Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obiady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obiady. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 kwietnia 2011

TU I TAM nr 10. Bogactwo i przyjemność. Niedźwiedzia.



TU i TAM. Dwie kuchnie, dwa wirtualne światy, duża odległość i wiele wspólnego. Kulinarna pasja, radość gotowania, smakowania i tworzenia. To wszystko powody, dla których regularnie już raz w miesiącu umawiamy się z Amber w naszych kuchniach. Uwielbiam te nasze wirtualne spotkania. Zawsze towarzyszy im mnóstwo emocji związanych nie tylko z samym wyborem tematu, gotowaniem, ale i wielką ciekawością, by choć na chwilę zajrzeć do kuchni Amber i zobaczyć co tam szykuje. Emocje tym większe, że znamy się już coraz lepiej i intuicyjnie wyczuwamy co pachnie, wyrasta lub piecze się w zaprzyjaźnionej kuchni. Jednak do momentu publikacji wpisu nigdy tak naprawdę nie wiemy, co zobaczymy u siebie na stole.


Wyborem tematu dotychczas dzieliłyśmy się po równo, tym razem jednak temat niejako przyszedł czy też dojechał sam, prosto z pobliskiego mi lasu... Ale o tym poniżej.  Dziś zatem gotujemy zgodnie z sezonem i na czasie, bowiem w naszych kuchniach zapachniał czosnek niedźwiedzi. Zapraszamy!



"Tutaj ludzie ubodzy jadają znacznie wspanialsze dania niż bogacze w Ameryce. Dlatego często stawiam sobie pytanie - gdy wodę, w której gotowałam ziemniaki, dodaję do ciasta, by chleb był bardziej sycący, gdy ziemniaki polewam sosem kapiącym z pieczeni lub kiedy duszę czerstwy chleb z oliwą i dzikimi ziołami, by zrobić aromatyczną zupę - co to właściwie znaczy być ubogim? Myślę, że powoli zaczynam się uczyć, jak żyć przyjemnie, niezależnie od tego, czy czasy są ciężkie, czy też opływam w dostatki. Zasadniczo podejście do życia jest w obu wypadkach takie samo. Cała sztuka polega na tym, by słowo abbondanza, dostatek, umieć dokładnie zdefiniować. Dla nas dostatek to, na przykład, pełno świeżo wytłoczonej oliwy giara, mniej rzeczy, ale za to więcej czasu dla siebie. Pamiętam, jak Barlozzo mówił nam o dawnych czasach, gdy bogactwem było mieć trzy worki kasztanów zamiast dwóch. To trochę inny rodzaj bogactwa niż ten, któremu hołdują moi kalifornijscy znajomi, którzy mają kuchnie o powierzchni blisko stu metrów kwadratowych wyłożone trawertynem, trzy piekarniki, dwie zmywarki, dwie lodówki, kominek, bar, łazienkę i przebieralnię dla kucharza. Życie w Toskanii cechuje prostota i przyjemność. 
A poza tym nie można czuć się ubogim, gdy w ogrodzie stoi piec opalany drewnem." *  


Prostota i przyjemność.
To rodzaj bogactwa, który naprawdę mnie uszczęśliwia. Niemal codziennie przekonuję się, że "uboga w złoto i świecidełka", staję się coraz bardziej bogata w bezcenne chwile i proste przyjemności, których wartość przekracza koszt kolejnej kreacji,  "-entej" pary butów, "-nastej" torebki - ładnych rzeczy o życiu krótkim, sezonowym, wygasającym w ciemnej szafie, wśród wielu podobnych, smutno zwisających i zapomnianych egzemplarzy. 


Cieszy mnie i wprawia w euforię pierwszy w tym roku bukiet botwinki, kilka stokrotek ocalonych przez M. przed wygłodniałą kosiarką i zapach fiołków, subtelny i delikatny, jak płatki, z których ulatuje.  
Myśląc o przyjemności i bogactwie, staram się przypomnieć sobie co ostatnio mnie ucieszyło i jak się wzbogaciłam. I wiecie co? Muszę powiedzieć, że jestem niebywale bogata! Ba! Ja po prostu opływam w bogactwo! 


W ciągu ostatnich tygodni dostałam w prezencie cztery słoiki - w każdym białka z 6 jajek. Wiecie ile bez i makaroników można z nich upiec?! Do tego worek cudownej mąki prosto z młyna. Słoik drobniutko krojonej kandyzowanej skórki pomarańczowej do mazurków. Nie mogę też zapomnieć o regularnych dostawach ulubionej nalewki porzeczkowej i czekoladek z likierem, do których słabość mam wyjątkową. 


To wszystko "kosztowności" wręczane bez okazji. Po prostu, "bo mam i chcę Ci dać", z dobrego serca, z chęci podzielenia się bogactwem. Nieustannie zachwyca mnie i napawa wielkiem optymizmem ta szczera i prawdziwa życzliwość i bezinteresowność. Jak ta dostarczona przez listonosza wcześnie rano paczuszka, w której Amber wysłała do mnie piękny okaz ... kopru włoskiego! Wiedziała, że nie mogę go u siebie dostać, więc wyprawiła go w podróż, a ja wykorzystałam do pysznej .... pssst! (o tym dowiecie się w swoim czasie, to znaczy wtedy, gdy w końcu zmobilizuję się i przygotuję fenkułowy wpis;). 


Odkąd pamiętam rodzina, znajomi i sąsiedzi zawsze dzielili się swoim "bogactwem". Pisałam o tym trochę w poście o koralach z czerwonej porzeczki (klik). Skrzynka jabłek, tuzin jaj, pęta wonnej wędzonej kiełbasy, świeży twaróg, laski rabarbaru, drożdżowe strucle z powidłami  - wciąż wytyczają smaczne ścieżki między naszymi domami. Rysuję w głowie mapę i z radością zaznaczam na niej kolejne miejsca, do których powędruje coś dobrego, ale i nowe miejsca, z których te dary docierają.


Jak las na pobliskiej górze. Właśnie tam wędruje czasami moja znajoma. Właśnie stamtąd przyszła do mnie z wielkimi, naprawdę WIELKIMI podróżnymi torbami. Właściwie najpierw dotarł zapach - wonny i niepowtarzany. Całe przedpołudnie spędzone na zbieraniu listek po listku, układaniu jeden na drugim, czystych, dorodnych i pięknie pachnących liści aż po brzegi zdających się nie mieć dna toreb - i słowa, ciepłe i dające ogromną radość - "pamiętam jak pani mówiła, że lubi czosnek niedźwiedzi. Pomyślałam, że to panią ucieszy, poszłam do lasu i trochę pani nazbierałam. Czy tyle wystarczy?" 


Trochę?! Wystarczy?! Mój Boże, dawno w moim domu nie było tak zielono! Mogę śmiało powiedzieć, że "opływam w zielonych";) Czosnek w wazonach, słoikach, wielkiej miednicy, a nawet wannie - podtrzymywany przy życiu zanim trafi, gdzie trzeba. Czosnek w jajecznicy, omlecie, tortilli, twarożku, sosie do makaronu, w dwóch skrzyniach zamrażalki, i w końcu w wysłanej do Amber paczce, która najpierw zalała panią w okienku pocztowym, ale po technicznych poprawkach pakowania, dotarła jednak szybko i niemal bezboleśnie, dla czosnku oczywiście! 


Wielkie torby wypchane czosnkiem, niczym wory  z pieniędzmi, ucieszyły mnie niebywale. Część tego bogactwa zdeponowałam w zamrażalce, resztę rozdałam lub zwyczajnie "przejadłam". W obliczu takiego bogactwa ciężko zachować racjonalizm, zwłaszcza, że sposobów na "wydanie" zielonych listków jest naprawdę wiele i wszystkie smaczne. 


Aby jednak nie dać się zwieść "mamonie", postanowiłam zejść na ziemię i ugotowałam zupę, zwyczajną i najprostszą. Taką, która ma kolor, smak i zapach czosnku, na wodzie z ziemniaków, by dodać jej smaku i niczego nie zmarnować. Prosta, ale pełna bogactwa po brzegi. Pyszna na ciepło, ale świetna też w roli chłodnika. Podałam w szklance, bo tak wygodniej popija się ją na tarasie podziwiając cudownie rozkwitające bogactwo wiosny (czy u Was też już kwitną bzy?). Z ziemniaków, części wody, w której się gotowały i odrobiny śmietany przygotowałam "ziemniaczaną kołderkę", cudownie lekki i puszysty mus, którym dopełniłam pucharki z zupą i doprawiłam odrobiną oliwy z oliwek. 


Dużo wiadomości o czosnku niedźwiedzim znajdziecie m.in. na blogu u Bei (klik), a parę dni temu pięknie pokazała go u siebie także Nobleva (klik). Jestem pewna, że Amber ma dla Was równie apetyczną propozycję. Zapraszam! 


ZUPA Z CZOSNKU NIEDŹWIEDZIEGO Z ZIEMNIACZANĄ KOŁDERKĄ 
/składniki na ok. 5-6 porcji/ 

1 pęczek czosnku niedźwiedziego (nie mam  pojęcia ile waży, ale grubość pęczka odpowiada mniej więcej połowie przekroju chudej bagietki ;)
1-2 szalotki
4 średnie ziemniaki
1 litr wywaru warzywnego - ja wykorzystałam częściowo wodę, w której gotowały się ziemniaki
ok. 150 ml śmietany kremówki 30% 
sól, pieprz do smaku
oliwy 


W osolonej wodzie ugotować ziemniaki. Odcedzić, ale zachować wodę, w której się gotowały.
Szalotki drobno posiekać i lekko podsmażyć na oliwie. Dodać opłukane liście czosnku niedźwiedziego, chwilę podsmażyć razem z cebulką,  a następnie zalać płynem (wywar i woda z ziemniaków  - kilka łyżek wody zachować, będzie potrzebna do przygotowania ziemniaczanej kołderki). Doprawić solą i pieprzem i gotować ok. 10 minut, a następnie zmiksować w blenderze.


Ugotowane i przestudzone ziemniaki zmiksować z kilkoma łyżkami wody pozostałej z gotowania oraz ze śmietanką. Kiedy masa stanie się gładka i pozbawiana grudek, ubijać ją jeszcze kilka minut, by "nabrała powietrza" - stanie się bardziej puszysta i konsystencją zacznie przypominać lekki mus. 
Zupę przelać do pucharków, na wierzch nałożyć ziemniaczaną kołderkę, skropić oliwą. Kołderka  nie tylko wspaniale smakuje, ale też delikatni zagęszcza zupę. Smacznego! 


* cytat pochodzi z książki Tysiąc dni w Toskanii, Marleny de Blasi

piątek, 15 kwietnia 2011

Wiosenne porządki i gotowane perły. Risotto.



Paczka botwinki.
Dwa woreczki czerwonych winogron.
Wielkie pudełko malin.
Pojemnik z wiśniami.
Torebka rabarbaru.
Worek czerwonych porzeczek.
Trzy pudełeczka dyni.


To nie jest lista moich zakupów. 
Ani relacja z wizyty na straganie.
To po prostu zamrożone lato i trochę jesieni, które wciąż trzymam w zamrażarce. To nic wielkiego, jestem pewna, że i Wy tak macie. Ale przecież mamy wiosnę! I choć wczoraj na pobliskiej górze było u mnie prawie pół metra śniegu, wiem, że to tylko ostatnie kaprysy pogody i już niedługo wiosna rozkwitnie w pełni, a wraz z nią rozpocznie się  wreszcie wytęskniony czas świeżych warzyw i owoców. 


O tej porze najbardziej tęsknie za chłodnikiem z botwinki i ciastem  z rabarbarem. Na chłodnik jednak za zimno, a na świeży rabarbar za wcześnie. Co jest zatem na czasie? U mnie wiosenne porządki w zamrażarce. Ogrzewam się zupą z dyni, pocieszam malinowym ciastem i gotuję rabarbarowy kompot. To zdecydowanie moje ulubione porządki. Jedyne, na jakie zawsze mam ochotę. Szykując się na wiosenno-letnie smaki ogrzewam się ich wspomnieniami. A jak to jest u Was? Porządki już zrobione czy nadal chowacie jeszcze kawałki lata?


W takie dni, jak dziś, gdy pada, jest zimno, szaro i ponuro, potrzebuję ocieplacza. Ciepła herbata, miękki sweter i koniecznie coś rozgrzewającego na obiad. Dziś wybieram cudownie kremowe risotto. Sięgam po pudełko z zamrożonym pure dyniowym, dzięki któremu moje danie będzie nie tylko smaczne, ale i nabierze ciepłego, energetyzującego koloru.  Ten kolor, smak i ciepło potrawy czynią cuda! Słońce wychodzi nieśmiało zza chmur, a ja nabieram ochoty na deser - może letnie owoce pod chrupiącą kołderką crumble? Kto wie... Teraz jednak pora na risotto i kilka zasad, które decydują o jego właściwym przygotowaniu.


Oczywiście kluczowym składnikiem jest ryż, jednak wyłącznie typu arborio, ale także carnaroli, vialone nano lub baldo. To właśnie te gatunki mają charakterystyczny owalny kształt i delikatnie przezroczyste ziarenka. Patrząc z bliska można zauważyć, iż każde ziarenko ma biały środek - to zwana przez Włochów perła. Dzięki niej, po ugotowaniu ryż jest kremowy na zewnątrz, ale w środku wciąż lekko twardy -  perła się nie rozgotowuje. 


Risotto gotujemy dolewając stopniowo płyn. Pamiętajmy, iż powinien to być wyłącznie bulion czy wywar naturalny. Część tego płynu stanowi zwykle białe wino - również dobrej jakości, ponieważ to samo wino podawane jest później do posiłku. Przygotujcie także dobrej jakości oliwę i prawdziwe masło. Oliwa potrzebna jest na początku do podsmażenia cebuli /szalotek/ i ryżu, a masło na koniec, dla dodania potrawie charakterystycznej kremowej struktury. Dodatek masła Włosi nazywają mantecatura i traktują jako kluczowy składnik, podobnie jak użycie parmezanu. Parmezan ma  orzechowy zapach i wyrazisty, pikantny smak. Idealnie rozpuszcza się w gorącym risotto nadając mu charakterystyczną kremową konsystencję. Jedynym wyjątkiem jest risotto z owocami morza, do którego ponoć żaden Włoch nie doda nigdy parmezanu.


Zaopatrzeni w odpowiednie składniki musimy wygospodarować także czas i cierpliwość. Ryż nie gotuje się "sam". Wymaga naszej stałej obecności. Dodając kolejne składniki, risotto trzeba cały czas mieszać, by płyn wchłaniał się równomiernie, a sam ryż nie przywarł do dna. O wyborze dodatków smakowych zdecydujecie sami. Można pokusić się o własne wersje lub skorzystać z kilku tradycyjnych przepisów. Do klasycznej czołówki należy gotowane z szafranem risotto alla milanese oraz risotto al nero di seppie, którego składnikiem są malutkie kałamarnice,  a także risotto al barolo z rozdrobnioną marchewką, selerem i pancettą.
Ja zapraszam dziś na moją wersję - risotto dyniowe. Kremowy i rozgrzewający finał wiosennych porządków. 


UWAGA!
Za kilka dni zapraszam Was na jajko-niespodziankę. Kto zgadnie co to będzie? Wpisujcie swoje pomysły - osoba, która odgadnie lub będzie najbliżej prawidłowej odpowiedzi, otrzyma ode mnie foremkę do czekoladowych łyżeczek (tych samych, jakie podawałam z karmelisu - klik)! A zatem ruszcie głową i wpisujcie swoje pomysły - uprzedzam, nie będzie łatwo:) Powodzenia! Na Wasze odpowiedzi czekam do wtorku do godz. 24.00.


RISOTTO DYNIOWE 
/na 2 osoby/

2 szalotki
200 g ryżu arborio
300 ml bulionu warzywnego 
ok. 70 ml białego wina
1 łyżka masła
kilka łyżek oliwy
filiżanka pure z dyni
sól, pieprz do smaku
garść świeżo startego parmezanu 


Szalotki obrać i drobno pokroić. Do garnka z grubym dnem wlać kilka łyżek oliwy, wrzucić pokrojone szalotki i lekko podsmażyć, aż staną się szkliste. Wsypać ryż i cały czas mieszać. Trzeba pilnować, aby nie zaczął przywierać do dna. Kiedy ryż się zeszkli, wlać ok. 1/3 bulionu (oczywiście domowej roboty, nie z kostki!) i nadal mieszać. W momencie kiedy ryż wchłonie płyn, dolać kolejną porcję bulionu. Powtarzać tą czynność do momentu aż ryż ugotuje się al dente. Pod koniec gotowania dodać pure z dyni, wlać wino i lekko odparować, a następnie na sam koniec wrzucić masło i parmezan. Garnek zdjąć z ognia i delikatnie zamieszać risotto, aby wszystkie składniki równo się rozeszły. Podawać od razu. Można dodatkowo skropić oliwą i posypać pieprzem oraz parmezanem. Smacznego! 


* przepis własny, część informacji o risotto znalazłam na tej stronie (klik)

Drukuj przepis

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails