czwartek, 19 maja 2011

Bez filozofii. Rabarbar i filo. Po prostu.




Wiecie już, że kocham maj.
I bzy.
I bezy.
I karmel.
I kawę.
I długo by jeszcze wymieniać.
I bardzo, ale to bardzo kocham rabarbar.  
Od kompotu, przez dżemy, po placki, tarty i crumble - nigdzie mi się nie nudzi i nigdy nie mam go dość. 


Pierwszym rabarbarowym wspomnieniem jest babciny kompot. Gotowany niemal przez całe lato, z goździkami, skórką cytrynową i kawałkami jabłka. Schłodzony, stał zawsze w kuchni w wielkim garnku, a ja uwielbiałam wypijać go wprost z chochli. Cudowne rabarbarowe orzeźwienie spływało kroplami po brodzie ...  Ukochana chochla  z charakterystycznym wgłębieniem leży w mojej kuchennej szafce do dziś. Przetrwała, podobnie jak miłość do kompotu rabarbarowego, który dziś znowu chłodzi się w lodówce.


Właściwie wszystko zaczęło się od rabarbaru. Od dzieciństwa uwielbiałam kwaśne smaki i to właśnie rabarbar towarzyszył mi podczas mojej kuchennej inicjacji. Pierwszym ciastem jakie upiekłam był placek z rabarbarem - duży, puchaty, z zatopionymi kawałkami owoców, obsypany cukrem pudrem.


Byłam wówczas dumną posiadaczką dopiero co założonego zeszytu z przepisami. W całej mojej klasie IV B jeszcze tylko moja przyjaciółka miała podobny. Oprócz kilku podyktowanych przez Mamę przepisów, większość stron wyklejona była recepturami wycinanymi z ówczesnej Kobiety i Życia. Myślę sobie, że chyba jednak początkowo stawiałam na ilość, a nie na moje skromne umiejętności, bo na ponad czterdziestu kartkach królują niemal wyłącznie sztufady, pasztety i pikle.


Zeszyt musiał przejawiać jednak jakąś wartość, w każdym razie musiała ją dostrzec moja Mama, bo po pewnym czasie przejęła go we władanie i trzyma w swej kuchni do dziś. Powiem więcej, nie tylko trzyma, ale i wykorzystuje. A przez lata wzbogaciła go o dziesiątki kolejnych przepisów wyciętych, spisanych lub dostarczonych przez znajome osoby.

Przepis na placek rabarbarowy był jednym z pierwszych, jakie wpisałam do zeszytu i, jak już wiecie, pierwszym z jaki zmierzyłam się sam na sam. Dokładnie zaplanowałam ten "pojedynek". Chcąc sprawdzić swoje umiejętności, a jednocześnie uniknąć podpowiadania, zaglądania przez ramię lub co najgorsze wyręczania, przystąpiłam do dzieła w sobotnie popołudnie, gdy Mama zaliczała funkcjonującą wówczas tzw. pracującą sobotę. 


Myślę sobie, że było to chyba najdroższe ciasto jakie upiekłam. Bo mimo, iż rabarbar był z ogródka, jajka i masło od zaprzyjaźnionych sąsiadów, to koszt rachunku telefonicznego przewyższył z pewnością kwotę najbardziej wyszukanych dodatków.  Czerwona linia do pracy Mamy został uruchomiona już na samym początku. Każdy etap, a także niezliczone momenty między tymi etapami, konsultowałam z Mamą. Pamiętajcie, że były to czasy telefonów z tarczą, więc wybranie sześciu kolejnych cyfr trochę trwało - o funkcji redial nikt jeszcze chyba wtedy w Polsce nie słyszał. Tak więc było to też najdłużej pieczone ciasto w moim dorobku.


A jednak mimo, iż rozbiłam Mamie pół dnia pracy, a sama z opuchniętym od dzwonienia palcem doprowadziłam przejętą we władanie kuchnię do stanu UWAGA! NIE WCHODZIĆ- REMONT!, to jednak ciasto się udało, a ja po raz pierwszy poczułam tą trudną do opisania radość, satysfakcję, po prostu szczęście, jakie przeżywam odtąd za każdym razem wyjmując z piekarnika pachnące domowe ciasto lub chleb. 


Po pierwszej próbie nabrałam pewności, że następnym razem dam radę bez udziału telefonu i pomocy Mamy, i tak też było. Choć jeśli chodzi o gotowanie, sprawy potoczyły się zupełnie inaczej, ale to już temat na inny wpis...


Dziś mam dla Was przepis na rabarbar tak prosty, że żadna rozpoczynająca pieczenie osoba nie będzie musiała sięgać po telefon do mamy lub przyjaciela. Przepis nie tylko prosty, ale i bardzo szybki. Cieniutkie, chrupiące prostokąty ciasta filo obłożone cieniutko krojonymi plastrami rabarbaru. Opruszone cukrem pudrem chrupią rozkosznie i znikają w mgnieniu oka. Dajcie się namówić na taki rabarbarowy wypiek - prosty, bez żadnej filozofii, ale koniecznie na filo:) 


A jeśli macie ochotę na rabarbar w innej wersji, polecam zamieszczone zeszłego lata przepisy na: 


RABARBAR NA CIEŚCIE FILO 

1 opakowanie gotowego mrożonego ciasta filo 
3-4 łyżki stopionego masła
3 łaski rabarbaru
3-4 łyżki cukru trzcinowego
cukier puder do posypania


Rabarbar obrać z włókien, a następnie podzielić na podłużne kawałki. Każdy z nich pokroić na możliwie jak najcieńsze plasterki. Rozłożyć na folii i obsypać lekko cukrem, aby rabarbar puścił sok i delikatnie zmiękł. Dzięki temu po upieczeniu będzie delikatniejszy, a nadmierna ilość soku nie zaszkodzi chrupkości ciasta.


Ciasto filo rozmrozić, a następnie rozdzielić na arkusze. Każdy z nich posmarować stopionym masłem i ponownie nałożyć na siebie. Z tak przygotowanego ciasta wyciąć prostokąty lub kwadraty - kształt zależy od Was:) . Na każdy nałożyć plastry rabarbaru i posypać odrobiną cukru trzcinowego. Wstawić do piekarnika nagrzanego do temperatury 180 stopni i piec ok. 10-15 minut, do momentu aż ciasto ładnie się zrumieni. Świetnie smakuje na ciepło opruszone cukrem pudrem.

piątek, 13 maja 2011

To jest maj! Głowę w bzy na stracenie. Tort bezowo-orzechowy z nutą kardamonu, kawy i pomarańczy



Narwali bzu, naszarpali,
Nadarli go, natargali,
Nanieśli świeżego, mokrego,
Białego i tego bzowego.

Liści tam - rwetes, olśnienie,

Kwiecia - gąszcz, zatrzęsienie,
Pachnie kropliste po uszy
I ptak się wśród zawieruszył.

Jak rwali zacietrzewieni

W rozgardiaszu zieleni,
To się narwany więzień
Wtrzepotał, wplątał w gałęzie.

Śmiechem się bez zanosi:

A kto cię tutaj prosił?
A on, zieleń śpiewając,
Zarośla ćwierkiem zrosił.

Głowę w bzy - na stracenie,

W szalejące więzienie,
W zapach, w perły i dreszcze!
Rwijcie, nieście mi jeszcze!*




"Zieleń śpiewając, zarośla ćwierkiem zrosił ..."  Czy ktoś ujął to piękniej?

Chyba tylko same ptaki potrafią piękniej wiosnę wyśpiewać. 

Uwielbiam wiosnę. Uwielbiam rwanie bzu. To prawdziwe i to w słowach spisane. Te słowa są tak soczyste, zielone, pachnące. Prawdziwie wiosenne "olśnienie, kwiecia - gąszcz, zatrzęsienie. Pachnie kropliste po uszy ...."


Oj, pachnie! I to jak pięknie! Zapach bzu jest dla mnie jednym z najpiękniejszych zapachów. Od tygodnia pachnie nim cały ogród, dom i zaczynać myśleć, że sama cała jestem tym zapachem otulona.
"To był maj, pachniała Saska Kępa" - zakwitły wszystkie kępy, łąki, wzgórza. Mam ochotę wszystkie je zobaczyć, przejść, powąchać, obskubać ze wszystkich jadalnych listków i kwiatów, poczuć, dotknąć, zatrzymać. 


Kocham maj! To chyba najpiękniejszy miesiąc w roku. I to nie dlatego, że to miesiąc moich urodzin i urodzin W., i urodzin jeszcze kilku bliskich osób. Maj jest najbardziej zmysłowy. Maj jest życiem. Takim pełnym. Uśmiechniętym od pierwszego do ostatniego promienia słońca. 


Maj jest muzyką, najpiękniejszą, prawdziwą, na żywo - jest śpiewem ptaków od świtu do zmierzchu. W żadnej auli ani filharmonii nie usłyszycie tylu wspaniałych dźwięków i śpiewaków jak w koronach drzew, w "rozgardiaszu zieleni", w tym "pachnącym po uszy" wiosennym amfiteatrze. 


Maj jest rozbudzeniem. Wydaje mi się, nie, ja jestem pewna, że widzę i czuję więcej i mocniej. Maj jest spełnionym marzeniem o smakach, zapachach, kolorach, kwiatach i dźwiękach, o jakich marzyliśmy przez ostatnie miesiące. Teraz już są. Nareszcie. Otwierają się, rozkwitają, rosną, pachną - aż chce się w nich zatracić i schować "głowę w bzy - na stracenie, w szalejące więzienie, w zapach, w perły i dreszcze! Rwijcie, nieście mi jeszcze."


Ach, sami widzicie - straciłam głowę nie tylko dla bzu, ale dla całej wiosny. Wierszem do Was mówię, piosenki z lamusa podśpiewuję, ale jak tu się nie dać ponieść temu zauroczeniu, kiedy maj porywa w ramiona, śpiewem ptaków czaruje, zapachem cudnym obezwładnia i kwiatami od rana osypuje....?!


A ja miałam pisać o czymś zupełnie innym. Opowiedzieć Wam o majówce, o cudnych miejscach, do których wróciłam, o słońcu i śniegu, który niespodziewanie wpadł z wizytą... Ale może będzie jeszcze okazja. Tymczasem maj zamieniam w naszyjnik. Każda przyjemność to jeden koralik. Naszyjnik będzie więc długi, kolorowy i piękny. Zaczęłam od bzów, a zaraz obok nich układam bezy. Z pozoru nie mają wiele wspólnego, ale przecież bezowo-bzowe przyjemności są lekkie, uzależniające i nigdy nie kończą się na jednej gałązce i jednej porcji rozkoszy! A zatem Kochani:

   Głowę w bzy - na stracenie,
W szalejące więzienie,
W zapach, w perły i dreszcze!
Rwijcie, nieście mi jeszcze!


Ten tort bezowy jest właściwie efektem ubocznym, a ściślej mówiąc efektem recyclingu składników, jakie pozostały po świętach i przyjęciu urodzinowym dla mojej Mamy. Nie był w planach, a jednak krok po kroku, czy też składnik po składniku, zaczął się wizualizować i tak powstał pewnego popołudnia. Blaty bezowe są cieniutkie i chrupiące - powstały z resztek masy bezowej, z której piekłam bezowe koszyki (takie jak tu - klik) do mojej wiosennej wariacji na temat Grapefruit Fluff (klik)


Środkowy blat orzechowego biszkoptu na białkach to również wynik nadprodukcji ciasta do mazurkowego spodu. Zarówno bezy jak i biszkopt po upieczeniu mogą być przechowywane przez nawet dwa tygodnie, pod warunkiem, że trzymane są w suchym i chłodnym miejscu, ale nie w lodówce (biszkopt należy owinąć w folię). Pomada z pomarańczy służy mi co roku do smarowania mazurków - zawsze dostaję ją w prezencie od pewnej zaprzyjaźnionej osoby, więc przestałam ją robić sama. W tym roku słoik był naprawdę duży, więc mogłam końcówkę wykorzystać do posmarowania biszkoptu - delikatnie gorzkie pomarańcze idealnie przełamały słodkość bezy. 


Do przełożenia tortu przygotowałam masę na bazie mojego pomysłu na Karmelisu (klik), jednak zamiast tradycyjnego kajmaku, wykorzystałam kajmak kawowy, który także pozostał po wielkanocnych mazurkach. Sami widzicie, to właściwie tort z resztek, ale smakował cudownie! Tort bez dekoracji, za to otulony najpiękniejszym zapachem bzów:) 


TORT BEZOWO-ORZECHOWY Z NUTĄ KARDAMONU, KAWY I POMARAŃCZY

BLATY BEZOWE
4 białka
250 g cukru (najlepiej drobnego do wypieków)
1-2 łyżki kawy rozpuszczalnej
szczypta soli 

Białka przełożyć do czystej i suchej misy, dodać szczyptę soli i ubijać na półsztywną pianę. Stopniowo dodawać cukier, ubijając po każdorazowym dodaniu. Ubijać do momentu aż uzyskamy gładką i lśniącą masę bezową, a cukier rozpuści się. Do tak ubitej masy dodać przesianą przez sitko kawę rozpuszczaną i delikatnie połączyć z białkami za pomocą drewnianej łyżki


Piekarnik rozgrzać do temperatury 150 stopni. Przygotować 2 blachy i wyłożyć je papierem do pieczenia. Można wyrysować na nich koła o średnicy ok. 26  cm. Masę bezową podzielić na 2 części i rozsmarować równomiernie na wyznaczonych wcześniej kołach. Można też przełożyć ją do rękawa cukierniczego i wyciskać spiralnie aż do uzyskania pożądanej wielkości.  Piec 45 minut. Wyłączyć piekarnik i studzić w piekarniku z uchylonymi drzwiami do całkowitego wystudzenia.



BLAT BEZOWY ORZECHOWO-KARDAMONOWY

60 g mielonych orzechów włoskich
2 białka
60 g drobnego cukru do wypieków
1 łyżeczka soku z cytryny
1/2 łyżeczki esencji waniliowej
1/2 łyżeczki zmielonego kardamonu
Dodatkowo:
ok. 50 ml pomarańczówki lub innego likieru do nasączenia blatu orzechowego
kilka łyżek marmolady pomarańczowej 


Białka ubić na sztywną pianę, stopniowo dodawać cukier aż piana będzie gęsta i lśniąca. Delikatnie, najlepiej za pomocą metalowej łyżki, wmieszać zmielone orzechy, kardamon, sok z cytryny i esencję waniliową. Przygotować formę o średnicy 22-24 cm, wyłożyć ją papierem do pieczenia. Masę z białek  przełożyć do przygotowanej tortownicy i włożyć do piekarnika nagrzanego do 180 stopni. Piec ok. 15-20 minut, do momentu, gdy wierzch ciasta będzie twardy, a środek wilgotny - można to sprawdzić patyczkiem. Odstawić  do ostudzenia. Ciasto nie wyrośnie bardzo wysoko, może też po upieczeniu lekko opaść, ale jest bardzo miękkie, puszyste i wilgotne. Po wystudzeniu blat nasączyć likierem.


MASA KAWOWO-KARMELOWA

250 g serka mascarpone
250 g śmietany kremówki - użyłam  30%
kilka łyżek masy krówkowej (użyłam gotowej z puszki o smaku kawowym)


Mascarpone przełożyć do miski, dodać masę krówkową i dokładnie wymieszać na gładką masę, tak by składniki idealnie się połączyły. 
W mikserze ubić kremówkę na sztywno, następnie wymieszać delikatnie z masą mascarpone. 
Masę podzielić na 3 części. 


Jedną część masy kawowo-karmelowej rozsmarować na blacie bezowym. Nałożyć na niego blat orzechowy - wcześniej nasączony likierem,  a na nim rozprowadzić pomadę pomarańczową oraz kolejną część masy kawowo-karmelowej. Nakryć drugim blatem bezowym. Całość pokryć ostatnią porcją masy. Schłodzić ok. 1 godziny przed podaniem. Smacznego!


* Rwanie bzu, Julian Tuwim

wtorek, 10 maja 2011

Bez, bezy i jeszcze trochę czekania . . .



Nie wiem jak Wy, ale ja zupełnie straciłam głowę.... 
Dla wiosny, oczywiście. 
Jeśli nie ciałem, to myślami krążę po łąkach całymi dniami....
Zbieram szczaw, odliczam kwiaty mniszka, by zamienić je w cudny syrop, ale przede wszystkim wącham bzy...
Ich cudny zapach, jak najlepsze perfumy, ubiera każdy dzień w najpiękniejszą wiosenną kreację. 
Jeszcze kilka dni i dołączy do niego rześki i cytrynowy biały bez, a wraz z nim przyjdzie pora na lemoniady, sorbety i przede wszystkim truskawkowe konfitury....
Jeszcze kilka dni poczekam na powrót mojego komputera - mam nadzieję, że po gruntownej hospitalizacji, powróci do mnie w pełni sił!
A tymczasem obok bukietu bzów kładę tort. Bezowy, oczywiście, bo  bez i bezy tak wiele mają wspólnego ...
Przepis i zdjęcia wkrótce, choć nie obiecuję, że szybko - sami wiecie, jak działa urok wiosny!

Dobrego tygodnia!





piątek, 29 kwietnia 2011

TU I TAM nr 10. Bogactwo i przyjemność. Niedźwiedzia.



TU i TAM. Dwie kuchnie, dwa wirtualne światy, duża odległość i wiele wspólnego. Kulinarna pasja, radość gotowania, smakowania i tworzenia. To wszystko powody, dla których regularnie już raz w miesiącu umawiamy się z Amber w naszych kuchniach. Uwielbiam te nasze wirtualne spotkania. Zawsze towarzyszy im mnóstwo emocji związanych nie tylko z samym wyborem tematu, gotowaniem, ale i wielką ciekawością, by choć na chwilę zajrzeć do kuchni Amber i zobaczyć co tam szykuje. Emocje tym większe, że znamy się już coraz lepiej i intuicyjnie wyczuwamy co pachnie, wyrasta lub piecze się w zaprzyjaźnionej kuchni. Jednak do momentu publikacji wpisu nigdy tak naprawdę nie wiemy, co zobaczymy u siebie na stole.


Wyborem tematu dotychczas dzieliłyśmy się po równo, tym razem jednak temat niejako przyszedł czy też dojechał sam, prosto z pobliskiego mi lasu... Ale o tym poniżej.  Dziś zatem gotujemy zgodnie z sezonem i na czasie, bowiem w naszych kuchniach zapachniał czosnek niedźwiedzi. Zapraszamy!



"Tutaj ludzie ubodzy jadają znacznie wspanialsze dania niż bogacze w Ameryce. Dlatego często stawiam sobie pytanie - gdy wodę, w której gotowałam ziemniaki, dodaję do ciasta, by chleb był bardziej sycący, gdy ziemniaki polewam sosem kapiącym z pieczeni lub kiedy duszę czerstwy chleb z oliwą i dzikimi ziołami, by zrobić aromatyczną zupę - co to właściwie znaczy być ubogim? Myślę, że powoli zaczynam się uczyć, jak żyć przyjemnie, niezależnie od tego, czy czasy są ciężkie, czy też opływam w dostatki. Zasadniczo podejście do życia jest w obu wypadkach takie samo. Cała sztuka polega na tym, by słowo abbondanza, dostatek, umieć dokładnie zdefiniować. Dla nas dostatek to, na przykład, pełno świeżo wytłoczonej oliwy giara, mniej rzeczy, ale za to więcej czasu dla siebie. Pamiętam, jak Barlozzo mówił nam o dawnych czasach, gdy bogactwem było mieć trzy worki kasztanów zamiast dwóch. To trochę inny rodzaj bogactwa niż ten, któremu hołdują moi kalifornijscy znajomi, którzy mają kuchnie o powierzchni blisko stu metrów kwadratowych wyłożone trawertynem, trzy piekarniki, dwie zmywarki, dwie lodówki, kominek, bar, łazienkę i przebieralnię dla kucharza. Życie w Toskanii cechuje prostota i przyjemność. 
A poza tym nie można czuć się ubogim, gdy w ogrodzie stoi piec opalany drewnem." *  


Prostota i przyjemność.
To rodzaj bogactwa, który naprawdę mnie uszczęśliwia. Niemal codziennie przekonuję się, że "uboga w złoto i świecidełka", staję się coraz bardziej bogata w bezcenne chwile i proste przyjemności, których wartość przekracza koszt kolejnej kreacji,  "-entej" pary butów, "-nastej" torebki - ładnych rzeczy o życiu krótkim, sezonowym, wygasającym w ciemnej szafie, wśród wielu podobnych, smutno zwisających i zapomnianych egzemplarzy. 


Cieszy mnie i wprawia w euforię pierwszy w tym roku bukiet botwinki, kilka stokrotek ocalonych przez M. przed wygłodniałą kosiarką i zapach fiołków, subtelny i delikatny, jak płatki, z których ulatuje.  
Myśląc o przyjemności i bogactwie, staram się przypomnieć sobie co ostatnio mnie ucieszyło i jak się wzbogaciłam. I wiecie co? Muszę powiedzieć, że jestem niebywale bogata! Ba! Ja po prostu opływam w bogactwo! 


W ciągu ostatnich tygodni dostałam w prezencie cztery słoiki - w każdym białka z 6 jajek. Wiecie ile bez i makaroników można z nich upiec?! Do tego worek cudownej mąki prosto z młyna. Słoik drobniutko krojonej kandyzowanej skórki pomarańczowej do mazurków. Nie mogę też zapomnieć o regularnych dostawach ulubionej nalewki porzeczkowej i czekoladek z likierem, do których słabość mam wyjątkową. 


To wszystko "kosztowności" wręczane bez okazji. Po prostu, "bo mam i chcę Ci dać", z dobrego serca, z chęci podzielenia się bogactwem. Nieustannie zachwyca mnie i napawa wielkiem optymizmem ta szczera i prawdziwa życzliwość i bezinteresowność. Jak ta dostarczona przez listonosza wcześnie rano paczuszka, w której Amber wysłała do mnie piękny okaz ... kopru włoskiego! Wiedziała, że nie mogę go u siebie dostać, więc wyprawiła go w podróż, a ja wykorzystałam do pysznej .... pssst! (o tym dowiecie się w swoim czasie, to znaczy wtedy, gdy w końcu zmobilizuję się i przygotuję fenkułowy wpis;). 


Odkąd pamiętam rodzina, znajomi i sąsiedzi zawsze dzielili się swoim "bogactwem". Pisałam o tym trochę w poście o koralach z czerwonej porzeczki (klik). Skrzynka jabłek, tuzin jaj, pęta wonnej wędzonej kiełbasy, świeży twaróg, laski rabarbaru, drożdżowe strucle z powidłami  - wciąż wytyczają smaczne ścieżki między naszymi domami. Rysuję w głowie mapę i z radością zaznaczam na niej kolejne miejsca, do których powędruje coś dobrego, ale i nowe miejsca, z których te dary docierają.


Jak las na pobliskiej górze. Właśnie tam wędruje czasami moja znajoma. Właśnie stamtąd przyszła do mnie z wielkimi, naprawdę WIELKIMI podróżnymi torbami. Właściwie najpierw dotarł zapach - wonny i niepowtarzany. Całe przedpołudnie spędzone na zbieraniu listek po listku, układaniu jeden na drugim, czystych, dorodnych i pięknie pachnących liści aż po brzegi zdających się nie mieć dna toreb - i słowa, ciepłe i dające ogromną radość - "pamiętam jak pani mówiła, że lubi czosnek niedźwiedzi. Pomyślałam, że to panią ucieszy, poszłam do lasu i trochę pani nazbierałam. Czy tyle wystarczy?" 


Trochę?! Wystarczy?! Mój Boże, dawno w moim domu nie było tak zielono! Mogę śmiało powiedzieć, że "opływam w zielonych";) Czosnek w wazonach, słoikach, wielkiej miednicy, a nawet wannie - podtrzymywany przy życiu zanim trafi, gdzie trzeba. Czosnek w jajecznicy, omlecie, tortilli, twarożku, sosie do makaronu, w dwóch skrzyniach zamrażalki, i w końcu w wysłanej do Amber paczce, która najpierw zalała panią w okienku pocztowym, ale po technicznych poprawkach pakowania, dotarła jednak szybko i niemal bezboleśnie, dla czosnku oczywiście! 


Wielkie torby wypchane czosnkiem, niczym wory  z pieniędzmi, ucieszyły mnie niebywale. Część tego bogactwa zdeponowałam w zamrażalce, resztę rozdałam lub zwyczajnie "przejadłam". W obliczu takiego bogactwa ciężko zachować racjonalizm, zwłaszcza, że sposobów na "wydanie" zielonych listków jest naprawdę wiele i wszystkie smaczne. 


Aby jednak nie dać się zwieść "mamonie", postanowiłam zejść na ziemię i ugotowałam zupę, zwyczajną i najprostszą. Taką, która ma kolor, smak i zapach czosnku, na wodzie z ziemniaków, by dodać jej smaku i niczego nie zmarnować. Prosta, ale pełna bogactwa po brzegi. Pyszna na ciepło, ale świetna też w roli chłodnika. Podałam w szklance, bo tak wygodniej popija się ją na tarasie podziwiając cudownie rozkwitające bogactwo wiosny (czy u Was też już kwitną bzy?). Z ziemniaków, części wody, w której się gotowały i odrobiny śmietany przygotowałam "ziemniaczaną kołderkę", cudownie lekki i puszysty mus, którym dopełniłam pucharki z zupą i doprawiłam odrobiną oliwy z oliwek. 


Dużo wiadomości o czosnku niedźwiedzim znajdziecie m.in. na blogu u Bei (klik), a parę dni temu pięknie pokazała go u siebie także Nobleva (klik). Jestem pewna, że Amber ma dla Was równie apetyczną propozycję. Zapraszam! 


ZUPA Z CZOSNKU NIEDŹWIEDZIEGO Z ZIEMNIACZANĄ KOŁDERKĄ 
/składniki na ok. 5-6 porcji/ 

1 pęczek czosnku niedźwiedziego (nie mam  pojęcia ile waży, ale grubość pęczka odpowiada mniej więcej połowie przekroju chudej bagietki ;)
1-2 szalotki
4 średnie ziemniaki
1 litr wywaru warzywnego - ja wykorzystałam częściowo wodę, w której gotowały się ziemniaki
ok. 150 ml śmietany kremówki 30% 
sól, pieprz do smaku
oliwy 


W osolonej wodzie ugotować ziemniaki. Odcedzić, ale zachować wodę, w której się gotowały.
Szalotki drobno posiekać i lekko podsmażyć na oliwie. Dodać opłukane liście czosnku niedźwiedziego, chwilę podsmażyć razem z cebulką,  a następnie zalać płynem (wywar i woda z ziemniaków  - kilka łyżek wody zachować, będzie potrzebna do przygotowania ziemniaczanej kołderki). Doprawić solą i pieprzem i gotować ok. 10 minut, a następnie zmiksować w blenderze.


Ugotowane i przestudzone ziemniaki zmiksować z kilkoma łyżkami wody pozostałej z gotowania oraz ze śmietanką. Kiedy masa stanie się gładka i pozbawiana grudek, ubijać ją jeszcze kilka minut, by "nabrała powietrza" - stanie się bardziej puszysta i konsystencją zacznie przypominać lekki mus. 
Zupę przelać do pucharków, na wierzch nałożyć ziemniaczaną kołderkę, skropić oliwą. Kołderka  nie tylko wspaniale smakuje, ale też delikatni zagęszcza zupę. Smacznego! 


* cytat pochodzi z książki Tysiąc dni w Toskanii, Marleny de Blasi

Drukuj przepis

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails