Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dynia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dynia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 października 2014

Wężymord czy scorzonera? Ujarzmić czarny korzeń. TU I TAM # 33

 
Kolejny raz jesiennie.
Lubimy chodzić własnymi kulinarnymi ścieżkami.
Lubimy też spotkać się w naszych kuchniach w tym samym czasie.
Aby dzielić wspólne kulinarne emocje.
To czas wyznaczył nam to spotkanie.
A ponieważ jesień nam sprzyja, ona  zdecydowała o naszym wyborze.
Zapraszamy na spotkanie z wężymordem  u Amber w Kuchennymi drzwiami i u mnie w Kucharni.


W gotowaniu na równi ze składnikami, a czasem nawet bardziej od nich, ważne są emocje. 
Zwykła-niezwykła kromka chleba posmarowana grubo masłem i podana z miłością  bije na głowę najbardziej wymuskane dania haute cuisine.
Zmierzyć się z kuchennymi emocjami to jak stanąć przed nadciągającym tornado i próbować go uspokoić zmieniając w lekki wietrzyk, który niesie w powietrzu wonne aromaty. 

poniedziałek, 24 października 2011

Let's twist! Precle z dynią.




Taniec.
Lubicie?
Ja uwielbiam.
Skłony, piruety, obroty, unoszenia na palcach.
Szybko, wolno.
W przód, do tyłu.
Dwa kroki w prawo, jeden w lewo.
I obrót.
I rama. Rama.


Tak, trzymam ramę. Czasami nachodzi mnie nawet odważna myśl, że ja tą ramę mam we krwi.
I taniec.
I zawsze trzymam wysoko uniesioną głowę, gdy z zamkniętymi oczyma chłonę zapach tego tańca.


Tak. Ten taniec pachnie.
Kusi.
Nie pozwala o sobie zapomnieć.
Jest niekończącym się zaproszeniem.


Do kuchni.
To mój parkiet.
Moja scena.
Wybieram melodię i instrumenty, a potrawa nadaje rytm.


Bo gotowanie jest tańcem. 
Kroki i ruchy, tempo i smak.
To wszystko wiruje, łączy się i chwyta w objęcia.


W takcie na 3/4, niespiesznie wyrabiam ciasto drożdżowe. Myśli i ruchy ponownie układają się do tańca. 
To walc angielski. Bez pośpiechu.
Wszystko jest wyważone, umiarkowane. Pozwala myślom unosić się swobodnie i gładko. 
Delikatne piruety dłoni. Ciasto oddycha cichutko, miarowo.


Powoli dosypuję mąkę, obracam, pozwalam odpocząć. 
A w myślach widzę tiulową suknię, która jak mgiełka otula tancerkę przy ostatnim obrocie ...
Melodia cichnie, kuchnia odbija ostatnie cichutkie echo...
Klasyka nie lubi hałasu. Choć ta cisza wkrótce zrodzi coś zupełnie nowego. 


Już  nie będzie klasycznie i powoli.
Będzie szybciej, kolorowo, no i będzie skręt za skrętem. 
Jednym słowem zatańczę twista. 
Tu ruchy będą energiczne i, choć, jak to w twiście, tańczę w miejscu, i tak wykonuję skręt za skrętem. 


A jest co skręcać, jeśli ma się ochotę na precle.
W dodatku z dyniowym nadzieniem, które też nie jednego skrętu i obrotu wymaga. 
Mówię Wam, to dopiero jest taniec! 


Ruchy proste, łatwe do opanowania, a na koniec niczym confetti, błyszczą i migocą kryształki soli morskiej. 
No to co? Tańczymy?
Let's twist again!


A skąd się wzięły precle? Precle miękkie (nie mylić z twardymi, które jak większość smakołyków są dziełem przypadku), powstały już w średniowieczu. Jak głosi legenda, pewien mnich w północnych Włoszech, bądź w południowej Francji piekł chleb. Zostało mu trochę ciasta, więc postanowił zrobić z niego przekąskę dla dzieci, które nauczyły się nowej modlitwy. Ciasto uformował na kształt rąk złożonych do modlitwy (w tamtych czasach modlono się z rękami skrzyżowanymi na piersi), stąd charakterystyczny wygląd precli. Stworzone przez mnicha precle były miękkie. 


Historia tzw. precli twardych jest o wiele młodsza. Ponoć podczas pieczenia precli miękkich, pewien piekarz przysnął i kiedy się obudził wstawił precle ponownie do pieca i upiekł je drugi raz. Gdy odkrył pomyłkę, zdenerwował się, ale po spróbowaniu zrozumiał, że stworzył nowy rodzaj pieczywa.*


Przepis i inspiracja do nadziewanych precli pochodzi z tej strony - klik. Ciasto wyrabia się bardzo dobrze, rośnie szybko i jest bardzo elastyczne. Precle smakują po prostu cudownie. Wiem, że nie zabrzmi to skromnie, ale nigdy nie jadłam lepszych! Ciasto jest wyjątkowo delikatne, puszyste, skórka taka, jak należy, a chrupiące kryształki soli to po prostu "kropka nad i", nie jedna. 


Nadzienie dyniowe wymyśliłam sama - do pure z pieczonej dyni dodałam kumin, szczyptę soli, pieprz i siekane pistacje. Powstało coś naprawdę pysznego. 
I ważna sprawa! Nie zmniejszajcie proporcji ciasta do połowy, jak ja to zrobiłam - 8 precli zniknęło szybciej niż jedna melodia w rytmie twista;) 


Nie bójcie się dyni - choć w środku wygląda jak kłębisko strachów uwięzionych w jamie, smakuje tak, że strachy nie mają nic do powiedzenia! 


PRECLE Z NADZIENIEM DYNIOWYM 
/składniki na 12 precli/ 

1,5 szklanki letnie wody
1 łyżka cukru i dodatkowo 1 łyżeczka
1 łyżka drożdży instant
4,5 szklanki mąki
1,5 łyżeczki soli
1 łyżka oliwy


Na kąpiel dla precli przed pieczeniem:
1/2 szklanki sody oczyszczonej (zmniejszyłam do 1/3)
4 szklanki wrzącej wody

Na nadzienie:
1-1,5 szklanki pure z upieczonej dyni
kumin, pieprz i sól do smaku
garść siekanych pistacji
gruba sól morska do posypania
odrobina stopionego masła do posmarowania precli


W misce połączyć drożdże z letnią wodą i 1 łyżeczką cukru. Odstawić na ok. 10 minut, by drożdże "ruszyły".
Do dużej miski wsypać 3,5 szklanki mąki, 1 łyżkę cukru, sól i wymieszać. Dodać oliwę i drożdże. Wyrabiać do połączenia się składników, dodać pozostałą mąkę i wyrabiać dalej, aż ciasto stanie się gładkie i będzie z łatwością odchodziło od ścianek naczynia. Nakryć folią kuchenną i odstawić do wyrośnięcia na ok. 1 godzinę lub do momentu aż podwoi objętość. 


W tym czasie przygotować nadzienie. Pure z upieczonej wcześniej dyni wymieszać z przyprawami. W razie potrzeby doprawić do smaku. 
Wyrośnięte ciasto przełożyć na obsypany mąką blat kuchenny i podzielić na 12 porcji. Każdą rozwałkować tak, by uzyskać podłużny dość wąski kawałek ciasta. Na środek nałożyć nadzienie. Ciasto zwinąć i zlepić tak, by nadzienie nie wydostało się na zewnątrz. Nadać mu kształt cienkiego wałka i uformować na kształt precla. 


Piekarnik nagrzać do temperatury 220 stopni. W dużym, szerokim garnku przygotować kąpiel - w czterech szklankach wrzątku rozpuścić sodę oczyszczoną. Uformowane precle zanurzać delikatnie w kąpieli z sody. Są dwie szkoły - jedna mówi, że wystarczy włożyć na kilka sekund, inna zaleca gotowanie precli przez ok. 1-2 minut. Ja zanurzałam precle w gotującej się wodzie i zostawiałam je w niej na ok. 30 sekund. 


Wykąpane precle przełożyć ostrożnie na wyłożoną papierem blachę do pieczenia i piec przez ok. 8 minut lub do momentu aż staną się apetycznie złociste.
Po wyjęciu z piekarnika gorące precle smarować rozpuszczonym masłem i posypać solą morską. Polecam!
A po co kąpiel w sodzie? - dzięki niej, precle nie wyrosną nadmiernie w piekarniku i zachowają niemal taki sam kształt jak po formowaniu. 

* cytat o historii i pochodzeniu precli pochodzi z Wikipedii (klik)

Przepis na precle z nadzieniem dyniowym to moja propozycja do prowadzonego przez Beę Festiwalu Dyni


piątek, 15 kwietnia 2011

Wiosenne porządki i gotowane perły. Risotto.



Paczka botwinki.
Dwa woreczki czerwonych winogron.
Wielkie pudełko malin.
Pojemnik z wiśniami.
Torebka rabarbaru.
Worek czerwonych porzeczek.
Trzy pudełeczka dyni.


To nie jest lista moich zakupów. 
Ani relacja z wizyty na straganie.
To po prostu zamrożone lato i trochę jesieni, które wciąż trzymam w zamrażarce. To nic wielkiego, jestem pewna, że i Wy tak macie. Ale przecież mamy wiosnę! I choć wczoraj na pobliskiej górze było u mnie prawie pół metra śniegu, wiem, że to tylko ostatnie kaprysy pogody i już niedługo wiosna rozkwitnie w pełni, a wraz z nią rozpocznie się  wreszcie wytęskniony czas świeżych warzyw i owoców. 


O tej porze najbardziej tęsknie za chłodnikiem z botwinki i ciastem  z rabarbarem. Na chłodnik jednak za zimno, a na świeży rabarbar za wcześnie. Co jest zatem na czasie? U mnie wiosenne porządki w zamrażarce. Ogrzewam się zupą z dyni, pocieszam malinowym ciastem i gotuję rabarbarowy kompot. To zdecydowanie moje ulubione porządki. Jedyne, na jakie zawsze mam ochotę. Szykując się na wiosenno-letnie smaki ogrzewam się ich wspomnieniami. A jak to jest u Was? Porządki już zrobione czy nadal chowacie jeszcze kawałki lata?


W takie dni, jak dziś, gdy pada, jest zimno, szaro i ponuro, potrzebuję ocieplacza. Ciepła herbata, miękki sweter i koniecznie coś rozgrzewającego na obiad. Dziś wybieram cudownie kremowe risotto. Sięgam po pudełko z zamrożonym pure dyniowym, dzięki któremu moje danie będzie nie tylko smaczne, ale i nabierze ciepłego, energetyzującego koloru.  Ten kolor, smak i ciepło potrawy czynią cuda! Słońce wychodzi nieśmiało zza chmur, a ja nabieram ochoty na deser - może letnie owoce pod chrupiącą kołderką crumble? Kto wie... Teraz jednak pora na risotto i kilka zasad, które decydują o jego właściwym przygotowaniu.


Oczywiście kluczowym składnikiem jest ryż, jednak wyłącznie typu arborio, ale także carnaroli, vialone nano lub baldo. To właśnie te gatunki mają charakterystyczny owalny kształt i delikatnie przezroczyste ziarenka. Patrząc z bliska można zauważyć, iż każde ziarenko ma biały środek - to zwana przez Włochów perła. Dzięki niej, po ugotowaniu ryż jest kremowy na zewnątrz, ale w środku wciąż lekko twardy -  perła się nie rozgotowuje. 


Risotto gotujemy dolewając stopniowo płyn. Pamiętajmy, iż powinien to być wyłącznie bulion czy wywar naturalny. Część tego płynu stanowi zwykle białe wino - również dobrej jakości, ponieważ to samo wino podawane jest później do posiłku. Przygotujcie także dobrej jakości oliwę i prawdziwe masło. Oliwa potrzebna jest na początku do podsmażenia cebuli /szalotek/ i ryżu, a masło na koniec, dla dodania potrawie charakterystycznej kremowej struktury. Dodatek masła Włosi nazywają mantecatura i traktują jako kluczowy składnik, podobnie jak użycie parmezanu. Parmezan ma  orzechowy zapach i wyrazisty, pikantny smak. Idealnie rozpuszcza się w gorącym risotto nadając mu charakterystyczną kremową konsystencję. Jedynym wyjątkiem jest risotto z owocami morza, do którego ponoć żaden Włoch nie doda nigdy parmezanu.


Zaopatrzeni w odpowiednie składniki musimy wygospodarować także czas i cierpliwość. Ryż nie gotuje się "sam". Wymaga naszej stałej obecności. Dodając kolejne składniki, risotto trzeba cały czas mieszać, by płyn wchłaniał się równomiernie, a sam ryż nie przywarł do dna. O wyborze dodatków smakowych zdecydujecie sami. Można pokusić się o własne wersje lub skorzystać z kilku tradycyjnych przepisów. Do klasycznej czołówki należy gotowane z szafranem risotto alla milanese oraz risotto al nero di seppie, którego składnikiem są malutkie kałamarnice,  a także risotto al barolo z rozdrobnioną marchewką, selerem i pancettą.
Ja zapraszam dziś na moją wersję - risotto dyniowe. Kremowy i rozgrzewający finał wiosennych porządków. 


UWAGA!
Za kilka dni zapraszam Was na jajko-niespodziankę. Kto zgadnie co to będzie? Wpisujcie swoje pomysły - osoba, która odgadnie lub będzie najbliżej prawidłowej odpowiedzi, otrzyma ode mnie foremkę do czekoladowych łyżeczek (tych samych, jakie podawałam z karmelisu - klik)! A zatem ruszcie głową i wpisujcie swoje pomysły - uprzedzam, nie będzie łatwo:) Powodzenia! Na Wasze odpowiedzi czekam do wtorku do godz. 24.00.


RISOTTO DYNIOWE 
/na 2 osoby/

2 szalotki
200 g ryżu arborio
300 ml bulionu warzywnego 
ok. 70 ml białego wina
1 łyżka masła
kilka łyżek oliwy
filiżanka pure z dyni
sól, pieprz do smaku
garść świeżo startego parmezanu 


Szalotki obrać i drobno pokroić. Do garnka z grubym dnem wlać kilka łyżek oliwy, wrzucić pokrojone szalotki i lekko podsmażyć, aż staną się szkliste. Wsypać ryż i cały czas mieszać. Trzeba pilnować, aby nie zaczął przywierać do dna. Kiedy ryż się zeszkli, wlać ok. 1/3 bulionu (oczywiście domowej roboty, nie z kostki!) i nadal mieszać. W momencie kiedy ryż wchłonie płyn, dolać kolejną porcję bulionu. Powtarzać tą czynność do momentu aż ryż ugotuje się al dente. Pod koniec gotowania dodać pure z dyni, wlać wino i lekko odparować, a następnie na sam koniec wrzucić masło i parmezan. Garnek zdjąć z ognia i delikatnie zamieszać risotto, aby wszystkie składniki równo się rozeszły. Podawać od razu. Można dodatkowo skropić oliwą i posypać pieprzem oraz parmezanem. Smacznego! 


* przepis własny, część informacji o risotto znalazłam na tej stronie (klik)

wtorek, 26 października 2010

Bania, harbuzem zwana i pranie blondyn



"Obraną ze skóry i ze środka dynię czyli banię, lub inaczej harbuza  pokrajać w kawałki, nalać gotowanem mlekiem tyle, aby objęło banię i dusić póki nie zmięknie, potem przecisnąć massę przez gęste sito i używać do ciasta, zamiast jaj biorąc pół kwarty tej massy do garnca mąki, co odpowiada 15 żółtkom. Smak ma bardzo przyjemny, jednak do bab używać bani nie należy, gdyż jest ciężka i ciasto delikatne może się nie udać, dla tego i do bułek brać trzeba więcej drożdży i tak: Garniec mąki rozrobić 3 kwaterkami mleka i 6 łutami drożdży, postawić w cieple żeby podeszło. Gdy się podniesie wlać pół kwarty przetartej bani, kubek tłuczonego cukru i szklankę sklarowanego masła, oraz trochę soli i gorzkich migdałów dla zapachu, wygnieść doskonale i znów postawić w cieple, skoro rosnąć zacznie, robić bułki, układać na blasze, postawić do wyrośnięcia, a w końcu smarować jajkiem i stawiać w piec na godzinę." *


I jak Wam się podoba? Mnie ogromnie! Od kilku dni chłonę każde słowo Kucharza, choć słów używa innych i miar zapomnianych. Ale to o czym pisze  i w czym doradza jest tak niezwykłe i fascynujące, że z radością przenikam do świata, który znam prawie wyłącznie z fotografii i opowieści. Kucharz wybiera wielokrotnie produkty dla mnie nieznane, choć bardzo polskie i ogromnie żałuję, że tak wiele z nich jest dla mnie nieosiągalnych. Ciekawi mnie bardzo jak smakuje tatarak w cukrze, sucha orszada, sok berberysowy czy chasse-cafe. Zachwyca mnie bogactwo pomysłów i różnorodność dań jakie serwuje. Marzy mi się choć jeden raz spróbować  jego menu, a uwierzcie, że ma inną propozycje na każdy dzień roku! Gdybym tylko zdołała się odpowiednio przygotować, dziś miałabym do wyboru taki oto zestaw:

"26 październik: 

Zupa grzybowa - Szczupak ze zrazowym sosem - Pierożki z powidłami - Ryby smażone lub polędwica z sałatą czerwoną - Blamanż czekoladowy

Rosół z makaronem - Sztuka mięsa z chrzanem - Polędwica, sałata kartoflana"

Szalenie podoba mi się słowa blamanż, choć musiałam się wesprzeć pomocą słownika, by wyobrazić sobie co to za deser. 


Nie zdołałabym zjeść pewnie nawet połowy takiego zestawu, ale nie o to chodzi. Zachwyca mnie świat Kucharza. Chciałabym poczuć zapach, jaki unosił się w kuchni, gdy z jego przepisów korzystała moja Prababcia. Zastanawiam się jak bardzo wonne były zaznaczone przez nią pierniczki,  jak pachniała pieczeń cielęca z biszmelem i jak bardzo rozgrzewała nalewka mięszana z poziomek, malin, truskawek i listków różanych


Jest jeszcze jedna rzecz, która niezwykle mnie w Kucharzu pociąga - jego wszechstronna wiedza na temat domowych porządków. Począwszy od prania drobiazgów, przygotowania pachnidła i fryzowania piór po ... zachowanie świeżego mchu w oknach i  sklejanie naczyń szklanych
Jak widzicie Kucharz naprawdę wiedzę ma ogromną, zatem na stosowny szacunek absolutnie zasługuje. Istotny niebywale jest także fakt, iż  Kucharz jest  już wielce sędziwy, zatem i mnóstwo tajemnic posiada. Jedną z nich jest ten oto przepis na ...Pranie blondyn:

"Owinięte, tak jak koronki na wałek, nacierają się mieszaniną złożoną z miodu, mydła i spirytusu i wyciskając polewać letnią wodą. Następnie odwinąć je z wałka, przesuszyć trzepiąc, rozesłać na miękkim i zamiast prasowania pociągnąć kilka razy wilczym kłem, co im nada glans i sztywność." *

Pytałam, szukałam, ale nie znalazłam odpowiedzi. A może Wy wiecie czym są te blondyny, którym wilczy kieł nada glansu i sztywności? Kucharz w tej sprawie niestety milczy...

Kim jest tajemniczy Kucharz i ile liczy lat napiszę Wam w kolejnym poście, choć pewnie część z Was już się domyśla.


A teraz czas na banię, harbuzem zwaną, czyli dynię. Mam wrażenie, że świat kręci się teraz wyłącznie  wokół dyni! I cudownie! Tyle wspaniałych przepisów, pomysłów i inspiracji. Cieszę się, że tegoroczne zapasy wystarczą na wypróbowanie wielu z nich. Chciałam początkowo skorzystać z przepisu KUCHARZA, jednak nie do końca odpowiadał temu na co miałam ochotę. A miałam ochotę na połączenie dyni z czekoladą, na inną niż znane mi dotąd tarty, bardziej wyrazistą i z charakterem. I znalazłam taki przepis, który po dokonaniu drobnych zmian idealnie się sprawdził. Zapraszam na dyniowe tartaletki z rumem i czekoladą, do których dodałam też prezentowany ostatnio krokant z pestek dyni (klik) . Dynia, z natury dość mdła w smaku, dzięki dodatkowi przypraw korzennych i sporej ilości rumu:) nabiera charakteru i świetnie kontrastuje z gorzką czekoladą.


A tym z Was, którzy mają ochotę na jeszcze coś innego, pozostawiam taki oto przepis KUCHARZA na banię w syropie:

Wziąść banię nie zupełnie dojrzałą i wykrawać okrągłą łyżeczką małe kulki, które należy sparzyć gotującą się wodą, następnie wrzucić w syrop, wcisnąć cytrynę i gotować dopóki syrop nie stanie się gęsty, a kulki przezroczyste.


TARTALETKI DYNIOWE Z RUMEM I CZEKOLADĄ

/na 10 tartaletek/ 

Na spód

80 g masła
75 g cukru
1 jajko
150 g mąki


Wszystkie składniki na spód zagnieść na gładkie ciasto i wstawić do lodówki przynajmniej na 1 godzinę. Piekarnik nastawić na temperaturę 180 stopni. Foremki na tartaletki wysmarować masłem. Ciasto wyjąć z lodówki i rozwałkować na podsypanym mąką blacie. Następnie wylepiać nim foremki i wstawić na ok. 10 minut do piekarnika, by ciasto się lekko zrumieniło.


Na nadzienie dyniowe

300 g pure dyniowego
160 g cukru
2 łyżki zimnej wody
1 -2 łyżeczek przyprawy piernikowej
2 łyżki soku z cytryny
20 g masła
8 - 10 łyżek rumu
garść grubo siekanych orzechów włoskich
200 g gorzkiej czekolady (użyłam czekolady z dodatkiem skórki pomarańczowej) posiekanej na kawałki
ew. krokant dyniowy do ozdoby


Cukier wsypać do garnka z grubym dnem, dodać wodę i wstawić na ogień. Gotować cukier do momentu aż powstanie karmel - w tym czasie cukru nie mieszać, by nie powstały grudki. Można jedynie lekko poruszać rondlem, dzięki czemu cukier równo się rozprowadzi. Gdy uzyskamy ciemno-złoty karmel, garnek zdjąć z ognia i dodać do niego pure z dyni, masło, rum, orzechy oraz przyprawy. Natychmiast zamieszać i wstawić na ogień, cały czas mieszając. Jeśli podczas dodawania tych składników karmel stwardniał, nic się nie stało. Podczas podgrzewania i mieszania ponownie się rozpuści i połączy z resztą masy. Trzymać na ogniu do momentu aż składniki dokładnie się połączą.


Zdjąć z ognia i dodać sok z cytryny. Gotową masę wykładać na podpieczone spody. Na wierzch kłaść posiekaną gorzką czekoladę. Wstawić ponownie do piekarnika na ok. 10-15 minut, aż czekolada się rozpuści i stworzy naturalną polewę. 
Jeśli pozostanie Wam nadzienie, możecie wykorzystać je z powodzeniem jako konfiturę, świetnie smakuje ze świeżą chałką:) Smacznego!


* oryginalna pisownia 

** przepis pochodzi z tej strony, dokonałam jednak kilku zmian.

*** ten przepis to moja druga propozycja do Festiwalu Dyni prowadzonego przez Beę.

piątek, 22 października 2010

Kruchość i pestki.




Kruchość — cecha fizyczna ciał stałych (materiałów) polegająca na jego pękaniu i kruszeniu się pod wpływem działającej na nie siły. Kruche materiały absorbują stosunkowo mało energii przed złamaniem, nawet te o dużej wytrzymałości. Łamaniu towarzyszy zwykle głośny dźwięk, trzask. Do typowych materiałów kruchych należą m.in: beton, ceramika, szkło, żeliwo, skały. Typowe materiały sprężyste takie jak np. stal, również stają się kruche po przekroczeniu pewnego progu naprężenia. Z kolei substancje uważane za kruche pozostają sprężyste przy niewielkich odkształceniach. Kryterium podziału substancji na kruche i sprężyste nie jest ostre.
Właściwość tę wykorzystuje się np. pisząc kredą po innych materiałach. Kreda pocierana o coś kruszy się, a część tych małych okruchów zostaje na danym materiale.
Kruchość jako wielkość fizyczna charakteryzująca dany materiał, jest to stosunek wytrzymałości na rozciąganie do wytrzymałości na ściskanie *

K=\frac {R_r} {R_c} < \frac 1 8


Zaintrygowała mnie definicja kruchości. Nie tylko dlatego, że brzmi poważnie i nie miałam pojęcia, że można ją wyrazić naukowym wzorem, ale głównie dlatego, że tak bardzo odbiega od tego co kruchość znaczy dla mnie. Nie ma tu ani słowa o chrupkich spodach kruchych tart, o cudownym dźwięku rozgryzania kruchych ciasteczek, ani o maślanym uroku kruszonki. 
Dla mnie kruchość oznacza chrupanie i gdybym miała teraz napisać moją najprostszą definicję czegoś kruchego, podałabym taki wzór:

CUKIER + WODA = KARMEL


Uwielbiam karmel. Po bezach, to druga rzecz w kuchni, do której mam absolutną słabość. Dam się w ciemno namówić na każdy przepis, jeśli tylko usłyszę lub przeczytam  magiczne słowo karmel
Powodem jest nie tylko cudowny kolor i faktura, które zmieniają cukier w jadalny bursztyn. To jeden z niewielu smakołyków, który zachwyca dźwiękiem! Pamiętacie cudownie stuknięcie łyżeczki, którą Amelia zastukała w creme brulee? To jedna z moich ulubionych scen filmowych (jestem pewna, że nie tylko moja:).


Karmel przemawia do mnie wyglądem, dźwiękiem i oczywiście smakiem. Po niebiańskim doświadczeniu z lodami karmelowymi (klik) zakochałam się w połączeniu karmelu z solą morską. To zaskakujące, ale uzależniające doznanie. Równie silne jak sięganie po kolejne pestki. Pewnie jak wiele z Was, uwielbiam chrupać pestki dyni. Zawsze zaczynam od jednej, ale ich chrupkość jest tak smaczna, że sięgam po kolejne i tak aż do dna miseczki. Gdyby to były chipsy, których nie jadam, czułabym wyrzuty sumienia. Jednak świadomość jak bardzo są zdrowe (klik) pozwala mi z czystym sumieniem otworzyć kolejną paczuszkę.


Tym razem nie wsypię jej jednak do miseczki, tylko zatopię w słodko-słonym karmelu. 
Pumpkin seed brittle, czyli karmelowe chrupki z pestek dyni można chrupać solo jak sezamki. Można połamać lub pokroić na większe kawałki i serwować jako dodatek do kremów, musów czy lodów zastępując w ten sposób nadal popularny w wielu cukierniach "zwiędnięty" wafelek;)
Jeśli rozpiera Was nadmiar energii możecie ją wykorzystać do pokruszenia karmelu tłuczkiem, powstanie w ten sposób dyniowy krokant, idealny dodatek do ciast i kremów, a nawet do wspomnianych wyżej lodów karmelowych, których kluczowym składnikiem jest właśnie krokant.


Ta wariacja na temat sezamków to moja propozycja do Festiwalu Dyni ogłoszonego przez Beę. Domyślam się, że królować będą smakołyki przygotowane z miąższu dyni, ale jej pestki są równie wartościowe, więc liczę na to, że Bea przyjmie moją propozycję. Na swą obronę dodaję, że kolor karmelu wydaje mi się bardzo "dyniowy":)


KARMELOWE CHRUPKI Z PESTEK DYNI

1 szklanka cukru
3-4 łyżki wody
0,5 łyżeczki soli morskiej
3/4 szklanki pestek dyni


Przygotować dużą tacę lub blachę do pieczenia. Rozłożyć na niej arkusz papieru do pieczenia - najlepiej krawędzie papieru przylepić taśmą klejącą do blachy, co zapobiegnie jego przesuwaniu się. Na tak przygotowanej powierzchni rozsypać pestki dyni - rozłożyć je równomiernie, tak by tworzyły cienką warstwę i nie nachodziły na siebie - dzięki temu karmel będzie cieńszy i bardziej chrupki. Przygotować także drugi arkusz papieru  o takim samym wymiarze.


Do rondla z grubym dnem wsypać cukier, sól oraz dodać wodę. Wstawić na średni ogień i czekać aż cukier zacznie się rozpuszczać. Nie należy mieszać, gdyż tworzą się grudki. Aby zapobiec krystalizowaniu się cukru na ściankach rondla, można zmoczyć pędzelek w zimnej wodzie i przetrzeć nim wewnętrzne ściany naczynia. Po ok. 10-12 minutach cukier zacznie się karmelizować, najpierw od spodu, więc, by zapobiec jego przypaleniu można delikatnie poruszać rondlem. 


Gdy całość cukru się rozpuści i osiągnie kolor bursztynowy, rondel zdjąć z ognia i szybkim ruchem rozlać karmel na rozsypanych pestkach dyni. Należy to robić dość prędko, gdyż karmel szybko zastyga. Na rozlany karmel nałożyć drugi arkusz papieru i przy pomocy wałka rozprowadzić równomiernie, tak, by równą i cienką warstwą pokrył pestki. Gdy lekko zastygnie, ściągnąć górny papier i zaraz pokroić na paseczki przy pomocy ostrego noża. Można też zostawić część w całości i użyć później do przygotowania krokantu.   


* Definicja kruchości pochodzi z tej strony.
** Inspiracją był przepis znaleziony na tej strony, jednak chrupki zrobiłam inaczej niż podano. 

Drukuj przepis

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails