Pokazywanie postów oznaczonych etykietą warzywa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą warzywa. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 listopada 2015

Warzywo. 100 sposobów na jarzynę.

Przez jednych kochane, przez innych znienawidzone. 
Warzywo.
Od teraz to nie tylko źródło rozterek dla gotujących mam i sygnał do ucieczki dla dzieci.
WARZYWO, o którym piszę to coś więcej, coś co sprawi, że nawet najwięksi przeciwnicy doznają jarzynowego nawrócenia.
Mam na myśli oczywiście nową, drugą książkę Dominiki Wójciak zatytułowaną "WARZYWO. 100 sposobów na jarzynę", która ukazała się właśnie w wydawnictwie PASCAL i z pewnością stanie się codzienną lekturą wielu z nas. Jestem też przekonana, że nakłoni do pokochania warzyw mnóstwo zbłąkanych dusz. 

Uwielbiam Dominikę od dawna, a ta książka sprawiła, że moje uczucie wzrosło jeszcze bardziej. Dlaczego? Dominika z szacunkiem i miłością podchodzi do każdego z przedstawionych w książce warzyw. Wydobywa z nich to, co najlepsze, nie bojąc się nowych, dla wielu pewnie zaskakujących połączeń. Znajdziecie tu aż 100 niezwykle inspirujących i cudownych przepisów, z typowym dla Dominiki "pazurem", przekorą, śmiałością do zrobienia kroku dalej.  Idealnym dopełnieniem są przepiękne zdjęcia również autorstwa Dominiki. Nie ma tu przepisu, którego nie chciałabym wypróbować już, zaraz, teraz... 


Urocze są także słowa, jakie autorka wplątuje w kulinarną podróż po krainie warzyw - szczere, bezpretensjonalne, osobiste - po prostu prawdziwe. Czytając ma się wrażenia, jakby Dominika rozmawiała z nami siedząc przy wspólnym stole i z pewnością gotując coś z warzywem w roli głównej. 

Bohaterami książki jest 10 warzyw i niesamowicie zachwyca mnie fakt, iż warzywem otwierającym jest .... rabarbar! Kojarzony przez niemal wszystkich jako owoc wcale nim nie jest i fantastycznie, że Dominika postawiła go w książce na pierwszym miejscu pokazując w takich deserach, że trudno spać nie śniąc o rabarbarze!

Nie da się ukryć, że od pierwszego do ostatniego przepisu to absolutnie moje smaki, a WARZYWO powinno znaleźć się na Waszych półkach jak najszybciej! Nie zapominajcie też o zbliżających się Świętach - WARZYWO pod choinką to po prostu obowiązek!



piątek, 31 października 2014

Wężymord czy scorzonera? Ujarzmić czarny korzeń. TU I TAM # 33

 
Kolejny raz jesiennie.
Lubimy chodzić własnymi kulinarnymi ścieżkami.
Lubimy też spotkać się w naszych kuchniach w tym samym czasie.
Aby dzielić wspólne kulinarne emocje.
To czas wyznaczył nam to spotkanie.
A ponieważ jesień nam sprzyja, ona  zdecydowała o naszym wyborze.
Zapraszamy na spotkanie z wężymordem  u Amber w Kuchennymi drzwiami i u mnie w Kucharni.


W gotowaniu na równi ze składnikami, a czasem nawet bardziej od nich, ważne są emocje. 
Zwykła-niezwykła kromka chleba posmarowana grubo masłem i podana z miłością  bije na głowę najbardziej wymuskane dania haute cuisine.
Zmierzyć się z kuchennymi emocjami to jak stanąć przed nadciągającym tornado i próbować go uspokoić zmieniając w lekki wietrzyk, który niesie w powietrzu wonne aromaty. 

czwartek, 31 maja 2012

TU I TAM nr 23. Zielony talerz jednorazowego użytku, czyli avocado w zestawie dla 2 osób

Grasz w zielone?
Jasne, że grasz!
Nie ma na co czekać!
Dołącz do nas.
Im więcej, tym lepiej.
Orkiestra na wiele głosów, tonacji i smaków.
Gramy od wiosny do zmierzchu lata.
W maju koncertujemy codziennie.
Grać w zielone każdy może. Gotować zielone też.
Jeść zielone powinien każdy.
Razem z Amber z Kuchennymi Drzwiami postanowiłyśmy wykonać utwór zatytułowany "Zielony talerz".
Oto nasze interpretacje.
I jak? Gracie z nami?


Przyjechał do mnie pociągiem.
Piękny. 
Zgrabny. 
Z tym błyskiem, który zapiera dech.
Absolutnie w moim guście.
Żadnych zbytecznych gadżetów.


Klasyczny typ od stóp do głów, a ściślej mówiąc od gładkiej rączki hamulca po modelowo wygięty błotnik. 
Abstrahując od niezwykle pociągającej fizyczności, to co mnie w nim najbardziej ujęło to idealne wyczucie czasu. Punktualność, którą stawiam w czołówce mojej listy oczekiwań. 
Zjawił się bowiem z samego rana, dokładnie w moje urodziny.


I stało się! Staliśmy się nierozłączni. 
Wszędzie razem.
Razem na pocztę. Do sklepu. Na spacer. Nad rzekę.
Prosto przed siebie i w nieznane.
Ścieżką w prawo, zakrętem w lewo.
W górę i w dół.


Czy słońce czy deszcz.
Mój rower i ja, a z nami wiatr. 
Głaszczący twarz.
Wplątany we włosy. 
Świszczący między kołami.
Pchający pod górę.
Oczyszczający.


Najbardziej lubię ten moment, który trwa zaledwie kilka sekund, ale dostarcza radości i energii na cały dzień. 
Moment, gdy zamykam furtkę, siadam i na pełnej szybkości zjeżdżam w dół tunelem zieleni. 
Wiatr smaga policzki i daje uczucie lekkości - cudownej, niezwykłej, uskrzydlającej. 
W takich chwilach najlepiej rozumiem słowo "wolność" i czuję, że mam sił, by dotrzeć wszędzie.


Muszę się jednak przyznać do zdrady. 
Tak, zdradziłam mojego dwukołowego towarzysza.
Właściwie sama nie wiem dlaczego. Zresztą zdrada nie jest podszyta rozsądkiem. 
I tak przez parę lat trzymałam go w zamknięciu i nawet na niego nie spojrzałam! Niedobra!


Jednak, jak to powiadają, stara miłość nie rdzewieje, choć tu akurat rdza dotknęła ze 2,3 śrubki. Ale poza tym cała reszta nadal nieźle się trzyma. 
I tak sobie znów pędzimy przez świat.
Ja na nowo zakochana, a on piękny, jak przed laty.


A może właśnie tak to jest - że czasem trzeba od siebie odpocząć, oddalić się, by po powrocie doceniać jeszcze bardziej...
Na pewno tak jest z zielenią.
Co roku nie mogę się jej doczekać, a kiedy już jest, zakochuję się w niej po uszy.
Niezmiennie, każdego maja, od lat.


Zielenią karmię oczy i zaspakajam apetyt.
A na stole stawiam zielone talerze.
I nie mam na myśli koloru porcelany.
Zielone jest to co na talerzach, we wszystkich jej odcieniach.  
Zieleń jest soczysta, pełna energii, witamin, radości po prostu. 


Wysoko w górach, zaszyta wśród zieleni mieszka R., moja bratnia dusza. 
To ona opowiedziała mi o swoich zielonych talerzach, jednorazowych. 
Zachwyciło mnie, że to takie proste. 

Kupiłam avocado. Przecięłam na pół. 
Piękny seledyn talerzy zapraszał, aby ułożyć na nich coś dobrego. 
Moje zielone talerze to po prostu połówki avocado. 
Zwykle wydrążam miąższ i nadziewam je guacamole. Jednak tym razem miąższ pozostał, bez niego talerze nie byłyby takie smaczne!


Część talerzy pomalowałam w prążki - avocado z grilla to absolutna rozkosz! Skropione cytryną i oliwą i posypane odrobiną soli smakuje cudownie. Nie mogłam się jednak powstrzymać i ułożyłam jeszcze na tych talerzach kiełki brokułowe i płatki parmezanu - prawdziwa rozkosz!


Drugi zielony talerz przygotowałam specjalnie z myślą o Amber  - wiem, że lubi jajka. Uwierzcie mi, że tak podane smakuje rewelacyjnie. 
Oba talerze podbiły moje serce. A Wy, który talerze wybieracie?


GRILLOWANE AVOCADO

avocado
oliwa
sok z cytryny
sól morska
kiełki
parmezan

Dojrzałe avocado przekroić na pół i usunąć pestkę. Każdą z połówek skropić cytryną i posmarować oliwą. Ułożyć na rozgrzanym grillu i trzymać tak przez 5-7 minut. Po tym czasie zdjąć z grilla i posypać odrobiną soli morskiej. Podawać z kiełkami - ja użyłam kiełków brokułowych oraz płatkami parmezanu. Można dodatkowo skropić oliwą i cytryną. Boskie!!!


AVOCADO Z JAJKIEM SADZONYM

avocado
jajko
sól, pieprz do smaku
oliwą

Dojrzałe avocado przekroić na pół i usunąć pestkę. Z każdej połówki ściąć czubek, tak by powstał dość gruby plaster avocado. Miejsce po pestce powiększyć wydrążając część miąższu - można go użyć do sałatki, pasty, itp. Na patelni rozgrzać odrobinę oliwę i ułożyć na niej plastry avocado. W środek każdego plastra wbić jajko, nakryć pokrywką i trzymać na średnim ogniu do momentu aż białko się zetnie, a żółtko będzie miało odpowiednią konsystencję. Przełożyć na talerz, doprawić solą i pieprzem. Podawać z grzankami. Boskie!!!


* przepisy na takie podanie avocade zasłyszane od R. - dziękuję:)


niedziela, 25 marca 2012

Czerwona kapusta. Po prostu, inaczej. A ja znikam...




Kto się boi ciemności?
Ty? 
Ty też?
A Ty nie? To tak jak ja!


W ciemności jest tajemnica.
Jasność za szybko ją zdradza.
Jest niedyskretna.
Obnaża za dużo.


Wprawia oczy w stan zakłopotania. 
Patrzą na wszystko i widzą za dużo.
Nie lubię tego oślepienia. 
Wolę oglądać świat przez zasłonę ciemnych okularów.


Unikam jasności. 
Chowam się w cieniu.
Zaszywam w półmroku.
Otulam ciemnością.


W przymrużonym świetle dnia rzeczywistość nabiera łagodniejszych rysów.
W mroku ciemność zamienia się w miękki koc.
Zakrywam się nim .
I czekam na pantomimę cieni.


Na tajemnicę, jaką odkryją przesuwając się po przedmiotach zwyczajnych za dnia, a w mroku niepokojąco innych.  Szepczących najciszej o tym, że nic nie jest takie, jakim się wydaje.


Ciemność podszyta jest niedosłownością. To dzięki niej świat przestaje być taki przewidywalny, oczywisty. 


Nawet teraz, gdy światła coraz więcej. Gdy jasność przedłuża się z każdym dniem, najbardziej czekam na zmierzch. Na tą godzinę, gdy ostatnie, najsłabsze promienie słońca zaczynają delikatnie głaskać świat.


Czuję jak powoli spływają po mnie. A ja znikam wraz z nimi. Staję się niewidzialna, by już za chwilę przeczesywać wzrokiem ciemność. Odnaleźć łagodność cieni i krągłość rysów, które za dnia oślepiały ostrością.


Tak, zaszywam się w cieniu. Tu się chowam i rozsiadam z myślami. 
Tu widzę więcej niż za dnia, bo patrzę uważniej. Nic nie oślepia oczu, które prowadzi wyobraźnia. 
I nigdy nie jest tak ciemno, by nie dostrzec tego co najważniejsze.


Ale jej dotąd właśnie nie dostrzegałam.
Przechodziłam obok niemal obojętnie, przyzwyczajona do jej kilku tradycyjnych wcieleń. 
Aż któregoś dnia ujrzałam ją w półmroku.

Była olśniewająco piękna, choć to nie światło podkreślało jej rysy, ale półmrok.  W jego objęciach zdawała się być damą otuloną ciemnym atłasem, który skrywa niejedną tajemnicę.


Czerwona kapusta. Tak z pozoru oczywista, że aż niezauważalna, w ciemności przykuła mój wzrok. Ten widok nie dawał mi spokoju, nie mogłam przestać o niej myśleć. Szukałam tajemnicy, jaką kryje i myślę, że ją znalazłam. Z pewnością ma ich jeszcze wiele, ale ta jedna w zupełności mi wystarcza.


Tak niewiele trzeba, by przygotować coś tak prostego i wyjątkowo pysznego. 
Dla mnie to ideał.


Kroję, zapiekam, zabieram talerz i znikam.
Już wiecie, gdzie mnie szukać.
A Wy, gdzie się ukrywacie?


PIECZONA CZERWONA KAPUSTA Z GORGONZOLĄ 

Uwierzcie, te smaki idealnie do siebie pasują. Podajcie z kawałkiem bagietki lub innego dobrego, najlepiej domowego pieczywa.Tym daniem kapusta przełamuje stereotyp opatrzonego tła do kaczki, pieczeni czy rolad i wkracza na stół jako gwiazda pierwszoplanowa! Zasługuje na oklaski i owacje! *


1 główka czerwonejkapusty
oliwa z oliwek
kawałek sera gorgonzola, rokpola lub innego pleśniowego
grubo mielony pieprz
krem z octu balsamicznego


Kapustę obrać z zewnętrznych liści i pokroić na cieniutkie plastry - maksymalnie 1 cm. Posmarować z każdej strony oliwą z oliwek i przełożyć na blachę do pieczenia. Wstawić do piekarnika nagrzanego do temperatury 190 stopni i zapiekać ok. 25-30 minut.


Pod koniec, gdy boki zaczną się lekko przypiekać i rumienić, posypać z wierzchu serem.
Zapiekać do momentu aż ser się zrumieni. Przed podaniem skropić ponownie oliwą oraz kremem z octu balsamicznego oraz posypać grubo mielonym pieprzem. Doskonałe!

* Przepis na pieczoną czerwoną kapustę pochodzi z tej strony - klik.

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Rzecze na to kalarepka - "Nikogo nie ma w domu!"



"Czy jest pani emerytką?" usłyszałam na "dzień dobry" z ust pozornie miłej pani, która zadzwoniła do mnie, by przedstawić "pewną niezwykle atrakcyjną ofertę". Pozornie miłej, bo gdy grzecznie odmówiłam, pani puściły nerwy i dała popisowy upust swej frustracji i oburzenia. 


"Droga pani Anno, dzwonię, ponieważ zbliżają się pani urodziny i chciałabym w imieniu całego wydawnictwa złożyć pani najserdeczniejsze życzenia" (tu następuje pełna egzaltacji recytacja wszystkich możliwych życzeń i uprzejmości). Skonsternowana i zupełnie zaskoczona dziękuję "Głosowi", który jednak nie jest bezinteresowny i prosi o opinię na temat książek, których nie czytam, nie kupuję i których nie ustawię na jednaj z półek biblioteczki. 


"Dzień dobry! Czy pomyślała już pani o zakupie nowych okularów słonecznych na ten sezon? Z radością informuję, że nie musi się już pani o to martwić. Właśnie wgrała pani parę okularów słonecznych z limitowanej serii zupełnie za darmo! Wystarczy  tylko przyjść tu i tam, dokonać "symbolicznej" opłaty wpisowej i darmowe okulary są pani!" Na pytanie, czy te darmowe, słoneczne i oczywiście limitowane, mogę zamienić na różowe, "Głos" nie reaguje, zapewnia jednak po raz kolejny, że to zupełnie nic nie kosztuje ....


"Pani Anno, czy zastanawiała się pani  nad tym, jak bardzo pani życie może zmienić się na lepsze? Koniec zmartwień, frustracji i ... brudnych podłóg! Z naszym w pełni zautomatyzowanym systemem (tu nazwa) pani życie nabierze blasku szczęścia i czystości. Czy ma pani odwagę odmówić takiej perspektywie?!"


A jednak tak.
Dziękuję.
Wysiadam.
Nie chcę. 
Nie mam ochoty. 


Nie zmieści mi się na nosie kolejna para darmowych okularów. 
Nie potrzebuję kija ze szmatką, by moje życie nabrało barw. 
Nie mam głosu emerytki (z całym szacunkiem dla całej rzeszy przemiłych pań emerytek:) , choć moje urodziny "świętowane" niedawno  przez zupełnie mi obce wydawnictwo otwarły kolejną dekadę życia, którego częścią nie są brudne podłogi. 


Pytania. Oferty. Fałszywe uprzejmości. 
Wszędzie. Na ulicy. Na plakatach. W reklamie.
I te najbardziej dokuczliwe - telefoniczne. 
Czy świat przeprowadza ze mną niekończący się wywiad? A jeśli tak, czemu nie jest w stanie zaakceptować odpowiedzi odmownych? 


Czy ktoś mnie pytał czy mam ochotę na udział w tej żenującej ankiecie? 
Na ile pytań mam jeszcze odpowiedzieć odmownie, by "Głos" przestał do mnie dzwonić i skreślił mnie z listy? 
Czy w ogóle można być skreślonym z tej listy?
Czy chociaż raz padnie pytanie, które chcę słyszeć?


Ja odmawiam dalszych odpowiedzi. Wywieszam kartkę "Nikogo nie ma w domu" (pamiętacie ten serial?). Wyciszam telefon z pełną świadomością, że właśnie w ten sposób przejdą mi przed nosem super-ścierka, darmowe kapcie wygrane w konkursie, w którym najwyraźniej jak zawsze brałam udział bez własnej wiedzy i wakacje tylko we dwoje zupełnie za darmo, wystarczy, że opłacę jedynie pobyt i wyżywienie.....


No właśnie - jedzenie! Z premedytacją odwracam rolę - teraz ja "dzwonię do Pani/Pana w bardzo ważnej sprawie" i pytam "Czy lubicie kalarepkę?" Uczciwie uprzedzam, ten przepis nie jest darmowy - jeśli kalarepka nie rośnie w Waszym ogródku, musicie za nią zapłacić na targu, podobnie jak za rzodkiewkę i resztę składników. Jest jednak bonus - carpaccio z kalarepki smakuje wybornie i delektowanie się jego smakiem jest bezcenne!


CARPACCIO Z KALAREPKI
/na 1-2 porcje w zależności od wielkości kalarepki/

1 kalarepka
2-3 rzodkiewki
kilka łyżek soku z cytryny
2-3 łyżki miodu
świeżo mielony pieprz
kilka łyżek oliwy z oliwek
zioła (użyłam rozmarynu)
parmezan lub inny twardy ser o wyrazistym smaku


Kalarepkę obrać ze skórki i pokroić na bardzo cieniutkie plasterki - użyłam szatkownicy. Tak samo pokroić umytą wcześniej rzodkiewkę. Plasterki kalarepki rozłożyć na dużym płaski talerzu przekładając co jakiś czas plasterkami rzodkiewki. Z oliwy, soku z cytryny i miodu przygotować sos i obficie skropić nim warzywa.


Posypać ziołami i grubo mielonym pieprzem. Na koniec udekorować wiórkami sera. Można zjadać od razu, choć nam bardziej smakowało po schłodzeniu w lodówce, kiedy warzywa przesiąknęły sosem. Polecam!

Drukuj przepis

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails