poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Zjeść zapach. Różany creme brulee


"Chcę wiedzieć, jak schwytać zapachy, jak je uwięzić na zawsze" 
Jean Baptiste Grenouille*


" U podnóża Montagne de Lure, w niecce pól lawendowych leży Lardiers, wieś licząca ze stu mieszkańsów. Ich domy skupione są wokół merostwa i Cafe de la Lavende.
W Lardeirs nie powinno się natrafić na żadnego dziennikarza, a coż dopiero na kilkunastu. Ale pewnego słonecznego dnia silna ich grupa przybyła na otwarcie instytucji edukacyjnej, o ile mi wiadomo, wyjątkowej. 


Jej pomysł zrodził się w Manosque, siedzibie jednej z niewielu prawdziwie prowansalskich spółek, które są znane na świecie. Swoją renomę L'Occitane zawdzięcza nosowi.  Jej mydła, olejki i esencje, szampony i kremy wyrabia się w Prowansji, a składniki wielu zbiera na tutejszych polach. 


Nie znałem tego miasta. Wyobrażałem sobie starych mężczyzn w słomkowych kapeluszach , którzy popychają taczki załadowane płatkami róż; koślawe, kryte blachą destylarnie jak ta w Rocher d'Ongles; całe ulice i prawie wszystkich mieszkańców pachnących mimozą albo chanel 5. 


Niedawno wprowadzono tu coś, co później wydało się tak proste i oczywiste jak wiele dobrych pomysłów: etykiety zaczęto drukować alfabetem normalnym i alfabetem brajlowskim. Doprowadziło to do następnego pomysłu, opartego na naturalnym przystosowaniu się ludzkiego ciała, kiedy zakłócona zostanie jedna z jego podstawowych funkcji - w tym wypadku zdolność widzenia. Utratę wzroku do pewnego stopnia rekompensuje wyostrzenie innych zmysłów, zwłaszcza węchu. 


Zapachy nigdy nie powstają w drodze przypadku, lecz oparte są na przepisach - wymagają znalezienia czegoś pośredniego między łagodnym i ostrym, zmieszania esencji. Ich dobór, łączenie i ocena to wielka sztuka, a wielcy artyści trafiają się nader rzadko. Na początek muszą mieć wrodzony talent, lecz najważniejszy jest niezwykle wrażliwy nos - jeden na milion. Z biegiem lat można go sobie wyrobić tak, że potrafi rozpoznać najsłabszy aromat - tę decydującą kropelkę, która zwykłą woń wznosi na poziom czegoś niezapomnianego. 


Nadwrażliwy nos to zaleta niewidoczna.
Młody nos jest organem zaniedbywanym.
To właśnie zaczęto zmieniać w L'Occitane tego słonecznego dnia, kiedy garstka uczniów przyjechała do Lardier na otwarcie innego rodzaju szkoły. 
Mieli od dziesięciu do siedemnastu lat i byli niewidomi. 


Lekcja pierwsza, poświęcona technice umiejętnego wąchania, szybko uprzytomniła mi, na czym przez tyle lat polegał mój błąd. Ilekroć dawano mi coś do wąchania, wciągałem powietrze jak tonący, który po raz trzeci wynurza się z wody. 
Po pierwszej nieudanej próbie wzięto mnie na stronę i pokazano jak wąchać - czy też "kosztować nosem". Demonstrator wyciągnął papierek z buteleczki i przesunął pod nosem jednym płynnym ruchem. Ten krótki moment wystarcza, by nos zarejestrował aromat. Mózg odbiera informację, reaguje i poddaje analizie. 
Et voila. Nie trzeba, powtórzył mój nauczyciel, ordynarnie, długo sapać. 


Widok uczniów jasno wskazywał, że o wiele lepiej ode mnie opanowali technikę wąchania, cudowny był też wyraz malującej się na ich twarzach wściekłej koncentracji, a potem miłego zdziwienia, kiedy zaczynali odczytywać sygnały odbierane nosami. 


Nosy nawet największych zapaleńców i fachowców męczą się z czasem i tracą zdolność koncentracji. Po części też dlatego, że byliśmy we Francji, a zbliżało się południe, więc sprawy naukowe należało odłożyć na później i zająć się lunchem. 


Podczas lunchu nie przestawałem obserwować nosa Ferrera, posiadacza jednego z najbardziej doświadczonych i uczonych nosów we Francji, twórcy ponad dwu tysięcy perfum. Byłem ciekaw, jak reaguje na bodźce w postaci dobrego wina, zupy grzybowej i tutejszej specjalności: kapusty nadziewanej kiełbasą i bekonem. Zauważyłem, że raz czy drugi marszczy się z uznaniem, ale dopiero kiedy na stół podano tacę z serami, nozdrza naprawdę się rozdęły, choć taca znajdowała się w odległości trzech stóp.


Zapytałem jeszcze Ferrero, skąd wie, że sporządził coś, co odniesie sukces
- Zabieram do domu flakonik nowych perfum - powiedział - i zostawiam gdzieś, gdzie zauważy go żona. Nie mówię nic. Rien. Zupełnie jakby się zjawił za sprawą magii. Czekam. Nadal milczę. Jeśli pod koniec tygodnia flakonik jest pusty, stanowi to dla mnie zachętę. Jeśli wciąż jest pełny, daje mi do myślenia. Moja żona ma dobry nos."**


I ja mam marzenie, by zatrzymać zapach.
Na zawsze. 
Zapamiętać. Schować. Smakować. Zjeść. 
Marzenie o kwiatach, o melodii łąki, która śpiewa zapachem. Nutami woni, które umie komponować tylko natura.


Czy potrafię? Czy uda mi się znaleźć tę decydującą kropelkę, która zwykłą woń wznosi na poziom czegoś niezapomnianego. 
Sięgam po płatki róż suszone w letnim słońcu. Otwieram słoik różanej galaretki - jak bajkowy gin unosi się z niego zapach setek róż. Odkręcam flakonik wody różanej - kilka kropel kładę na dłoni i rozcieram w palcach. Pachną różaną poezją. 


A więc można zatrzymać zapach. Zatem można go także zjeść. 
Creme brulee o smaku najpiękniejszych róż, płatków rozchylonych porannym słońcem.
Za tym tęsknie. Za kwiatami, zapachami, za kwitnącym krzakiem róży pod oknem. 
Czy się uda? Kładę deser na stole i nie mówię nic, zupełnie jakby się zjawił za sprawą magii. Czekam. Słyszę stukanie. To łyżeczki pytają karmel o zgodę. 
Złocista skorupka rozchyla się i uwalnia zapach. 
Tak. Udało się. Ten zapach można wyjadać łyżeczkami.


RÓŻANY CREME BRULEE
Rose creme brulee
/na 6 porcji w ramekinach o średnicy 10 cm/

2 żółtka
300 ml śmietany kremówki (użyłam 30%)
1/2 laski wanilii
4 łyżeczki wody różanej
3 łyżki galaretki z płatków róż /można zastąpić konfiturą różaną/
2 łyżki suszonych płatków róż
25 g cukru



Żółtka ubić z cukrem na puch. W rondelku podgrzewać razem  kremówkę, wodę różaną, galaretkę z płatków róż, płatki róż oraz wanilię. Trzymać na ogniu do momentu aż zrobi się bardzo gorąca, trzeba jednak pilnować, aby nie zaczęła wrzeć. Zdjąć z ognia i lekko przestudzić, a następnie odcedzić. Połowę różanej śmietanę wlewać powoli do masy żółtkowej i dokładnie wymieszać, ale nie ubijać, aby nie napowietrzyć masy. Masę wlać z powrotem do rondelka z pozostałą śmietaną i ponownie wstawić na ogień delikatnie mieszając do momentu aż zrobi się bardzo gorąca, trzeba jednak pilnować, aby nie zaczęła wrzeć. 


Zdjąć z ognia i przelać równomiernie do ramekinów. Piekarnik nagrzać do temperatury 150 stopni. Naczynie żaroodporne napełnić wrzącą wodą i wstawić w nie ramekiny tak, by woda sięgała do 3/4 wysokości. Wstawić do piekarnika na ok. 25 minut lub do momentu aż boki będą lekko ścięte, ale wierzch będzie jeszcze "drżał". Wyjąć, przestudzić, nakryć folią kuchenną i chłodzić dalej w lodówce, aby krem stężał. 
Po wyjęciu z lodówki wierzch kremu lekko osuszamy papierem ręcznikowym, aby usunąć wilgoć, która nie sprzyja powstaniu odpowiedniej karmelowej skorupki. Posypujemy z wierzchu równomiernie cukrem - ok.1 1/2 łyżeczki na jeden ramekin i karmelizujemy przy pomocy odpowiedniego palnika.

* cytat z książki Pachnidło, P. Suskind
** cytuję obszerne fragmenty książki Peter'a Mayle, Jeszcze raz Prowansja, rozdział Jak zostać wąchaczem?

41 komentarzy:

  1. Jestem zaczarowana zapachem róż :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Gdyby ktoś stracił powonienie, to Twoje zdjęcia mogłyby stanowić obrazkowy odpowiednik alfabetu braila dla bezwonnych! Cudowności, absolutne cudowności!
    Pozdrawiam wiosennie :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak tylko przeczytalam ten cytat na poczatku wiedzialam, ze to "Pachnidlo" :) Uwielbiam te ksiazke i film. Wiesz Aniu, ze w Kolonii jest Muzeum Perfum (Duftmuseum), gdzie podobno Suskind zglebial tajniki powstawania perfum, kiedy pisala swoja ksiazke (jest tez tam najstarsza wciaz jeszcze funkcjonujaca fabryka znanej na calym swiecie Wody Kolonskiej). Jak bedziesz kiedys w Kolonii to koniecznie tam zajrzyj (i do Muzeum Czekolady tez, lezy nad brzegiem Renu:)

    Creme brulee wspanialy. Zaczarowalas mnie slowami.... I marze o tym aby sprobowac tak aromatycznego deseru :)

    Usciski wiosenne :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Czuję ten fantastyczny zapach, wyobraźnia działa na pełnych obrotach!

    OdpowiedzUsuń
  5. i cóż mogę powiedzieć, kiedy zadałaś pytanie co za deser przygotujesz w życiu się nie spodziewałam że to będą takie cuda :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Cudowne <3 Wygląda i pewnie smakuje fantastycznie :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Zapachniało różanym ogrodem w letni, słoneczny poranek:)
    Pyszny deser!

    OdpowiedzUsuń
  8. inny ten Twój przepis na crème brûlée od tego jaki znam i jaki wielokrotnie robił nasz szef kuchni we francuskiej restauracji głęboko w Pirenejach Orientalnych ;), inny, ale wart wypróbowania ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Swietne cytaty. Dobrze sie ciebie czyta, wiesz?
    I niemal czuje zapach twojego creme brulee...

    OdpowiedzUsuń
  10. Aniu, nuta różana należy do grona moich ukochanych! Uwielbiam konfiturę z płatków róży, płatki róży w cukrze oraz czarną, cejlońską herbatę z płatkami róż. Ich zapach niezmiennie mnie oszołamia.... Twojego brulee skosztopwałabym z rozkoszą.

    OdpowiedzUsuń
  11. Po Twym opisie Aniu poczułam zapach róż:-), deser bardzo romantyczny bym powiedziała:-)

    Ściskam Cię serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  12. jak pieknie i poetycko napisane! Czuje zapach roz, przepis juz wszedl do mojego zbioru :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Uwielbiam róże w słodkiej kuchni, wykorzystywałam je już do serników i szarlotek...
    Dziękuję za tę inspirację!

    OdpowiedzUsuń
  14. Naprawdę niewiarygodne, ale jak o tym piszesz, to aż czuję lekki różany aromat wokół mnie :D

    OdpowiedzUsuń
  15. Absolutnie cudowny, ale pozwól, że zadam pytanie niej kulinarne :) Z czego zrobione jest tło na zdjęciach? Fantastyczne jest i cudnie się komponuje z różem.

    OdpowiedzUsuń
  16. Takich smakowitości i zapachów dawno nie miałam sposobności doświadczyć, dzięki :-)

    OdpowiedzUsuń
  17. Nie muszę mówić jak mi zapachniało i jak mi ślina leci ;)

    OdpowiedzUsuń
  18. zapach róż to ostatnio mój ulubiony :)
    piękne zdjęcia

    OdpowiedzUsuń
  19. Krem brulee sam w sobie jest nieco magiczny. Skorupka jak żołnierz na wrcie pilnuje zamkniętego pod nią smaku. Odgłos pękającej skorupki i mieszająca się jej słodycz z delikatnym i mdławym nieco smakiem masy, wywołuje ekscytację i podniecenie. Dodatek uwodzicielskiego aromaty róży, wywołał u mnie dreszcze. Afrodyzjak doskonały!!!
    Ucałowania Aniu....

    OdpowiedzUsuń
  20. Jesteś niesamowita! Zapach unosi się z mojego monitora. Cudowny, absolutnie. Porywający. A zdjęcia tak piękne, nie można obok przejść obojętnie. Trzeba wrócić, zatrzymać się i ... powąchać.
    Pozdrowienia Aniu:*

    OdpowiedzUsuń
  21. obłędny deser i twoje słowa słodkie jak zawsze, jak miód:)))

    OdpowiedzUsuń
  22. nigdy bym nie wpadła na pomysł wyczarowania różanego creme brulee:) świetny pomysł! pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  23. Kobieta czarodziejko Wiedźmo może... zaczarowałaś mnie zdjęciami, wyobrażeniem kremu... obłęd krąży mi w żyłach :)

    OdpowiedzUsuń
  24. A u Ciebie znowu kwiaty. Teraz to już musi być wiosna! :)

    OdpowiedzUsuń
  25. Jeju, teraz to i zapragnęłam zjeść zapach. Coś niesamowitego, nawet wygląda pachnąco:) No i "Pachnidło"...Uwielbiam ten post, cały,calusieńki:)

    OdpowiedzUsuń
  26. Musiał pachnieć przecudnie! Wygląda oszałamiająco, z pewnością spróbuję zrobić coś takiego w mojej kuchni :)

    OdpowiedzUsuń
  27. Już wcześniej kusiłaś mnie tym deserem na Facebooku, ale teraz na spokojnie przyszłam przyjrzeć mu się bliżej. Szkoda, że przez monitor nie poznam jego zapachu.
    Z różami mam tak, że za świeżymi, ciętymi kwiatami nie przepadam. Kojarzą mi się z kiczem, ale dzikie róże ogrodowe oraz te suszone mnie zachwycają.
    Uwielbiam też różane desery i coś czuję, że w tej wersji creme brulee może zachwycać bardziej niż w oryginale.
    Pozdrawiam, Tosia :)

    OdpowiedzUsuń
  28. Jean Baptiste to jeden z tych szaleńców, który zapadł mi dobrze w pamięć. Zapachy wyczuwane przez niego chłonęłam wraz z obrazem, więc mogę powiedzieć, że chłonęłam je podwójnie a nawet potrójnie. Oczami, nosem i wyobraźnią :-D Urzekła mnie ta fascynacja zapachem, która i mnie nie jest obca, choć szczęśliwie nie prowadzi do obłędu jak w przypadku tego mrocznego młodzieńca:-) A creme brulee cudowny. Nie dość, że jest cremem brulee, co już stawia go na piedestale, to na dodatek jest różanym cremem brulee, co stawia go na piedestale absolutnym. Anno-Mario jak zwykle niezawodnie mnie zachwycasz :-D Pozdrawiam cieplutko

    OdpowiedzUsuń
  29. Ten blog wraz z jego treścią i obrazami powinien w encyklopedii obrazować hasło 'FINEZJA'. Tu każdy szczegół jest idealny, kompozycje skomponowane z pietyzmem a nad wszystkimi wpisami unosi się subtelny powiew poezji. Uwielbiam ten Twój klimat i Twój creme brulee z domieszką pachnącej różowości.
    Czekam niecierpliwie na kolejne oblicze kulinarnej finezji :)

    OdpowiedzUsuń
  30. Skoro można łyjadać łyżeczka to i ja mam nadzieję załapać się na swoją porcję:) Cudowny deser Aniu:) pozdrawiam Jola Szyndlarewicz

    OdpowiedzUsuń
  31. Ciekawa jestem takiego połączenia :) Uwielbiam tutaj zaglądać, opisy i zdj bardzo zachęcają :)

    OdpowiedzUsuń
  32. Zapach podczas robienia konfitury z płatków róż = jeden z najpiękniejszych zapachów, jakimi może pachnieć dom <3 Już wyobrażam sobie zapach takiego deseru...

    OdpowiedzUsuń
  33. zjeść zapach i kolor... i zapomnieć o świecie :)

    OdpowiedzUsuń
  34. Mmmmm... Ze względu na ślinotok chyba nic więcej nie powiem ;)

    OdpowiedzUsuń
  35. wygląda idealnie i ta najwspanialsza w tym wszystkim skorupka...

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję bardzo za wizytę na moim blogu :)

Drukuj przepis

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails