piątek, 25 czerwca 2010

Co znalazłam na wyspie. I crumble. Inne.


Moja kuchnia istniała już na długo zanim zaczęłam w niej gotować. Była w mojej głowie. Już wtedy wiedziałam, że ma być bardzo duża. Na tyle duża, by w jej centrum stanęła wyspa. Kiedy marzenie zyskało status "do spełnienia" zgłosiłam się do"pana od gazu", by wykonał konieczny projekt instalacji gazowej. Gdy po wstępnych oględzinach zapytał "No, a gdzie będzie pani gotować?", z pełnym zaangażowaniem i radością  wskazałam mu na środek kuchni i wyjaśniłam, że właśnie tu stanie wyspa, a na niej płyta gazowa z grillem. Cisza. Konsternacja. Wielkie i rosnące z niedowierzania oczy pana od gazu i mnie na chwilę odebrały mowę. Pomyślałam, że pewnie z euforii za szybko mówię albo niewyraźnie, więc jeszcze raz, powoli, z dbałością o poprawną artykulację i wspomagana precyzyjną, jak mi się wydawało, gestykulacją, powtórzyłam to samo. 
Tym razem pan przerwał milczenie, choć nadal patrzył na mnie jakbym była co najmniej kosmitką. "Wyspa?! Na środku?! Jak to?! Gdzie?! Tego się nie robi!!! Już ponad 30 lat pracuję i nigdy nie słyszałem, żeby ktoś gotował na środku kuchni!".


Z uwagi na jego wiek starałam się spokojnie wyjaśnić, że ja przecież nie chcę urządzać na środku kuchni ogniska, a jedynie, co już wtedy nie było nowością, zbudować na środku wyspę i wstawić w nią płytę. 
"Nie da się!" Nie dał się przekonać.
"Da się!" Nie dałam się pokonać.
I natarłam ponownie, tym razem ze wsparciem branżowych czasopism wskazując podobne projekty. Pan kiwał z niesmakiem głową i jestem pewna, że po cichu zaliczył mnie już dawno do kompletnych dziwaków i odmieńców. 


Ale zabrał dokumentację i pomrukując coś pod nosem (wolę nie wiedzieć co) poszedł sobie. 
I nie wracał. Długo go nie było. Aż tu któregoś dnia pojawił się i chyba sam sobie nie wierząc, że zrobił coś takiego i dał się wciągnąć w takie szaleństwo, oddał mi projekt. Z wyspą na środku. Z płytą na wyspie. Victoria!
 Od tamtej pory sporo już czasu minęło. Wiele dań powstało na wyspie, wielu gości do niej przybyło. A ja wciąż cieszę się, że się nie poddałam, że prawie tupiąc nóżką postawiłam na swoim. I ponownie udowodniłam sobie, że warto iść pod prąd, unikać kompromisów i najprostszych rozwiązań, być sobą. 


O tym jak dalej toczyły się losy wyspy i kuchni, jak ją wymieniałam i zmieniałam opowiem Wam przy innej okazji. 

Ale miało być o znalezisku. Otóż wyspa jest na tyle duża, że prócz schronienia dla szafek, szuflad i półek pełni też rolę mojej biblioteczki książek kucharskich. Gromadzone od lat raz po raz stanowią inspirację do kolejnego gotowania i pieczenia. I jeszcze do niedawna wydawało mi się, że znam wszystkie tytuły, pamiętam od kogo je dostałam lub gdzie kupiłam. Aż tu sięgając po jedną z dawno nie przeglądanych książek wysunęła się  zza niej mała, kwadratowa książeczka. "Let's cook - 52 Summer Vegetable Dishes" wydana przez BBC GoodFood. Dziwię się na jej widok, zastanawiam skąd tu trafiła, od kogo, kiedy... Nie pamiętam, naprawdę. Nie mam pojęcia. Ale cieszę się ogromnie! Takie odkrycie! Nowe przepisy! Zaraz zabieram się za przeglądanie. I od pierwszej strony wiem, co zjem następnego dnia, i kolejnego. Świetne, proste, lekkie i pełne warzyw pomysły na letnie potrawy, a wśród nich jedna, w której zakochuję się od razu. Intuicja pozwala mi wierzyć, że i Wy pokochacie tą wersję crumble. Crumble z pomidorami pod chlebowo-parmezanową kruszonką. 


Danie tak proste, że aż genialne w swojej prostocie. I tak cudownie lekkie, aromatyczne. Słodycz pieczonych pomidorków, aromat ziół, oliwa z czosnkiem łącząca się z serem i sokiem z pomidorów, a wszystko pod idealnie chrupiącą pierzynką. Doskonałe na lunch, lekki obiad, kolację. Dla mnie to najlepsze danie jakie ostatnio jadłam. Dajcie się na nie namówić!


CRUMBLE Z POMIDORKAMI POD CHLEBOWO-PARMEZANOWĄ KRUSZONKĄ*

SKŁADNIKI 
Na 2 średnie porcje - choć za pierwszym razem całość zjadłam sam:)

400 g pomidorków koktajlowych (im mniejsze tym lepiej)
opakowanie sera feta 
2-3 ząbki czosnku
świeży tymianek i bazylia
oliwa z oliwek
miąższ czerstwego białego pieczywa (wykorzystałam czerstwą bagietkę)
ok. 30 g świeżo tartego parmezanu
oliwa z oliwek


Na patelni rozgrzać oliwę i wrzucić na nią pokrojony w cieniutkie plasterki czosnek. Dodać pomidorki i przez minutę podpiekać ( nie dłużej, by zapobiec popękaniu pomidorków).
Piekarnik rozgrzać do temperatury 180 stopni. Pomidorki z oliwą i czosnkiem przełożyć do żaroodpornego naczynia. Fetę pokruszyć i rozsypać między pomidorki, dodać zioła. Całość jeszcze raz wymieszać, by składniki połączyły się równomiernie. 
Z czerstwej bułki (lub chleba) wyciągnąć miąższ. Pokruszyć. Na patelni rozgrzać oliwę, wrzucić na nią okruszki i chwilę podpiekać. Zdjąć z ognia. Połączyć ze świeżo startym parmezanem i ułożyć na pomidorkach. 
Wstawić do piekarnika i zapiekać ok. 20-25 minut, do momentu, aż chlebowa kruszonka nabierze złotego koloru.
Smacznego!


* przepis cytuję za BBC GoodFood "Let's Cook - 52 Summer Vegetable Dishes. Oryginalny przepis zakłada użycie koziego sera, ale nie miałam go akurat, więc zastąpiłam fetą. W składzie są też orzeszki piniowe, ale ostatnie jakie miałam zużyłam do tartinek z czerwoną cebulą:) 

** ten przepis to moja pierwsza propozycja do akcji pomidorowej Smacznie i pomidorowo.  

niedziela, 20 czerwca 2010

Zamiast gimnastyki. Dla zmęczonych i zapracowanych smakoszy. Cebula.


Pewnie nie zabrzmi to zbyt poprawnie, ale nie znoszę gimnastyki. Nigdy nie było moim udziałem poranne wstawanie 15 minut wcześniej, by poćwiczyć i rozruszać mięśnie. Dotąd nie mogę w pełni zrozumieć popularności wszystkich fitness klubów, aerobiku i innych zajęć, na których grupa dbających o kondycję osób zgadza się dobrowolnie na, moim zdaniem, nieludzkie zmęczenie. Na samą myśl o tym, że miałabym moje ciało poddać skłonom, wygięciom, brzuszkom, podskokom czy innym akrobacjom już czuję się wykończona. Wniosek z tego jeden - jestem leniem i nie wstydzę się do tego przyznać. No cóż. Tłumaczę to sobie tak -  jedni się ruszają i dbają o kondycję, drudzy siedzą i piszą o jedzeniu; ideały potrafią łączyć oba zajęcia. Ideałem nie jestem, ba! strasznie daleko mi do niego, ale niedawno zupełnie przypadkowo dowiedziałam się o istnieniu pewnej substancji, jak dla mnie magicznej, która okazuje się być złotym środkiem dla wszystkich zmęczonych, zestresowanych i tak jak ja, nie gimnastykujących się.


"Kwercetyna, przeciwutleniacz występujący w skórce czerwonej cebuli, jabłek, jagód i winogron, znacznie zwiększa wytrzymałość u osób, które regularnie nie ćwiczą (International Journal of Sports Nutrition and Exercise Metabolism). Badacze (...) wykazali, że kwercetyna zwalcza zmęczenie. Uważają oni, że ich odkrycie ułatwi życie nie tylko sportowcom, ale również zwykłym ludziom, borykającym się na co dzień ze stresem i znużeniem.
Naturalne właściwości biologiczne kwercetyny, włączając w to działanie antyutleniające i przeciwzapalne, a także wspomaganie układu odpornościowego (...) to doskonałe rozwiązanie dla tych, którzy uważają, że brak im czasu na gimnastykę." *
Choć mojego lenistwa nie powinna tłumaczyć niechęć do sportu, a zdrowy rozsądek powinien nakazać choć minimalną dawkę ćwiczeń, to przyznam, że odkrycie działania kwercetyny satysfakcjonuje mnie na tyle, że jak na razie nie zanosi się na drastyczne zmiany w moim trybie życie. Wprawdzie w moim wypadku nie chodzi o brak czasu, a zwyczajną niechęć do gimnastyki, to zamierzam korzystać z dobrodziejstw kwercetyny mając nadzieję, że zapracowanie, zmęczenie i niejednokrotnie stres uda się pokonać np. uwielbianą przeze mnie czerwoną cebulą.  


Posuwając się dalej w moim lenistwie, połączę ją z gotowym ciastem francuskim, bo i w tej kwestii nadal nie mogę się zmusić do własnoręcznego wykonania. Jedynym wysiłkiem będzie krojenie cebuli, ale zasłużenie przecież zapłaczę przy niej nad moim nie wygimnastykowanym ciałem. Później już tylko będę się relaksować w oparach octu balsamicznego, miodu i tymianku, które zamienią cebulę w konfiturę. Wycinanie tartinek, nakładanie farszu i krojenie ulubionego koziego sera nie zajmie mi więcej niż 5 minut i będzie czystą przyjemnością. Czas pieczenia wystarczy w zupełności, by przygotować najprostszą sałatę  i nakryć do stołu. Zaraz potem przyjdzie pora, by delektować się naszymi ulubionymi smakami, a świadomość, że ich zjadanie zwalcza jednocześnie objawy zmęczenia z pewnością zakończy się kolejnym długim i beztroskim popołudniem na tarasie. 


Uwaga! Nie myślcie, że namawiam do niezdrowego trybu życia. Nie chcę też tym wpisem absolutnie urazić osób , które świadomie i chętnie dbają o swoją kondycję. Ja po prostu naprawdę nie lubię gimnastyki!  


MINI TARTY Z KONFITURĄ Z CZERWONEJ CEBULI, KOZIM SEREM I ORZESZKAMI PINIOWYMI


SKŁADNIKI
NA 8 MINI-TART
2 płaty gotowego ciasta francuskiego
3-4 średniej wielkości czerwone cebule
ocet balsamiczny
miód
tymianek (suszony lub świeży)
sól, pieprz do smaku
kozi ser pleśniowy
garść orzeszków piniowych
oliwa z oliwek


Cebulę pokroić w cienkie półksiężyce. Na patelni rozgrzać oliwę, wrzucić na nią cebulę. Po kilku minutach dodać ocet balsamiczny, miód, tymianek oraz sól i pieprz. Nie podaję dokładnych ilości, gdyż w przypadku tej konfitury zawsze działam na wyczucie. Dodajcie tyle, by smak Wam odpowiadał i zachował równowagę między słodyczą miodu i ostrością octu balsamicznego. Mieszając co chwilę dusić do momentu aż cebula stanie się pięknie szklista - zajmuje to ok. godziny. 


Dobrze schłodzone ciasto francuskie rozłożyć i wyciąć 8 spodów - ja użyłam wycinarki o średnicy 12,5 cm. Na każdym z nich wycinarką o mniejszej średnicy (u mnie 9,5cm) zaznaczyć (uwaga! nie wycinać, a jedynie zrobić lekkie wgłębienie) wokół brzegu krawędzie - dzięki temu w trakcie pieczenia boki tart uniosą się lekko do góry tworząc naturalne wgłębienie dla nadzienia. Jeśli nie macie wycinarek o takich wymiarach (moje kupiłam w Tesco i chyba nadal są tam dostępne - komplet składa się z 6 wycinarek o średnicy od 5 cm do 12,5 cm) użyjcie miseczki lub szerszej szklanki, na pewno znajdzie się sposób:)  


Na środek każdej tarty nakładać konfiturę z cebuli, na nią plaster (solidny!) koziego sera i jeśli macie świeża gałązkę tymianku.  Dodatkowo udekorować uprażonymi orzeszkami piniowymi. Zapiekać w temperaturze ok. 200 stopni do momentu aż ciasta pięknie się zezłoci. Smacznego!
* Autor: Anna Błońska, www.kopalniawiedzy.pl


sobota, 19 czerwca 2010

O odkryciach i nadrabianych zaległościach. Post z dedykacją.

Nie pamiętam już jaka ścieżka zaprowadziła mnie do Kuchni nad Atlantykiem. Weszłam bez pukania, ale Kuchnia była i jest otwarta dla wszystkich. Już od progu poczułam cudowną mieszankę zauroczenia, ciekawości, rosnącego apetytu i przekonania, że jej Gospodyni to osoba łącząca wielki dar snucia niezwykłych opowieści i ozdabiania ich pięknymi zdjęciami. 
Pierwsza wizyta przeciągnęła się znacznie poza utarte kanony i późną nocą zasypiałam przekonana, iż mimo ogromnej odległości, do Kuchni nad Atlantykiem będę zaglądać niemal codziennie. 


I tak jest do dziś. Choć nie jestem aktywną komentatorką, wypróbowałam już wiele wspaniałych przepisów i wielokrotnie czerpałam inspirację do odkrywania nowych smaków.
Od tej pierwszej wizyty minęły już ponad dwa lata. Wkrótce potem zaczęłam odkrywać kolejne wspaniałe blogi kulinarne.  Każdy z nich na swój sposób inny, ale przecież to właśnie ta oryginalność gospodarzy i ich kuchni tak nas ciekawi i fascynuje. Ujrzane tu i tam dania wkrótce stają się i naszym udziałem. Smakujemy rzeczy nowe, inne, zaskakująco połączone i przyprawione. 
Ta kulinarna podróż jest  jak wielka wyprawa, której trasę wyznacza apetyt i niekończąca się chęć odkrywania nowych doznać i smaków. Z pewnością kieruje nią też najważniejszy drogowskaz, aby drogi nasze i naszych bliskich spotykały zawsze się przy wspólnym stole. 
Ale przecież wielokrotnie na stół trafiają też dania, których smak pamiętamy z dzieciństwa. Nie są odkrywcze, wymyślne, ani zbyt skomplikowane. Mają jednak składnik, którego nie da się odtworzyć w całej reszcie potraw - aromat dzieciństwa i sentymentalną nutę wspomnień. 


Takie właśnie danie przygotowała u siebie ostatnio Agnieszka w Kuchni nad Atlantykiem. Pewnie większości z Was trudno w to uwierzyć, ale do czasu tego postu nigdy wcześniej nie jadłam gotowanego na słodko ryżu na mleku. Nie wiem dlaczego i jakim sposobem ominęła mnie ta rozkosz. Ale nie zwlekałam z nadrabianiem. Już parę minut po przeczytaniu posta mleko się gotowało, a ja mieszałam ryż. Postępowałam zgodnie z instrukcją Agnieszki, bo tym szlakiem wędrowałam po raz pierwszy. Wskazówki jak zawsze okazały się idealne i już po skosztowaniu pierwszej łyżki wiedziałam, że tą niezrozumiałą zaległość będę z zamiłowaniem intensywnie nadrabiać. 


Tak było i dziś. Tym razem jednak dołączyły do ryżu balsamiczne lody truskawkowe. Także z blogu Agnieszki, pięknie przypomniane niedawno przez Magdę. Spontanicznie splecione dwa pomysły, które z rozkoszą smakowaliśmy podczas słonecznego popołudnia. Polecam Wam bardzo! Połączenie słodkiego, waniliowego ryżu podanego na zimno ze świeżymi truskawkami i rześkimi lodami to dla nas połączenie idealne.  


Mam zamiar wkrótce ponownie nadrobić ryżową zaległość, tymczasem dziękuję Kuchni nad Atlantykiem za kolejną wspaniałą inspirację. Dziękuję też wszystkim wspaniałym autorom blogów kulinarnych, których talent mam wielką przyjemność podziwiać i niejednokrotnie smakować.

A jaki był Wasz początek blogowej przygody? Pamiętacie swoją pierwszą wizytę na blogu kulinarnym? 


WANILIOWY RYŻ NA MLEKU Z TRUSKAWKAMI I BALSAMICZNYMI LODAMI TRUSKAWKOWYMI *

SKŁADNIKI
Na ok. 4 średnie porcje

1 litr mleka 3,5% tłuszczu
szczypta soli
100g ryżu krótko-ziarnistego
100-120g cukru
1/2 laski wanilii
1/2 łyżeczki mielonego kardamonu 
świeże truskawki

Mleko zagotować z przekrojoną laską wanilii w dużym garnku. Do wrzącego dodać wypłukany ryż i szczyptę soli. Na bardzo małym ogniu (ma tylko delikatnie perkotać) gotować pod przykryciem przez ok. 1 godz, często mieszając, aż ryż zacznie gęstnieć. Jeśli pod koniec zostało zbyt dużo mleka na ostatnie 15-20 min zdejmujemy pokrywkę, żeby trochę odparowało. Na 10 min przed końcem gotowania dodać cukier i kardamon i wyjąć laskę wanilii.
Gdy ryż przestygnie nakładać go do miseczek.Ozdobić truskawkami i na wierzch nałożyć porcję balsamicznych lodów truskawkowych. 


BALSAMICZNE LODY TRUSKAWKOWE **

SKŁADNIKI
500g dojrzałych i słodkich truskawek
100g cukru
1 i 1/2 łyżki octu balsamicznego
125g serka mascarpone
125ml pełnotłustego mleka
Uwaga! jeśli nie macie serka mascarpone, można go zastąpić śmietaną kremówką, którą odrobinę należy ubić, i w takim wypadku zrezygnować też z mleka na rzecz śmietany, czyli użyć 250ml kremówki


Truskawki umyć, pozbawić szypułek i wymieszać w misce z cukrem i octem balsamicznym.
Zostawić do przemacerowania w temperaturze pokojowej na minimum 1 godzinę.
Po tym czasie truskawki z octem i cukrem oraz mascarpone i mleko miksujemy w blenderze.
Jeśli zamiast mascarpone i mleka użyjecie śmietany kremówki, należy lekko ją ubić i dodać do zmiksowanych truskawek , delikatnie wymieszać.
Przełożyć do maszynki do lodów i dalej postępować zgodnie z instrukcją producenta.
Jeśli nie macie maszynki, lody przełożyć do pojemnika, który zmieści się wam w zamrażarce i w którym możecie miksować. Teraz wstawcie lody do zamrażarki i co godzinę, przemieszajcie mikserem, do momentu w którym nie będzie to już możliwe.Lody przed podaniem najlepiej wyciągnąć kilka minut wcześniej z zamrażarki.

* przepis na ryż cytuję za Agnieszką z Kuchni nad Atlantykiem uwzględniając moje drobne zmiany. To moja kolejna propozycja do akcji truskawkowej Olgi Smile. 

** przepis na lody podaję za Magdą z jej Fantazji Kulinarnych uwzględniając dokonane przez nią zmiany. To moje kolejna propozycja do lodowej akcji kasandry. 

środa, 16 czerwca 2010

STRAWBERRY FIELDS FOREVER

"Więc choć, zabiorę Cię na pola truskawkowe, gdzie wszystko jest bajką  i niczym nie trzeba się przejmować! " *


Wam też się pewnie zdarzają. Przychodzą nagle. Oczywiście niezapowiedziane. I jeszcze przyjaźnią się z chmurami. Zasłaniają słońce. Odbierają uśmiech. W swej okrutności posuwają się do najgorszego - kradną kolory! I nagle wszystko wokół robi się szare, smutne i do niczego!  Złe dni. Gorsze chwile. Kiepskie nastroje. 
Dziś ich celem jestem ja. Wpadły nie wiadomo skąd. Poprzestawiały  wszystko i wszystkich dokoła. Igrają z nerwami. Chcą bym mówiła podniesionym głosem. Ba! Krzyczała! I  tupała! I miała o wszystko pretensje! A one sobie to wszystko zbiorą razem i ulepią ze mnie wstrętną i wściekłą osóbkę!  

Ale ja się nie dam! Nie będzie im łatwo! Mam swoje sposoby i zamierzam ich użyć! Jakie pytacie? Oczywiście te kuchenne! Na każdy zły nastrój, kiepski dzień czy gorszą chwilę najlepszym polem walki jest kuchnia. Tam moi wrogie nie mają szans. Bo czy można się złościć wybierając z kobiałki najdorodniejsze truskawki? Zagniatając cudownie maślane kruche ciasto? Ubijając słodką śmietanę? Układając na kremie truskawkowe pole? 
Ha! Zniknęły! Poddały się bez walki! I dobrze im tak! 
Teraz z radością i uśmiechem odkroję sobie największy kawałek i będę celebrować to najsmaczniejsze zwycięstwo! 
A Wy jak sobie z nimi dajecie radę? Jakie macie sposoby? 


TARTA TRUSKAWKOWA STRAWBERRY FIELDS FOREVER**

SKŁADNIKI

Na kruche ciasto
300 g mąki (użyłam krupczatki)
150 g masła
100 g drobnego cukru
1 jajko
Na krem 
250 g serka mascarpone
200 g śmietanki kremówki
80 g cukru pudru
200 g truskawek
2 łyżki wody różanej
2-3 łyżki soku z cytryny
kilka listków świeżej mięty

Wszystkie składniki na ciasto dokładnie zagnieść i schładzać w lodówce ok. 30 minut. 
Śmietanę ubić na sztywno, delikatnie połączyć z serkiem mascarpone, cukrem, wodą różaną i sokiem z cytryny (ilość wody różanej lub soku z cytryny można zmniejszyć lub zwiększyć, to zależy od Waszych preferencji smakowych). 
Piekarnik rozgrzać do ok. 180 stopni. Schłodzone ciasto rozwałkować i przełożyć do formy na tartę, ja użyłam podłużnej (można ją zastąpić dużą keksówką). Wstawić do piekarnika i piec ok. 15-20 minut, aż ładnie zbrązowieje. Wyjąć i wystudzić. 
Gotowy krem rozprowadzić na wystudzonym spodzie. Na wierzchu ułożyć truskawki. Ozdobić listkami mięty. Schłodzać w lodówce przez kilka godzin. 
I jeść - cudownie poprawia nastrój!
Dzięki użyciu mąki krupczatki tarta jest niezwykle krucha. Aromat wody różanej wspaniale otula smak truskawek, a dodatek cytryny i mięty przynosi  cudowną rześkość. Najlepiej smakuje mocno schłodzona!
*Beata Pawlikowska, tłumaczenie fragmentu piosenki The Beatles Strawberry Fields Forever

** inspiracją był przepis Usagi, spód wykonałam zgodnie z jej przepisem, ale mąkę zwykłą zastąpiłam krupczatką. Do wykonania kremu także wprowadziłam swoje zmiany. 

*** Ten przepis to moja propozycja do akcji Olgi Smile Sezon truskawkowy 

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Urywki historii i kawałki ciasta. Maczane w oliwie. Focaccia.

Jej historia sięga ponad 2000 lat. To jeden z najstarszych gatunków pieczywa. Uważa się, iż przepis podstawowy ma pochodzenie etruskie. Choć wiele wskazuje też na to, iż wywodzi się ze starożytnej Grecji. 
Nie bez powodu nazwano ją z łacińskiego focacio, czyli ognisko domowe. Nazwa podkreśla ważną rolę jaką odgrywała od wieków gromadząc rodzinę wokół paleniska, na którym początkowo była wypiekana.  


Uważana za prekursorkę współczesnej pizzy, pierwotnie byłą jedynie mieszanką wody, mąki i soli. Ze względu na śródziemnomorski klimat nie sprzyjający fermentacji drożdży, oryginalnie pieczona była bez ich udziału i z pominięciem wyrastania ciasta. 


Z natury ma być płaska,  dlatego przed pieczeniem ciasto nakłuwa się lub robi w nim wgłębienia, by zapobiec nadmiernemu wyrastaniu w trakcie pieczenia. Popularne jest także  smarowanie jej oliwą, by ciasto było z wierzchy chrupiące, a wewnątrz wilgotne. 


Najpopularniejsza z rozmarynem, oliwkami, solą morską, szałwią i oliwą, przygotowywana jest także w wersji na słodko z miodem, rodzynkami czy skórką pomarańczową. Receptura, choć czasami lekko modyfikowana, doczekała się uznania w wielu częściach świata. W Burgundii znana jest jako foisse lub fouaisse, a w innych częściach Francji jako fougasse. Argentyńczycy mają swoją fugazza, a Hiszpanie hogaza. 


Focaccia. Zgromadziła nas wczoraj przy wieczornym stole kusząc cudownym zapachem świeżego pieczywa, aromatem rozmarynu, morskim klimatem soli i ciekawością jak będzie smakować z cukinią. Choć nie mamy tradycyjnego paleniska, zjadaliśmy ją w iście pierwotny sposób. Rwąc łapczywie, ciepłe jeszcze kawałki maczaliśmy je z  upodobaniem w oliwie. 


Upieczona tym razem z podwójnej porcji zniknęła za jednym rodzinnym posiedzeniem. Idealnie chrupiąca skórka, cudownie puszysty środek, wspaniale pasujące do niej dodatki i nie mający sobie równych klimat wspólnego, rodzinnego biesiadowania na długo pozostanie w naszej pamięci. Spróbujcie koniecznie! 

FOCACCIA Z CUKINIĄ, ROZMARYNEM I SOLĄ MORSKĄ


SKŁADNIKI
(przepis na ciasto cytuję za Asią z Kwestii Smaku) 

20g świeżych drożdży
300  ml ciepłej wody
500 g mąki
2 łyżeczki soli
oliwa z oliwek
1 mała cukinia
3 łyżeczki gruboziarnistej soli morskiej
rozmaryn


Drożdże rozkruszyć w misce, dodać 120 ml ciepłej wody, 1 łyżeczkę cukru i 4 łyżki mąki. Wymieszać i odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia, na około 20 minut.Mąkę przesiać do miski i wymieszać z 2 łyżeczkami  soli oraz 2 łyżkami oliwy z oliwek. Dodać drożdże oraz resztę ciepłej wody. Składniki wymieszać w misce i połączyć w kulę. Ciasto wyłożyć na posypany mąką blat. Wyrabiać przez 15 minut, aż będzie gładkie i elastyczne.  Można także wyrabiać mikserem. Na blacie rozsmarować jedną łyżkę oliwy, wyłożyć ciasto i rozwałkować je na placek ok. 40 x 40 cm. Blachę do pieczenia wysmarować oliwą i wyłożyć na nią rozwałkowane ciasto. Przykryć przeźroczystą folią i odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia, na 1,5 godziny. Piekarnik nagrzać do 220°C. Cukinię pokroić na cieniutki plasterki. Ciasto posmarować  oliwą, posypać solą morską, powtykać listki rozmarynu i nałożyć plasterki cukinii. Odstawić ponownie do wyrośnięcia na godzinę. Wstawić do nagrzanego piekarnika i piec przez 15 - 20 minut na złoty kolor. Podawać z oliwą z oliwek.

sobota, 12 czerwca 2010

Na upał. Słodkie wspomnienia. Podróż w czasie. Semifreddo.

MALINY
Lato. Upalne wakacje. Malinowy zagajnik. Popołudniowy skwar. 
Babcia w słomkowym kapeluszu. Ja z malinową buzią, palcami i plamami soku na sukience. 
Beztrosko.
Czas stanął w miejscu, bo i jemu nigdzie nie spieszno. Ale tylko na chwilę.
Od wielu lat w malinowym zagajniku stoję sama. 
W Babcinym kapeluszu.


BEZY
Mam 8 lat. Czekam na powrót Taty z delegacji. 
Wiem, że pojechał tam, skąd zawsze wraca z papierową torebką. 
Niedługo wróci.
Wyciągnie ją z teczki i będzie już moja.  Brązowa, papierowa torebka, a w niej bezy - wielkie, okrągłe, posypane z wierzchu kakao. Chrupko-lepkie. Słodkie.
Najlepsze na świecie. 


MALTESERS
Mam 18 lat. W Polsce wciąż szaro. 
Wyjeżdżam w pierwszą podróż do Anglii. Do innego świata. 
Niemal wszystko jest zaskoczeniem. Od sklepików cudownie pachnących potpourri po kierowców zawsze zatrzymujących się na przejściu dla pieszych. 
Odkrywam nowe smaki.
Kupuję pierwszą w życiu paczkę Maltesers. 
Nie mogę uwierzyć, że pod warstwą pysznej czekolady kryje się coś jeszcze - chrupiące ciasteczko! 
Te cukierki już zawsze będą moją słabością. 


BITA ŚMIETANA
Słodka, puszysta, cudowna pocieszycielka.
Uwielbiam ją bez względu na wiek.
Pamiętam najlepiej na szczycie pucharka z galaretką namiętnie zamawianego podczas niedzielnych wypraw do kawiarni. 
W dzieciństwie. We wspomnieniach. 

Podróż w czasie. Powroty. Wspomnienia. Słodko. Bezpiecznie. Domowo.
Znalazłam wspaniały sposób, by połączyć wspomnienia i smaki. 
Są w nim maliny, bezy, Maltesers i bita śmietana, i wszystkie moje wspomnienia.
Na ochłodę, na ukojenie, na dalsze zapamiętanie, na wspólne popołudnie z bliskimi.


SEMIFREDDO Z BEZAMI I MALINAMI 
/przepis w cytuję za Liską /


SKŁADNIKI
600 ml śmietany UHT 30% (schłodzonej)
100 g bezów
2 op. cukierków Maltesers
2 jajka - osobno białka i żółtka
3 czubate łyżki cukru pudru
cukier waniliowy
100 g malin mrożonych 


Jajka sparzyć. Białka ubić na sztywną pianę, a żółtka utrzeć z cukrem pudrem na kogel-mogel. Śmietanę ubić na sztywno.
Wszystkie składniki wymieszać łyżką. Dodać cukierki, maliny, cukier waniliowy i pokruszone bezy.
Masę przelać do miseczek (ja przelałam do formy keksowej). Zamrozić. 
Po ok. 2-3 godzinach deser nadaje się do jedzenia.
Można podawać z pokruszonymi bezikami i/lub sosem malinowym. Ja dorosłym podałam z ajerkoniakiem. 


P.S. Jakiś czas temu Tysiaczek z blogu domowesmaczki zaprosiła mnie do zabawy w 10 zdjęcie - dziękuję! Z dość sporym opóźnieniem, za co przepraszam, dołączam wspomnienie Naszych  wakacji - kolejne cudowne wspomnienie, do którego mamy nadzieję szybko powrócić. 
Jeśli tylko mają ochotę i czas na szperanie w komputerze, do dalszej zabawy zapraszam Amber z blogu Kuchennymi Drzwiami i Paulinę z Kuchni na Stalowej. 

Drukuj przepis

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails