Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mięta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mięta. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 lipca 2014

Przecieram oczy ... Kurki, groszek, cukinia czyli trzy razy tarta



Przecieram oczy...
Aż tyle?
Niemal dwa miesiące?
Tak długo?
Jak to?
A jednak....


A jednak blogowe lenistwo sięgnęło zenitu.
Bardzo chciałam coś napisać - mam na to dowody ukryte w folderach, plikach, wciąż nieuporządkowanych zdjęciach, skrawkach myśli spisanych na wszędobylskich kartach i schowanych w zakamarkach pamięci.
A jednak rzeczywistość okazała się silniejsza, bardziej atrakcyjna.


Chwile nie o odrzucenia.
Poranki niespieszne, o smaku skąpanych rosą owoców.
Leniwe przedpołudnia beztrosko gubiące balast "przed" i dryfujące sennie do złocistych, słonecznych popołudni, z których nie chce się już wysiadać i płynie się rozkosznie do rozegranej świerszczami nocy.


Lato, wakacje. Dni nad rzekę, godziny na hamaku, chwile, gdy znów jest się dzieckiem.
Nic nie muszę, choć pewnie czasami powinnam.
To mój luksus.
Zasłużyłam i nie oddam.
Tak mi dobrze, choć obok pierwszych fioletów na jeżynach, zaczynam już dostrzegać delikatne jak babie lato nitki tęsknoty.


Popołudniowy deszcz zamyka mnie w domu. Krople grają na parapecie znajomy rytm.
W tym rytmie lubię pisać. Lubię snuć myśli o jedzeniu.
Dziś krążą wkoło trzech tart.


Tarta.
Jak talerz, okrągła i gotowa przyjąć cokolwiek mamy ochotę na nią położyć.
Pieczenie tart jest cudowną zabawą. Najpierw trochę rzemiosła, praca rąk, które wyrównują brzegi i wylepiają dno. Potem już czysta fantazja. Zdobimy "talerz" własnym smakiem, porą roku, fantazją chwili.


Trzy talerze, trzy wytrawne tarty. Dwie jasne, jedna z domieszką razowego koloru i smaku.
Doskonałe na ciepło, idealne na zimno.
Będą Wam smakować na pikniku i na letnim przyjęciu.

Tarty upiekłam dla magazynu Spring Plate, którego cały piękny i smaczny nowy numer możecie obejrzeć tutaj - klik.


TARTA Z KOLOROWĄ CUKINIĄ
/składniki na formę o średnicy 27 cm/

Na spód
1 1/2 szklanki mąki
szczypta soli
1 żółtko
1-2 łyżki zimnej wody
125 zimnego masła

Na nadzienie
1/2 zielonej cukini
1/2 żółtej cukini
1 opakowanie sera feta
1 jajko
1-2 ząbki czosnku
1/2 szklanki śmietany kremówki 30%
sól, pieprz do smaku
oliwa z oliwek

Wszystkie składniki na spód tarty przełożyć do miski i zagnieść na gładkie, elastyczne ciasto. Zawinąć w folię kuchenną i schłodzić w lodówce minimum przez 2 godziny, a najlepiej przez całą noc.
Schłodzone ciasto rozwałkować dość cienko i wyłożyć nim wysmarowaną lub wyłożoną papierem do pieczenia formę. Spód nakłuć widelcem w kilku miejscach – zapobiegnie to wybrzuszaniu się ciasto podczas podpiekania. Piekarnik z termoobiegiem nagrzać do temp. 190 stopni i wstawić spód tarty do wstępnego podpieczenia na kilka minut.
W tym czasie przygotować nadzienie. Fetę przełożyć do miski, dodać jajko, śmietanę i rozgniecione ząbki czosnku. Całość rozgnieść widelcem i wymieszać (mogą zostać grudki sera). Doprawić do smaku solą i pieprzem. Masę przełożyć na podpieczony spód, wyrównać. Cukinie pokroić na dość cienkie plasterki i układać na masie serowej. Posmarować z wierzchu oliwą i wstawić do piekarnika na kolejne 15-20 minut. Tarta jest gotowa kiedy masa serowa zetnie się, a cukinia zacznie się leciutko rumienić. Pyszna zarówno na ciepło, jak i na zimno. Idealna na piknik. 


TARTA Z MIĘTĄ I GROSZKIEM CUKROWYM

/składniki na formę o średnicy 27 cm/

Na spód
1 1/2 szklanki mąki
szczypta soli
1 żółtko
1-2 łyżki zimnej wody
125 zimnego masła

Na nadzienie
250 g kremowego serka
spora garść świeżej mięty
1 jajko
1/3 szklanki śmietany kremówki 30 %
groszek cukrowy (kilkanaście strąków)
sól, pieprz do smaku

Wszystkie składniki na spód tarty przełożyć do miski i zagnieść na gładkie, elastyczne ciasto. Zawinąć w folię kuchenną i schłodzić w lodówce minimum przez 2 godziny, a najlepiej przez całą noc.
Schłodzone ciasto rozwałkować dość cienko i wyłożyć nim wysmarowaną lub wyłożoną papierem do pieczenia formę. Spód nakłuć widelcem w kilku miejscach – zapobiegnie to wybrzuszaniu się ciasto podczas podpiekania. Piekarnik z termoobiegiem nagrzać do temp. 190 stopni i wstawić spód tarty do wstępnego podpieczenia na kilka minut.
Strąki groszku obrać z włókien i wstawić do lekko osolonej wody na kilka minut. Powinny tylko lekko się podgotować, aby nie stracić chrupkości.
Serek przełożyć do miski, dodać jajko, śmietanę i posiekane liście mięty. Całość wymieszać, aby składniki połączyły się razem. Doprawić do smaku solą i pieprzem. Masę przełożyć na podpieczony spód, wyrównać. Udekorować z wierzchu strąkami zielonego groszku i wstawić do piekarnika na kolejne 15-20 minut. Tarta jest gotowa kiedy masa serowa się zetnie i zacznie leciutko rumienić. Pyszna zarówno na ciepło, jak i na zimno. Idealna na piknik. 


TARTA Z KASZĄ GRYCZANĄ I KURKAMI
/składniki na formę o średnicy 27 cm/

Na spód
1 szklanki mąki pszennej
1/2 szklanki mąki pszennej razowej
szczypta soli
1 żółtko
1-2 łyżki zimnej wody
125 zimnego masła

Na nadzienie
1/2 szklanki kaszy gryczanej /przed ugotowaniem/
ok. 150 g twarogu
1 jajko
1-2 ząbki czosnku
1/2 szklanki śmietany kremówki 30%
sól, pieprz do smaku
3-4 łyżki masła
spora garść kurek

Wszystkie składniki na spód tarty przełożyć do miski i zagnieść na gładkie, elastyczne ciasto. Zawinąć w folię kuchenną i schłodzić w lodówce minimum przez 2 godziny, a najlepiej przez całą noc.
Kaszę gryczaną ugotować na sypko, przestudzić i wymieszać dokładnie z twarogiem. Doprawić do smaku solą i pieprzem, dodać czosnek.
Kurki lekko posiekać i wrzucić na patelnię z rozgrzanym masłem. Doprawić solą i pieprzem i podsmażać lekko przez 2-3 minuty (nie dłużej, bo staną się „gumowate”).
Schłodzone ciasto rozwałkować dość cienko i wyłożyć nim wysmarowaną lub wyłożoną papierem do pieczenia formę. Spód nakłuć widelcem w kilku miejscach – zapobiegnie to wybrzuszaniu się ciasto podczas podpiekania. Piekarnik z termoobiegiem nagrzać do temp. 190 stopni i wstawić spód tarty do wstępnego podpieczenia na kilka minut .
Kurki przełożyć do miski z kaszą, dodać śmietanę, jajko i wymieszać całość. Jeśli trzeba, doprawić do smaku solą i pieprzem. Masę przełożyć na podpieczony spód, wyrównać. Można udekorować z wierzchu kilkoma kurkami. Wstawić do piekarnika na kolejne 15-20 minut. Tarta jest gotowa kiedy masa się zetnie i zacznie leciutko rumienić. Pyszna zarówno na ciepło, jak i na zimno. Idealna na piknik. Można podawać z sosem grzybowym lub podsmażonymi lekko na maśle kurkami.

czwartek, 20 września 2012

Pięć okrążeń i bliskie spotkanie trzeciego stopnia. Patisony.




Muzeum,
katedra,
lodziarnia,
sklepy, 
rynek...?
Który obiekt staje się Waszym celem nr 1 zaraz po przybyciu do nowego miasta? Z mapą w ręce, czy kierowani pantomimą tubylców, a może po prostu wiedzeni intuicją kierujecie się prosto na ... targ?


Zgadłam?
Jeśli tak, to być może kiedyś właśnie tam się spotkamy. A może minęliśmy się wyciągając rękę w tym samym kierunku - tam, gdzie rozsiadły się pękate dynie, przechwalają rumieńcami jabłka i pachną miodową słodyczą gruszki.
W moim świecie poruszam się według mapy, na której wszystkie drogi prowadzą do ... targowiska. Od niego zaczyna i na nim kończę - zawsze w ostatnim momencie wracam po coś, co zdaje mi się piękniejsze, bardziej dorodne od tego co spotykam w moim mieście.
Targ pokonuję w kilku okrążeniach.


Pierwsze jest łapczywe, trochę dzikie - jak u dziecka, które wchodzi do sklepu z cukierkami i jest pewne, że chce wszystkie. Ja też. W myślach kupuję wszystko i w ten sposób niczego nie świadome targowisko staje się nagle moją własnością.


Przy drugim okrążeniu oślepiona euforia zaczyna odczuwać pierwsze przejawy logicznego myślenia. Co zrobię z kolejną 20-kilogramową dynią, czy jest ktoś, kto w ciągu doby dobuduje mi spiżarnię, skąd wezmę komplet przynajmniej 12 krzeseł, które trzeba będzie dostawić do stołu (o właśnie i jeszcze przydałby się nowy stół!), by pomieścić tabuny gości. Tylko przy ich pomocy będziemy przecież w stanie zjeść to wszystko, co właśnie w myślach przed chwilą kupiłam.


W związku z tym kolejne, trzecie okrążenie możemy nazwać selektywnym. Przyznam, że za nim nie przepadam. Niczym minister finansów, moim zadaniem są wyłącznie "cięcia, cięcia, cięcia...". Z niekończącej się listy usuwam z bólem wszystkie te cuda, które - co sobie w końcu uświadamiam - albo i tak rosną w moim ogrodzie, albo w równie dorodnej postaci wylegują się na moim lokalnym straganie.


Dochodzę w ten sposób do czwartego okrążenia, ulubionego, kiedy zdecydowana na zakup zaczynam flirt ze sprzedawcą. Owocowo-warzywny romans, choćby trwał ledwie minutę, zawsze niesie ze sobą spełnienie. Satysfakcję, obustronną. Ja odchodzę bogatsza o siatkę klejnotów, On zostaje lżejszy o parę kilogramów. I niech mi ktoś powie, że burak, kartofel czy rzepa to nie są romantyczne warzywa!


Ale to jeszcze nie koniec. Przed samym wyjazdem dochodzi do finałowego okrążenia, a właściwie nalotu. Jest zupełnie irracjonalny, pozbawiony logiki, za to kierowany sercem, czystym zachwytem, bez grama rozsądku. Wracam po coś, co już i tak czeka na mnie w domu, ale zwyczajnie nie mogę się oprzeć pokusie. Kolejna siatka pomidorów, cukinie, gruszki. Przecież piękna nigdy nie dość, a jeśli ma przybrać postać pysznego jedzenia, to kto mógłby się oprzeć?!  


Kiedy więc wybrałam się do W. dzień zaczęłam oczywiście od wyprawy na targ. I tam je zobaczyłam. Małe, jaskrawo żółte dyski. Jeden na drugim, z wyciągniętymi w każdą stronę antenkami. Niesamowite. Kosmiczny nalot właśnie tu, w W., w drewnianej skrzynce obok kartofli i lekko zrezygnowanej sałaty.


Bliskie spotkanie trzeciego stopnia. Zgadnijcie, w którym okrążeniu żółciutkie patisony wylądowały w moim koszyku? Otóż w każdym.
Najpierw oczami wyobraźni przeniosłam całą skrzynię do mojej kuchni. Następnie obiegłam pozostałe stragany, żeby przekonać się czy pierwsi wysłannicy jesieni wylądowali także na innych stoiskach. Nie wylądowali. 


Doszło zatem do etapu selekcji - odrzuciłam kilka nadgryzionych zębem czasu dysków i przeszłam zaraz do szybkiego, pełnego uniesień zachwytu romansu, w wyniku którego za całe 3 zł za kilogram stałam się najszczęśliwszą pod słońcem (a świeciło pięknie) właścicielką mini-patisonów. Oczywiście, nie obyło się bez ostatecznego nalotu, skutkiem którego wykupiłam cały zapas i z wielką satysfakcją zdążyłam odpowiedzieć na pytanie zupełnie zaskoczonej właścicielki straganu " Co pani z nimi wszystkimi zrobi?!" - "Zjem!"


Tak, ta myśl niosła mnie do domu znacznie szybciej niż pociąg pospieszny relacji W.-U. 
Część moich "kosmitów" przez kilka dni zdobiła stół, ułożona w specjalnie na tę okazję wyciągniętym koszyku. Krążyłam wokół nich zachwycając się tą kosmiczno-jesienną dekoracją. Ale jak długo można?!


Apetyt wziął górę nad wystrojem wnętrz i nazywając rzecz po imieniu, doszło do długo wyczekiwanej konsumpcji. Muszę z wielką satysfakcją przyznać, że moje zauroczenie patisonami znalazło wielce smakowite odzwierciedlenie na talerzu. Nie mogę się doczekać, kiedy żółciutkie UFO po raz kolejny wyląduje w mojej kuchni. Na powitanie na pewno przygotuję tą sałatkę!


SAŁATKA Z PATISONÓW Z FETĄ, CZERWONĄ CEBULA, BAZYLIĄ I MIĘTĄ

Jest pyszna. Podsmażone lekko na oliwie patisony są chrupkie, lekko słodkie. Otulone karmelizowaną w balsamico czerwoną cebulą, aż proszą się o dodatek słonej dla kontrastu fety. Bazylia i mięta dodają sałatce świeżości. Wspaniale smakuje na ciepło, także w formie bruschetty - na grzankach z bagietki. 

Składniki na 2 osoby
10 mini-patisonów
1 czerwona cebula
1/2 opakowania fety
kilka łyżek oliwy
2-3 łyżki  balsamico
2-3 łyżki miodu
sól, pieprz
świeże listki mięty i bazylii


Cebulę pokroić w piórka i wrzucić na patelnię z odrobiną rozgrzanej oliwy. Trzymać na średnim ogniu aż cebula zmięknie, wtedy dodać ocet balsamiczny i miód. Wymieszać i dalej trzymać na ogniu do momentu aż cebula się skarmelizuje.
Patisony umyć, odciąć zielone końcówki i pokroić na średniej grubości plasterki. Na patelni rozgrzać część oliwy i wrzucić na nią pokrojone patisony. Doprawić solą i pieprzem i trzymać na średnim ogniu przez kilka minut - powinny tylko lekko się poddusić. Zdjąć z ognia. Połączyć z karmelizowaną cebulą, pokrojoną lub pokruszoną fetą oraz ziołami. Wymieszać. Jeśli trzeba, doprawić jeszcze do smaku solą i/lub pieprzem i skropić oliwą. Zjadać z apetytem, w towarzystwie dobrego wina i bagietki.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Przechytrzyć czas, z Małgosią. Lody z karmelizowanych papierówek.

"Czas wydaje się być prostym narzędziem do mierzenia drobnych zmian, szkolną linijką z uproszczoną podziałką - to zaledwie trzy punkty: było, jest i będzie." 
Olga Tokarczuk, BIEGUNI


Jeśli życie jest podróżą, to każdy dzień staje się kolejnym jej etapem. 
Jeśli każdego dnia posuwamy się do przodu, tracimy po kawałku z przeszłości,
tej trasy, którą już pokonaliśmy.


Droga podróży rozwija się przed nami jak tasiemka.
Nocą, gdy sen pod powiekami snuje kolejną opowieść, czas odcina kawałek tasiemki.
Niewidzialny krawiec.
Nigdy nie bierze urlopu.


Iluż to śmiałków próbowało go oszukać!
Ile naiwnych wierzyło miksturom, które miały go przepędzić!
Nadaremnie.
Jest bezlitosny.
Wymyka się i ucieka.


Przyspiesza dokładnie wtedy, gdy chcemy by stanął w miejscu.
Wlecze się ociężale w chwilach, które chcielibyśmy jak najszybciej odesłać do przeszłości.
Złośliwy? A może obojętny?
Surowy, nieczuły władca.


Jedynie od święta łaskawy. Rozdaje nam wówczas chwile, momenty, ułamki sekundy złudzenia, że to my nad nim panujemy, że go przechytrzyliśmy.
Wyprzedzili.
Zatrzymali.
Na jednej z setek fotografii.
W zasuszonym klonowym liściu włożonym między karty jakiegoś albumu.


Zdaje nam się, że go zaplączemy w siatce słów prowadzonego od lat pamiętnika i że już tak pozostanie, niezmieniony, jak dobrze zachowany muzealny eksponat. 
Dopiero później dotrze do nas, że oddajemy go jedynie w posiadanie pamięci, a ona blaknie w takim samym tempie, w jakim czas posuwa się naprzód.


Myślę, że już dość dawno temu zrozumiałam, że nie będę walczyć z czasem, że mu się poddam. Co nie znaczy, że jestem mu absolutnie uległa. 
Nie dam się jednak wciągnąć w desperackie szeregi chwytających za skalpel po to, by podciągnąć podbródek i schować za uszami kolejną dekadę.


Bliżej mi do przemytnika (nie bez powodu - klik). Takiego, który upycha w kieszeniach skarby z przeszłości z nadzieją, że uda się je ocalić przed bezlitosnym krawcem i przemycić przez granicę między Jest i Będzie. 
Czy to się udaje? Trudno powiedzieć.
Wszystko zależy od skarbu, jaki przemycam.


Najtrudniej jest z tymi chwilami szczęścia, gdy zdaje nam się, że osiągnęliśmy cel, że lepiej już być nie może i najlepiej, gdyby świat po prostu zatrzymał się w tym miejscu. Z takich chwil pozostają jedynie ciepłe wspomnienia zbierane do pudełka pamięci, jak pocztówki z wakacji.


Znacznie łatwiej przychodzi mi zatrzymać chwile przesiąknięte smakiem, naznaczone rozkoszą jedzenia, jego smakiem, aromatem, zapachem. 
Nie da się przecież zatrzymać dla siebie całego uroku i piękna lata, można jednak wycisnąć z niego esencję, soki, to co najlepsze i ukryć skrzętnie w słoiczkach, jak cudowne mikstury albo zamrozić, by dotrwały do chwil, gdy lato znów będzie jedynie wspomnieniem.


Papierówki. Tak ich dużo, a jednak wciąż za mało, właściwie już się kończą. A zdaje mi się, że dopiero co zerwałam pierwszą kwaśną i zjadłam łapczywie pod drzewem. 
Kompot (klik) i galaretka (klik) ukryte w przepastnym sejfie spiżarni nie wystarczą. 
Chcę więcej. Inaczej. Lody?! Tak!


Gęste, kremowe, z dużymi kawałkami karmelizowanych papierówek, nutą cynamonu i dzikiej mięty, której bujne krzaki wyrosły tuż obok jabłoni. 
Kawałek łąki w gałce loda.
Smak sierpnia ukryty w zamrażalce.
Uśmiecham się triumfalnie - tym razem 1:0 dla mnie. 
Choć czas, niewzruszony, i tak pędzi dalej.


Lody kręciłam w duecie z Małgosią (klik). Myślę, że jeśli chodzi o naszą znajomość, czas nam sprzyja. Im dłużej się znamy, tym bardziej mnie ciekawi. Z każdym jej długim listem czuję, że coraz bardziej się zbliżamy, choć w rzeczy samej świadczą one o tym, jak bardzo jesteśmy odmienne. Jednak, gdyby było inaczej, pewnie nigdy nie upiekłybyśmy razem makaroników (klik), nie ukręciły lodów ani nie miały ochoty na kolejne spotkanie.
Kiedy? 
O tym zdecyduje Czas...


LODY Z KARMELIZOWANYCH PAPIERÓWEK Z NUTĄ DZIKIEJ MIĘTY I CYNAMONU

250 g śmietany kremówki
250 g mleczka kondensowanego słodzonego 
3 duże papierówki 
garść listków świeżej mięty
1/2 łyżeczki cynamonu
2-3 łyżki cukru
1 łyżka masła  

Papierówki obrać ze skórki. Pokroić na cieniutkie plasterki. Na patelni rozgrzać masło i przełożyć do niej jabłka. Zasypać cukrem i karmelizować do momentu aż staną się ciemno-bursztynowe. Pod sam koniec dosypać cynamon. 
W czasie, gdy papierówki się karmelizują do rondelka z grubym dnem przelać kremówkę i wrzucić do niej listki mięty. Wstawić na średni ogień i trzymać tak do momentu aż zacznie delikatnie wrzeć. Zdjąć z ognia i dokładnie ostudzić, a następnie odcedzić z liści delikatne je wyciskając na sitku, aby wydobyć jak najwięcej aromatu.
Do przestudzonej kremówki wlać mleczko kondensowane i delikatnie ubić, aby dokładnie się połączyły.


Do blendera przełożyć 2/3 karmelizowanych jabłek i zmiksować, a następnie wmieszać do masy na lody. Resztę jabłek odłożyć na później.
Masę przelać do maszynki na lody i postępować dalej zgodnie ze wskazówkami producenta. 
Gotowe lody przełożyć do pojemnika i ułożyć na wierzchu kawałki pozostałych papierówek. Nakryć i włożyć do zamrażalki lub zjadać od razu.

niedziela, 5 sierpnia 2012

Wędrówki i zapach jabłek. Galaretka z papierówek.



"Pomarszczone owoce muszę być wspaniałe. 
To fałszywa suchość - w każdej zmarszczce czai się aromat konfitur. 
Stwierdzić, że jabłka pachną mocno i przyjemnie? To nie tak. To coś więcej...


Ten zapach przetrwał w tobie, nie da się zapomnieć - to zapach lepszego ja. Ma w sobie jesień w szkole, a Ty fiołkowym atramentem znów skrobiesz brzuszki B, ćwiczysz proste I... O szyby dzowni deszcz, wieczór będzie się ciągnął. 


Ale woń jabłek to nie tylko przeszłość. Tamten czas powraca, bo tak mocno w tobie pachną wspomnienia zawilgłej piwnicy i mrocznego strychu. Lecz teraz jesteś tu i tutaj musisz temu stawić czoło. Za sobą masz wysokie trawy i wilgoć sadu. Przed sobą ciepły powiew pochodzący z cienia. * 


Teraz jestem tu.
I tutaj muszę temu stawić czoło. 
Za sobą mam wysokie trawy i wilgoć sadu.
Przed sobą ciepły powiew dochodzący z cienia. 
Nad sobą korony uginające się od bladożółtych klejnotów.


Miało ich nie być. 
Nie tego lata. Dopiero za rok, jak zawsze. 
A jednak są. 
Więcej niż zwykle.
Większe niż zawsze.
Ogromne, jakby napęczniałe z dumy, że tak nas zaskoczyły, a raczej zasypały.


Papierówki.
Moje ukochane. 
Rozwieszone nad głową.
Rozturlane na łące. 
Pachnące, soczyste, gotowe do wędrówki.


Wyruszają codziennie. 
Najpierw rano, wciąż mokre od rosy. 
Później w południe i jeszcze raz przed samym zachodem słońca. 
Dwie skrzynki dla J. i M.
Ogromny kosz dla U. w podziękowaniu za czerwone porzeczki.


Po kilkanaście zjadanych rytualnie wprost pod drzewem.
Kilka wrzuconych do koszyka roweru, żeby pogryzać po drodze. 
Te wszystkie wędrują do miejsc, które bez trudu potrafię wskazać na mapie. 
Ale ciekawi mnie los tych innych.


Tych, które odeszły w zupełnie nieznane strony. 
Trzy, cztery siatki dorodnych papierówek wystawianych codziennie przed bramę domu niemal od razu znajduje nowych właścicieli. 
Bywa, że szczęśliwy zdobywca dzwoni do drzwi i dziękuje upewniając się może odejść z jabłkami.


Najczęściej jednak znikają bezszelestnie słusznie odczytując zezwolenie na wędrówkę.
Gdzie? Z kim?
Czy zostaną zjedzone jeszcze po drodze, zanim wędrowca dotrze do celu?
A może Ktoś ugotuje z nich kompot i przywita nim ukochaną Osobę?
Dokąd dotarły z Chłopakiem o wielkich, niezwykłych oczach, który trafił do nas głodny, prosząc o jedzenie i odszedł nakarmiony z uśmiechem i wielką siatką papierówek?


Każda siatka jabłek to inna historia. 
Nie wiem jaka, nie znam ich zakończenia.
Ale myślę o mojej. 
O zapachu jabłek, który przetrwał we mnie i którego nie da się zapomnieć.


Ale zapach jabłek to nie tylko przeszłość, choć tamten czas powraca tak mocno, jak wspomnienia wilgotnej piwnicy, do której wciąż znoszę kolejne konfitury i mrocznego kiedyś strychu, na którym teraz mieszkam.

Zapach jabłek to teraz aromat galaretki z papierówek przesiąkniętej zapachem wanilii, skórki cytrynowej i mięty. 
O kolorze złotego bursztynu.
Papierówka - oszlifowany klejnot - galaretka.


W każdym słoiku zapach i smak jabłek owinięty promieniami złocistego słońca, które pieściło owoce już od wiosny.
Zostanie z nimi aż do ostatniej łyżeczki.


GALARETKA Z PAPIERÓWEK Z WANILIĄ, MIĘTĄ I SKÓRKĄ CYTRYNOWĄ
Idealna do naleśników, placuszków, chałki. Świetnie smakuje na plastrach twarogu. 
Widoczna na zdjęciu chałka została upieczone wg tego przepisu - klik, jednak zamiast dużej, upiekłam kilka malych, jednoosobowych. 
 
3 kg papierówek
ok. 3 kg cukru (ilość zależy od uzyskanego soku)
skórka z cytryny
3 laski wanilii
garść posiekanych listków mięty


Papierówki umyć, nie obierać. Pokroić na ćwiartki wraz z pestkami. Przełożyć do dużego garnka i zalać taką ilością wody, aby zakryła owoce. Wstawić na średni ogień i doprowadzić do wrzenia. Od tego momentu trzymać jeszcze na małym ogniu przez 45 minut. Następnie wyłączyć, nakryć pokrywką i odstawić na całą noc.


Następnego dnia odsączyć jabłka przy pomocy gazy lub lnianej ściereczki nałożonej na sitko. Odcedzać stopniowo pozostawiając partię owoców na sicie na 2-3 godziny i obciążając z wierzchu talerzem, ale nie wyciskając owoców. Dzięki temu uzyskamy więcej klarownego soku.


Po odsączeniu całości owoców do soku dodajemy taką samą objętość cukru, stawiamy na ogniu i powoli zagotowujemy. Gdy się zagotuje dodajemy miąższ wanilii oraz pokrojone na kawałki laski wanilii oraz kawałki skórki cytrynowej.
Podczas gotowania co pewien czas zbieramy łyżką tworzącą się pianę - dzięki tamu galaretka będzie klarowna.


Gotujemy cały czas bez przykrycia (ok. 2-3 godzin) do momentu aż galaretka zgęstnieje - jest gotowa, gdy kropla wylana na zimny talerzyk od razu zastyga. W tym momencie wrzucamy posiekane drobno listki mięty i jeszcze chwilkę gotujemy. Zdejmujemy z ognia i przelewamy do suchych, wyparzonych słoików starając się równomiernie rozdzielić skórkę cytrynową i laski wanilii. 
Z podanych proporcji uzyskałam 14 słoików o pojemności 200 i 250 ml. 


Polecam Wam także bardzo wspaniały kompot z papierówek (klik)  i mus z nuta rozmarynową (klik), a ponieważ rozpoczął się sezon mirabelek, może zainteresuje Was przepis na mirabelki w syropie z amaretto i fantastycznie pasujący do mięs chutney mirabelkowych (klik). 

* cytuję fragmenty opowiadania Zapach jabłek autorstwa P. Delerm.
** inspiracją do przepisu na galaretkę z papierówek był przepis na Galaretkę jabłkową z wanilią opublikowany w dodatku do Gazety Wyborczj nr 2/4 Owoce.




Drukuj przepis

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails