Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mascarpone. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mascarpone. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 czerwca 2011

Szafirowa torebka i malinowy rabarbar.



Telefon.
Okulary słoneczne. 
Portfel.
Korek z wina.
Patyczki po lodach. 
I tyle.
Tyle wystarczy.
Tyle mieści się w maleńkiej szafirowej torebeczce.
Tyle zabieram ze sobą, wiedząc, że ten zestaw zapewni nam więcej szczęścia niż mogłabym upchać w największej torbie i kieszeniach ukochanych jeansów.


Dokąd się wybieram?
Dlaczego nie spakuję aparatu fotograficznego, książki i kanapek?
Czy wino było białe czy czerwone?
Ile patyczków po lodach może zmieścić się w maleńkiej damskiej torebce?


Czemu wśród tych wszystkich rzeczy upchnięty jest coraz bardziej pognieciony wycinek z gazety ze zdjęciem nieznajomej uśmiechniętej brunetki?
Czy z tak wyposażoną torebką można wybrać się podróż pełną wspaniałych przygód?
Po kolei.

Dawno, dawno temu Lo, w ramach blogowej zabawy, zaprosiła mnie do pokazania zawartości mojej torebki. Byłoby kłamstwem, gdybym napisała, że mnie to ucieszyło! Mimo wielkiej sympatii dla Lo, pokazanie "wnętrzności" mojej torebki jest dla mnie niewykonalne. To jedyne miejsce, do którego nie chcę wpuszczać nikogo oprócz własnych rąk nieustannie szukających, wkładających i wyjmujących przeróżne najdziwniejsze przedmioty.


To co noszę w torebce zwyczajnie nie nadaje się do publikacji, choć z pewnością byłoby ciekawym materiałem i wzbudziło sporo śmiechu i nie mniej zdziwienia!
Co innego pisać o torebce, zwłaszcza tej najmniejszej, ulubionej, szafirowej. Już wiecie co w niej noszę. Ale dlaczego i dokąd zabieram?


Na rynek pewnego miasta. 
Bardzo mi bliskiego (dosłownie i w przenośni). 
Zawsze z Synkiem, często z W. Spędzam tam ostatnio niemal każdą sobotę. Choć nie lubię wielkich miast, uwielbiam atmosferę miejskich rynków. Do tego ryneczku czuję szczególny sentyment, może dlatego, że nie jest wielkim głównym placem, ale spokojnym, oddalonym od centrum niewielkim skrawkiem świata pełnego staroci, antykwariatów, pięknych kamienic i galerii.


I jest tam fontanna, niezwykła, inna, z małymi wodospadami, które co sobotę pokonują korki z wina (najczęściej czerwonego) i patyczki po lodach. To zestaw z górnej półki. Nic nie gwarantuje lepszej zabawy odkąd mój Syn odkrył ich magiczną moc do niekończącej się zabawy i przyciągania kolejnej grup sobotnich przyjaciół. Żadna "wypasiona" motorówka, hulajnoga ani zdalnie sterowany jeep nie są w stanie przebić wyjątkowej i niepowtarzalnej atrakcyjności korka i patyczków.


Lubię siedzieć na ławce w cieniu kasztanowca i obserwować ich zabawę. Lubię, gdy dzwon katedry wybija kolejną godzinę. Uwielbiam kojący chłód sklepów z antykami, zapach starych mebli i serdeczność sprzedawców. W. lubi siadać i czytać. Ja chcę patrzeć. Chłonę obrazy, ludzi, ich radości, ruchy, zabawne stroje.


Zapamiętuję to co mogłabym uwiecznić na zdjęciach. Ale z premedytacją nie zabieram aparatu. Chcę zapisać te obrazy w pamięci, mojej. Tak jak je widzę i czuję w ułamku ulotnej i niepowtarzalnej sekundy, która na zdjęciu nie byłaby już wyłącznie moja.


Szukając kolejnego patyczka (rekord to niemal 20 sztuk), znów gniotę wycinek ze zdjęciem dziewczyny - to znaczy, że znów odkładam na później wizytę u fryzjera i radykalne ścięcie tak, jak u uśmiechniętej brunetki.... Szkoda mi czasu. Wolę zanurzyć stopy w chłodnym strumieniu fontanny i dowodzić małym piratom, których korkowe statki zaczynają niebezpiecznie dryfować w stronę kolejnego wodospadu.


Teraz do szczęścia potrzebny jest nam tylko talerz z największymi, najbardziej puchatymi i najpyszniejszymi kluskami na parze. Z truskawkami. W objęciach ryneczku ostał się niezwykły bar mleczny z odległej epoki. Jego uroku i wyjątkowości nie umiem Wam chyba opisać. Po prostu musicie go kiedyś odwiedzić!
A może wiecie już o jakim ryneczku piszę i kiedyś po prostu się tam spotkamy ... Nie obiecuję, że będę miała ze sobą tą samą torebkę, ale korek i patyczki na pewno!


A skoro o patyczkach mowa, to u mnie wciąż nie gaśnie apetyt na laski rabarbaru. Jakiś czas temu siedząc na ryneczku przeglądałam wiosenny numer FOOD & FRIENDS i zachwycił mnie przepis na rabarbar malinowy z białym kremem czekoladowo-pistacjowym. Nie myliłam się. Tak przygotowany rabarbar smakuje cudownie. Maliny dodają rabarbarowi uroku nie tylko jeśli chodzi o smak, ale także o piękny rubinowy kolor. Biała czekolada delikatnie dosładza całość, a pistacje w tym kwartecie wydają się po prostu niezastąpione! Nie mogłabym wymarzyć sobie smaczniejszego deseru na zakończenie kolejnej wspaniałej soboty! 


RABARBAR MALINOWY Z BIAŁYM KREMEM CZEKOLADOWO-PISTACJOWYM
/składniki na 4 porcje/

500 g rabarbaru
200 ml malinowego puree /zastąpiłam domową galaretką z malin, jeszcze z zimowych zapasów/
400 ml bitej śmietany
150 g białej czekolady
100 ml pistacjowego pure / zastąpiłam drobno zmiksowanymi orzeszkami pistacjowymi/
garść malin do ozdobienia - użyłam mrożonych z zeszłego lata


Rabarbar umyć i pokroić na równe kawałki ( u mnie ok. 10-12 cm). Włożyć do żaroodpornego naczynia, zalać galaretką z malin i piec w piekarniku nagrzanym do temperatury 150 stopni przez ok. 30 minut, do momentu aż będzie miękki. 
W tym czasie ubić śmietanę, a  białą czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej. Połączyć je razem i delikatnie połączyć. Dodać zmielone pistacje lub jeśli macie - pistacjowe pure i delikatnie wymieszać. Odstawić do schłodzenia na ok. godzinę. 


Przestudzone kawałki upieczonego rabarbaru przełożyć do głębokich talerzy (u mnie po 3 kawałki na jedną porcję) i polać obficie powstałym w trakcie pieczenia syropem malinowym. Udekorować malinami, a na środek nałożyć porcje kremu czekoladowo-pistacjowego. Poezja! 


*przepis pochodzi z magazynu Food & Friends, nr 2; cytuję z moimi zmianami.

Drukuj przepis

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails