stoczyć długą i męczącą walkę. 
I choć przy wsparciu zastępu leków udało się go w końcu przepędzić, nadal czuję się pokonana, a to uczucie, za którym naprawdę nie przepadam. Zwłaszcza jeśli walka jest nierówna, a przeciwnik nie dość, że niewidoczny, to jeszcze trudny do zdiagnozowania i oporny na wszelkie środki nacisku. 


Nie znoszę tego stanu pokonania, gdy wszystko co się planowało trzeba odwołać lub odłożyć na później. Gdy trzeba się chwilowo poddać, choć wcale się nie chce. Gdy pory jałowych posiłków trzeba z konieczności podporządkować tuzinom tabletek, które choć ładne i pastelowe, smakują wstrętnie i wcale nie czynią cudów, na jakie się czeka. Co gorsze, jakby obojętne na działanie wirusa, który zdążył już na dobre odebrać siły i ochotę na cokolwiek, zgarniają to co dla osoby uwielbiającej delektować się jedzeniem najcenniejsze - kradną smaki! 
Wszystkie! Kasują i wymazują! Nic nie smakuje tak jak powinno, tak jak się lubi, tak jak się pamięta, tak jak wygląda i pachnie. 


Dwa tygodnie bez kawy, której nawet daleki zapach przyprawia o mdłości, dla mnie, żyjącej na kawie od prawie 20 lat, oznacza prawdziwą torturę! Niełatwo żywić się biszkoptami, gdy te smakują jak miękki styropian i popijać herbatę kwaśną od połowy cytryny, choć dla mnie wciąż mdłą. Jedyny ratunek i pocieszenie przynoszą na szczęście kolejne słoiczki - musztarda i chrzan:) Nie sądziłam, że można zjeść takie ilości w ciągu paru tygodni! A jednak ich przenikająca ostrość jako jedyna była w końcu dobrze wyczuwalna i jak światełko w tunelu podtrzymywała nadzieję, że i pozostałe smaki uda się odzyskać. 


Mam ochotę wymazać z pamięci te ostatnie tygodnie. Nadrobić te wszystkie chwile, które umknęły. Powoli wracają smaki, choć niezbyt im się spieszy...Od kilku dni znów zaczynam dzień od kawy, choć ona wciąż smakuje inaczej niż przedtem. Zaczynają też nareszcie kiełkować wytęsknione myśli o gotowaniu i pieczeniu. Choć pierwszeństwo przypadło porządkom - zapomniana kuchnia powoli zaczyna wracać do życia. 


Wyciągam garnki, miski, rondelki - jednak za chwilę chowam z powrotem. Nie będą jeszcze potrzebne. Wystarczy jedna duża misa. Do wyrabiania i wyrastania ciasta. Na powrót i na początek mam ochotę na coś prostego. Ciepłego, chrupiącego z wierzchu i miękkiego i puszystego w środku. Mam ochotę urywać kawałki ciasta i maczać w oliwie. Wybieram tylko kilka dodatków - oliwki, czerwoną cebulę, ukochany rozmaryn i sól morską. 


Dotyk gładkiego i sprężystego ciasta przynosi ogromną ulgę. Jest jak terapia. Czuję, że znów mam ochotę na wszystko to, co drzemało zepchnięte w kącie przez te parę tygodni. Budzę się wcześniej niż zwykle. Wyciągam drożdże i szykuję focaccię. Mam jednak ochotę na jakąś zmianę. Część ciasta dzielę na małe porcje i wkładam do mini-keksówek, a drugą połowę formuję w okrągły placek i przekładam do tortownicy. Małe bułeczki-focaccie znikają od razu po upieczeniu maczane na ciepło w oliwie. 


Okrągłą focaccię odkładam na później. Kroję na pół, smaruję oliwą, nadziewam szynką, pomidorami, bazylią, czosnkiem i mozarellą. Składam tą dużą kanapkę i opiekam na grillu. Powstaje okrągła, chrupka panini, która znika równie szybko jak małe bułeczki. I co najważniejsze smakuje tak, jak powinna, tak jak lubię, tak jak pamiętam! A zatem wróciły smaki i ja wracam do kuchni. Nareszcie! 
Jeśli macie ochotę na inne focaccie, zapraszam na tą (klik) lub na tą (klik)


FOCACCIA Z OLIWKAMI, CZERWONĄ CEBULĄ, ROZMARYNEM I SOLĄ MORSKĄ
(przepis na ciasto cytuję za Asią z Kwestii Smaku

20g świeżych drożdży
300  ml ciepłej wody
500 g mąki
2 łyżeczki soli
oliwa z oliwek
1 czerwona cebula
3 łyżeczki gruboziarnistej soli morskiej 
garść czarnych oliwek
rozmaryn


Drożdże rozkruszyć w misce, dodać 120 ml ciepłej wody, 1 łyżeczkę cukru i 4 łyżki mąki. Wymieszać i odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia, na około 20 minut. Mąkę przesiać do miski i wymieszać z 2 łyżeczkami  soli oraz 2 łyżkami oliwy z oliwek. Dodać drożdże oraz resztę ciepłej wody. Składniki wymieszać w misce i połączyć w kulę. Ciasto wyłożyć na posypany mąką blat. Wyrabiać przez 15 minut, aż będzie gładkie i elastyczne.  Można także wyrabiać mikserem. 


Na blacie rozsmarować jedną łyżkę oliwy, wyłożyć ciasto i rozwałkować. Blachę do pieczenia wysmarować oliwą i wyłożyć na nią rozwałkowane ciasto. Ja podzieliłam ciasto na dwie równe części. Jedną rozwałkowałam na kształt koła i przełożyłam do tortownicy o średnicy 22 cm, drugą podzieliłam na 6 równych części i przełożyłam do mini-keksówek o wymiarach 10,5 x 6 cm .  Przykryć przeźroczystą folią i odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia, na 1,5 godziny. 


Cebulę i oliwki pokroić na cieniutki plasterki. Ciasto posmarować  oliwą, posypać solą morską, powtykać listki rozmarynu i nałożyć plasterki cebuli i oliwek. Odstawić ponownie do wyrośnięcia na ok. 1 godzinę. Piekarnik nagrzać do 220°C. Wstawić do nagrzanego piekarnika i piec przez 15 - 20 minut na złoty kolor. Podawać z oliwą z oliwek. Można także przekroić na pół, wysmarować oliwą, obłożyć np. mozarellą, szynką, pomidorami, bazylią, złożyć i opiekać na grillu - powstanie pyszna, chrupiąca kanapka panini. Smacznego!


P.S. Dziękuję wszystkim osobom, które podzieliły się ze mną w komentarzach lub mailach swoimi wspomnieniami o randkach.  Upominek-niespodziankę otrzyma Evitaa. Proszę o kontakt i dane do wysyłki.

niedziela, 20 czerwca 2010

Zamiast gimnastyki. Dla zmęczonych i zapracowanych smakoszy. Cebula.


Pewnie nie zabrzmi to zbyt poprawnie, ale nie znoszę gimnastyki. Nigdy nie było moim udziałem poranne wstawanie 15 minut wcześniej, by poćwiczyć i rozruszać mięśnie. Dotąd nie mogę w pełni zrozumieć popularności wszystkich fitness klubów, aerobiku i innych zajęć, na których grupa dbających o kondycję osób zgadza się dobrowolnie na, moim zdaniem, nieludzkie zmęczenie. Na samą myśl o tym, że miałabym moje ciało poddać skłonom, wygięciom, brzuszkom, podskokom czy innym akrobacjom już czuję się wykończona. Wniosek z tego jeden - jestem leniem i nie wstydzę się do tego przyznać. No cóż. Tłumaczę to sobie tak -  jedni się ruszają i dbają o kondycję, drudzy siedzą i piszą o jedzeniu; ideały potrafią łączyć oba zajęcia. Ideałem nie jestem, ba! strasznie daleko mi do niego, ale niedawno zupełnie przypadkowo dowiedziałam się o istnieniu pewnej substancji, jak dla mnie magicznej, która okazuje się być złotym środkiem dla wszystkich zmęczonych, zestresowanych i tak jak ja, nie gimnastykujących się.


"Kwercetyna, przeciwutleniacz występujący w skórce czerwonej cebuli, jabłek, jagód i winogron, znacznie zwiększa wytrzymałość u osób, które regularnie nie ćwiczą (International Journal of Sports Nutrition and Exercise Metabolism). Badacze (...) wykazali, że kwercetyna zwalcza zmęczenie. Uważają oni, że ich odkrycie ułatwi życie nie tylko sportowcom, ale również zwykłym ludziom, borykającym się na co dzień ze stresem i znużeniem.
Naturalne właściwości biologiczne kwercetyny, włączając w to działanie antyutleniające i przeciwzapalne, a także wspomaganie układu odpornościowego (...) to doskonałe rozwiązanie dla tych, którzy uważają, że brak im czasu na gimnastykę." *
Choć mojego lenistwa nie powinna tłumaczyć niechęć do sportu, a zdrowy rozsądek powinien nakazać choć minimalną dawkę ćwiczeń, to przyznam, że odkrycie działania kwercetyny satysfakcjonuje mnie na tyle, że jak na razie nie zanosi się na drastyczne zmiany w moim trybie życie. Wprawdzie w moim wypadku nie chodzi o brak czasu, a zwyczajną niechęć do gimnastyki, to zamierzam korzystać z dobrodziejstw kwercetyny mając nadzieję, że zapracowanie, zmęczenie i niejednokrotnie stres uda się pokonać np. uwielbianą przeze mnie czerwoną cebulą.  


Posuwając się dalej w moim lenistwie, połączę ją z gotowym ciastem francuskim, bo i w tej kwestii nadal nie mogę się zmusić do własnoręcznego wykonania. Jedynym wysiłkiem będzie krojenie cebuli, ale zasłużenie przecież zapłaczę przy niej nad moim nie wygimnastykowanym ciałem. Później już tylko będę się relaksować w oparach octu balsamicznego, miodu i tymianku, które zamienią cebulę w konfiturę. Wycinanie tartinek, nakładanie farszu i krojenie ulubionego koziego sera nie zajmie mi więcej niż 5 minut i będzie czystą przyjemnością. Czas pieczenia wystarczy w zupełności, by przygotować najprostszą sałatę  i nakryć do stołu. Zaraz potem przyjdzie pora, by delektować się naszymi ulubionymi smakami, a świadomość, że ich zjadanie zwalcza jednocześnie objawy zmęczenia z pewnością zakończy się kolejnym długim i beztroskim popołudniem na tarasie. 


Uwaga! Nie myślcie, że namawiam do niezdrowego trybu życia. Nie chcę też tym wpisem absolutnie urazić osób , które świadomie i chętnie dbają o swoją kondycję. Ja po prostu naprawdę nie lubię gimnastyki!  


MINI TARTY Z KONFITURĄ Z CZERWONEJ CEBULI, KOZIM SEREM I ORZESZKAMI PINIOWYMI


SKŁADNIKI
NA 8 MINI-TART
2 płaty gotowego ciasta francuskiego
3-4 średniej wielkości czerwone cebule
ocet balsamiczny
miód
tymianek (suszony lub świeży)
sól, pieprz do smaku
kozi ser pleśniowy
garść orzeszków piniowych
oliwa z oliwek


Cebulę pokroić w cienkie półksiężyce. Na patelni rozgrzać oliwę, wrzucić na nią cebulę. Po kilku minutach dodać ocet balsamiczny, miód, tymianek oraz sól i pieprz. Nie podaję dokładnych ilości, gdyż w przypadku tej konfitury zawsze działam na wyczucie. Dodajcie tyle, by smak Wam odpowiadał i zachował równowagę między słodyczą miodu i ostrością octu balsamicznego. Mieszając co chwilę dusić do momentu aż cebula stanie się pięknie szklista - zajmuje to ok. godziny. 


Dobrze schłodzone ciasto francuskie rozłożyć i wyciąć 8 spodów - ja użyłam wycinarki o średnicy 12,5 cm. Na każdym z nich wycinarką o mniejszej średnicy (u mnie 9,5cm) zaznaczyć (uwaga! nie wycinać, a jedynie zrobić lekkie wgłębienie) wokół brzegu krawędzie - dzięki temu w trakcie pieczenia boki tart uniosą się lekko do góry tworząc naturalne wgłębienie dla nadzienia. Jeśli nie macie wycinarek o takich wymiarach (moje kupiłam w Tesco i chyba nadal są tam dostępne - komplet składa się z 6 wycinarek o średnicy od 5 cm do 12,5 cm) użyjcie miseczki lub szerszej szklanki, na pewno znajdzie się sposób:)  


Na środek każdej tarty nakładać konfiturę z cebuli, na nią plaster (solidny!) koziego sera i jeśli macie świeża gałązkę tymianku.  Dodatkowo udekorować uprażonymi orzeszkami piniowymi. Zapiekać w temperaturze ok. 200 stopni do momentu aż ciasta pięknie się zezłoci. Smacznego!
* Autor: Anna Błońska, www.kopalniawiedzy.pl


Drukuj przepis

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails