środa, 6 kwietnia 2011

C'est la vie! C'est la baguette!



O przyjemności pisałam już wiele razy.
Dziś też o niej napiszę.
O jej zapachu.
O jej chrupkiej skórce.
O jej delikatnym i puszystym środku.
O rozkosznym dźwięku, jaki wydaje, gdy urywa się ją kawałek po kawałku.


Bagietka.
Jeszcze ciepła. Upieczona w domu, który nagle pachnie jak najlepsza francuska piekarnia.
Prawdziwa rozkosz pod chrupiącą skórką. Czysta przyjemność. Czy można chcieć więcej? Domowa piekarnia, z której świeże bagietki znikają jak ciepłe bułeczki. 


Jeśli czytaliście "Moje życie we Francji" Julii Child, pamiętacie zapewne rozdział, w którym opisuje swoją bagietkową przygodę, czyli "Wielki Eksperyment Bagietkowy, jedno z najtrudniejszych, najbardziej skomplikowanych, frustrujących, a zarazem satysfakcjonujących wyzwań, jakich kiedykolwiek się " podjęła. 


O co właściwie chodzi z tymi bagietkami? Dlaczego ich pieczenie w domowych warunkach uchodzi za takie trudne i frustrujące skoro lista składników sprowadza się zaledwie do kilku rzeczy - drożdży, wody, mąki i soli?! A jednak "problem w tym, że można je połączyć na dziesięć tysięcy sposobów, (...) liczy się każdy szczegół: świeżość drożdży, typ mąki, czas rośnięcia, sposób ugniatania, temperatura, wilgotność, a nawet pogoda!"


Gdy pierwszy raz piekłam bagietki byłam przekonana, że wystarczy wszystko dobrze zagnieść, poczekać aż urośnie, a potem upiec. Nic dziwnego, że ze smakiem prawdziwego francuskiego pieczywa nie miały nic wspólnego, no może z wyjątkiem kształtu... 
"Wypróbowanie wszystkich domowych przepisów na bagietkę, jakie udało nam się znaleźć, zabrało nam ostatecznie jakieś dwa lata i 130 kilogramów mąki. Korzystaliśmy z francuskich podręczników dla piekarzy i badaliśmy tajemnice drożdży i mąki, ale rezultaty wciąż były niezadowalające." 


Imponujące i typowe dla Julii dążenie do ideału. To niezwykła i cudowna cecha, która u Julii najbardziej mnie zachwyciła. Nigdy nie akceptowała półśrodków i bylejakości, nawet jeśli osiągnięcie zamierzonego celu zajmowało jej naprawdę dużo czasu i wysiłku. To cecha, którą staram się pielęgnować także u siebie, choć oczywiście zasięg jest znacznie mniejszy, a w przypadku bagietek wręcz znikomy, bo sprowadza się zaledwie do kilku kilogramów mąki.


Po kilku próbach, smacznych, ale wciąż dalekich od francuskiego pierwowzoru, zrobiłam sobie ponad roczną przerwę. Warto czasami odpocząć od czegoś co nas nurtuje. Nabrać dystansu, poszerzyć wiedzę, znaleźć kolejny przepis i w końcu  z nowym zapasem sił przystąpić do dzieła.
Tym razem impulsem był cudowny widok z paryskiego balkonu wprost na przepięknej urody bagietki (klik). Koło takich baguettes nie przechodzi się obojętnie. Takie baguettes piecze się przy pierwszej możliwej okazji. A taki przepis zachowuje się na przyszłość, bo to co idealne nie może zostać zapomniane.


" Wszystko wskazywało na to, że bagietki się udały, a ja byłam w euforii. (...) Et voila! Opracowaliśmy pierwszy w historii sposób pieczenia udanej bagietki - długiego, chrupiącego, drożdżowego, złocistego bochenka o niepowtarzalnej fakturze i smaku - z amerykańskiej mąki i w domowym piekarniku. Co za triumf!" 


Wielka radość! Naprawdę! Po raz pierwszy bagietki wyszły idealne! Z polskiej mąki, w domowym piekarniku. Z cudownie chrupiącą skórką i niezwykle puszystym i miękkim środkiem. Domowe-francuskie bagietki. Zjadane na ciepło. Łapczywie urywany kawałek po kawałku.  Wydłubywany środek, a potem chrupanie skórki. 


Zupełnie tak jak wtedy, gdy jako dziecko jadłam bagietkę po raz pierwszy - wychodząc z piekarni kończyłam dojadać urwaną jeszcze przy płaceniu piętkę, a gdy dochodziłam do domu, trzymałam w ręce już tylko papierową torebkę pełną chrupiących okruszków... 
Polecam Wam bardzo ten przepis. Warto poświęcić mu czas, zapał i energię. Rezultat będzie nagrodą za cierpliwość i wytrwałość w poszukiwaniu idealnej przyjemności.


FRANCUSKIE BAGIETKI  - HOMEMADE FRENCH BAGUETTES

5 1/2 filiżanek mąki (użyłam mąki typu 450)
2 łyżeczki soli
2 1/4 łyżeczki drożdży instant
2 filiżanki ciepłej wody (temp. ok. 35 stopni)

ETAP 1 - przygotowanie ciasta 
Wszystkie składniki przełożyć do miski i miksować na najniższych obrotach przez ok. 1 minutę. Składniki powinny się połączyć, ale nadal tworzyć niezbyt gładką masę. Odstawić na 5 minut (nie nakrywać), by odpoczęło. Miksować ponownie na średnich obrotach przez 2 minuty. Ciasto powinno stać się gładkie i luźne, ale nie powinno się mocno kleić. Przełożyć na posypany mąką blat i zagniatać ręcznie przez minutę. Następnie przełożyć do dużej, lekko natłuszczonej misy. Nakryć dokładnie folią kuchenną i przełożyć do lodówki. Może tam zostać do 4 dni, minimum jedną noc.


ETAP 2 - przygotowanie do pieczenia i formowanie bagietek
Ciasto należy wyjąć z lodówki na 2 godziny przed planowanym pieczeniem. Przełożyć delikatnie na lekko obsypany mąką blat, uważając, aby zbyt mocno nie odgazować ciasta. Podzielić na 4 równe części. Każdą z nich składać dwukrotnie. Po pierwszym składaniu odstawić na 5-10 minut. Nie umiem zbyt dobrze ubrać w słowa metody składania - obawiam się, że w moim wykonaniu byłaby zbyt niejasna lub zagmatwana, więc zapraszam Was do obejrzenia filmiku - tu wszystko ładnie widać :) -  klik .


Złożone dwukrotnie ciasto formować na kształt bagietek do momentu aż osiągną pożądaną długość. Tak przygotowane ciasto spryskać delikatnie olejem, nakryć folią kuchenną  i odstawić do wyrastania w  temperaturze pokojowej na ok. 1,5 godziny lub do momentu aż podwoją objętość. Jeśli nie macie formy do wypieku bagietek, można użyć lnianej ściereczki obsypanej lekko mąką. Po ułożeniu na niej pierwszej bagietki materiał należy lekko unieść do góry, tak by powstał grzbiet - ścianka oddzielająca od siebie układane kolejno bagietki. Jeśli używacie formy, należy ją lekko natłuścić i obsypać mąką, a następnie ułożyć we wgłębieniach uformowane wcześniej bagietki. 


ETAP 3 - pieczenie
Na 45 minut przed rozpoczęciem pieczenia, piekarnik rozgrzać do temperatury 230 stopni. Na dnie piekarnika ułożyć płaskie naczynie - najlepiej żaroodporne, nad którym będą się piekły bagietki.
Na 15 minut przed włożeniem do piekarnika ściągnąć folię, którą nakryte były wyrastające bagietki. Jeśli nie będą pieczone w formie, bardzo delikatnie przełożyć je na wyłożoną papierem do pieczenia folię - zsuwając ciasto ostrożnie ze ściereczek.


Przy pomocy ostrej żyletki lub nożyka wykonać nacięcia na bagietkach. Przełożyć do piekarnika, a do przygotowanego wcześniej naczynia wlać 1 filiżankę gorącej wody - UWAGA! Piekarnik jest już w tym czasie bardzo rozgrzany, więc wlewana woda może bardzo pryskać - aby się nie oparzyć najlepiej założyć wcześniej rękawice kuchenne i jak zawsze w takich sytuacjach wykazać dużą ostrożność!


Piec przez 12 minut, następnie odwrócić formę lub blachę i piec kolejne 15-25 minut, do momentu aż skórka ładnie się zrumieni, a po lekkim stuknięciu w ciasto wydano ono głuchy odgłos. Po wyjęciu z piekarnika chłodzić, a później już zajadać - oczywiście jeszcze ciepłą:)  Jak w przypadku większości tego typu wypieków, bagietki najlepiej smakują w dniu pieczenia. Smacznego!


** wszystkie cytaty pochodzą z książki "Moje życie we Francji", autorstwa Julii Child, wydanej przez wydawnictwo literackie, 2010

sobota, 2 kwietnia 2011

O miotle, gadżetach i kwadratach. Lemon bars.



"Ceny cytryn nie są jednakowe przez cały rok, można więc sobie zrobić zapas, układając w piasku, w suchem, przewiewnym miejscu lub też powrzucać w przewróconą do góry miotłę, owinąwszy każdą w bibułę".
/Kucharz Warszawski, 1914; więcej o Kucharzu pisałam tu i tu i tu (klik)/


Cóż by to była za kolekcja mioteł, gdybym tak teraz stosowała ten sposób! 
Czuję dyskomfort, gdy nie mam w domu cytryny. Zawsze kupują więcej i robię zapas. Cytryna musi być - do herbaty, ciasta drożdżowego, sosu, zupy, ryb, sałatki, czarnej kawy  przeciw migrenie, no i oczywiście przeciw gorączce. Nie wiem czy znacie ten sposób.  Moja Babcia zawsze kroiła cytrynę w plastry i okładała nimi stopy. To niezawodna metoda, którą i ja stosuję. Działa i naprawdę przynosi ulgę, zwłaszcza jeśli wysoka gorączka trapi dziecko. 


Nie da się ukryć, żyjemy w czasach gadżetów. Ja sama mam sporą kolekcję, ale wyłącznie tych kuchennych, którym nie mogę się oprzeć i często bez namysły kujpuę. Przyznaję - w tej kwestii jestem niepoprawną gadżeciarą.  
Gadżety spotykamy niemal  wszędzie. Służą do wszystkiego. Obieraczka z pojemnikiem na obierki, prowadnica do krojenia równych plasterków, nożyczki z 5 ostrzami, zwijak do tubki z pastą, rozciągacz do obuwia czy solarny odstraszacz kretów (cokolwiek to jest, brzmi groźnie i jeśli nie kreta, to mnie na pewno odstraszył!). 


Niemal co krok atakują nas reklamy i gazetki niezłomnie przekonujące jak nasze życie może ulec cudownej poprawie i wznieść się na wyżyny wygody i luksusu, jeśli tylko skusimy się na zakup, np. klamerek do skarpetek, dzięki którym odwieczny problem "nie do pary" pozostanie jedynie mglistym wspomnieniem. 


Wiele bym dała za to, by zobaczyć minę pewnego domokrążcy, czy mówiąc współczesnym językiem - przedstawiciela handlowego, który swego czasu z pełną przekonania premedytacją dokonywał, nieskutecznych niestety dla niego, prób sprzedania nam w "okazyjnej" cenie niezrównanego, rewolucyjnego i niezastąpionego zestawu pojemników próżniowych do przechowywania żywności, tylko dla nas GRATIS! w komplecie z odpowiednim odkurzaczo-zasysaczem! Gdybym tak wtedy wyskoczyła do niego (choć nie ukrywam, że chętnie także na niego) z miotłą pełną cytryn! Cóż by to była za konfrontacja! 


Już widzę zdumione miny mojej Babci czy Prabaci, gdyby przyszło im uczestniczyć w takiej prezentacji. W ich czasach gadżety były zjawiskiem kosmicznym, niewystępującym na ziemi i nie mającym uzasadnienia. Wystarczyła wiedza. Podstawowa znajomość zjawisk, działań i zachować składników, materii i przedmiotów, której nam chyba coraz bardziej brakuje. Przyzwyczajeni do ulepszeń i wygody, oślepieni nowoczesnością stajemy się coraz mniej samodzielni i coraz bardziej uzależnieni od gotowców i gadżetów. 


Dla mnie naprawdę niepokojącym sygnałem był widok krajalnicy do bananów. Przyłożona do obranego banana kroi owoc w równe plastry. Pod jednym warunkiem - banan musi być wygięty w dokładnie taki sam łuk jak krajalnica. A jeśli nie? Tu pewnie miejsce na kolejny gadżet, chyba że sięgniemy po nóż, który w świetle "cudownej krajalnicy" zdaje się nagle być narzędziem typu retro, vintage czy też old-school.

Wiem, wiem, pewne gadżety są nieuchronne, pomocne czy po prostu naprawdę fajne. Wiem też, że nie przechowujemy już jajek w glinianych naczyniach wypełnionych wapienną wodą , bo mamy do tego lodówki, i nie trzeba już dwóch osób do trzymania nad ogniem cienkiego papieru, który się smaruje woskiem i suszy w powietrzu, by kłaść go później pod ciastka, bo rulony papieru do pieczenia kupujemy w każdym niemal sklepie. Jak wszędzie najważniejsza jest równowaga i zdrowy rozsądek, choć coraz częściej myślę, iż wolę tamtą retro-wiedzę od gadżetów new-age.  


A wracając do cytryn, od zawsze miałam ochotę na lemon bars, czyli kwadraty cytrynowe. Uwielbiam smak i aromat cytryn, a cytrynowe wypieki należą do moich ulubionych. Musiał zatem nastąpić moment, kiedy rześkie lemon bars zagościły w końcu na naszym stole. Przepisów i wariacji na temat kwadratów jest całe mnóstwo. Ja wybrałam wersję z kokosowym spodem i muszę Wam powiedzieć, że to była doskonała decyzja. Uprażone wcześniej wiórki kokosowe dodają wspaniałego aromatu, świetnie komponują się z rześkością cytrynowej masy i powodują, że spód jest rozkosznie kruchy. Lemon bars nas oczarowały. Ich kolor i rześki smak wspaniale pasuje do wiosennej radości i energii, jakiej dostarcza nam każdy słoneczny dzień.  Bardzo Wam polecam. 


Do przygotowania lemon bars wybrałam mój ulubiony kuchenny fartuszek, w którym najchętniej krzątała się kiedyś w kuchni ukochana Prababcia Karolka. Drobne kwiatuszki wydały mi się też odpowiednim tłem do zdjęć kwadratów:) Nie potrafię się przekonać do nowoczesnych motywów z muskularnym kulturystą czy kształtną tu i ówdzie modelką, które nie wiem czemu widuję coraz częściej nadrukowane na kuchennych fartuchach... Czyżby na ich widok ciasto miało lepiej wyrastać, a danie stać się bardziej pikantnym?! Wiecie coś na ten temat?


 LEMON-COCONUT BARS, Kwadraty cytrynowo-kokosowe
 /składniki na 16 porcji/ 

Spód:
1 filiżanka mąki
1/4 filiżanki cukru
1/4 łyżeczki soli
3/4 filiżanki wiórek kokosowych
6 łyżek masła

Nadzienie:
2 lekko rozbite jajka
1/2 szklanki cukru i dodatkowo 2,5 łyżki
1,5 łyżki mąki
1 łyżeczka otartej skórki cytrynowej
1/3 filiżanki soku z cytryny (z ok. 2 cytryn)
2,5 łyżki mleka kondensowanego (niesłodzonego)
szczypta soli


Kokos wsypać na suchą patelnię i trzymając na małym ogniu delikatnie zrumienić. Trwa to kilka minut, trzeba jednak pilnować, aby kokos się nie przypalił. Gdy uzyska ładny karmelowy kolor, zdjąć z ognia i przestudzić. Do dużej miski wsypać mąkę i uprażony kokos. Dodać cukier, sól i masło i zagnieść razem do momentu aż zaczną się tworzyć duże grudki, podobnie jak przy kruszonce. Przełożyć do formy (użyłam kwadratowej o wymiarze 22 x 22 cm) wyłożonej papierem do pieczenia i dociskając kruszonkę palcami równomiernie rozprowadzić na dnie. Wstawić do piekarnika nagrzanego do temperatury 18o stopni i trzymać ok. 10 minut aż spód lekko się zrumieni. 


W tym czasie przygotować cytrynowe nadzienie. W misce ubić lekko jajka, cukier i mąkę. Dodać otartą skórkę i sok z cytryny, mleko i sól. Wymieszać razem, by składniki się połączyły. Wylać na podpieczony spód i ponownie wstawić do piekarnika na ok. 15-20 minut, tak by masa się ścięła, ale nie zrumieniła! Przestudzone ciasto posypać cukrem pudrem i kroić na kwadraty. Smacznego!  



* przepis pochodzi z tej strony (klik)

wtorek, 29 marca 2011

TU I TAM nr 9. Śniadanie dla Ciebie. Po mojej stronie nieba.



TU i TAM. Dwie kuchnie, dwa wirtualne światy, duża odległość i wiele wspólnego. Kulinarna pasja, radość gotowania, smakowania i tworzenia. Tak w skrócie można określić powody, które są impulsem naszych kulinarnych spotkań jednocześnie w dwóch kuchniach. Na jeden temat, choć po swojemu-  u Amber - w Kuchennymi drzwiami i u mnie, w Kucharni.
Dziewiąty raz  stanęłyśmy w gotowości, aby wspólnie bawić się w sercach naszych domów i  tym razem przygotować śniadanie. Temat wybrałam ja, a Amber z radością go podjęła. Z  radością tym większą, że to śniadanie szczególne, bo Amber przygotowała je dla mnie, a ja dla Niej.
Zapraszamy!


"Po tej stronie nieba na śniadanie jem bułkę z konfiturą ze szczęścia, a kawę mi słodzą uśmiechem anioły. Na kuchennym stole mam kwiaty w wazonie - pachnące radością tulipany. Wychodzę na taras i kocem wspomnień się otulam. Wdycham w nozdrza miłość zmieszaną z powietrzem. A raz na jakiś czas wiatr - podróżnik, wplata mi we włosy marzenia, szepcąc przy tym do ucha: wszystko zależy od Ciebie. Po mojej stronie nieba…"
  

... po mojej stronie nieba obudził się słoneczny, wiosenny dzień. Wszystko zależy ode mnie. Bywa, że to dość uciążliwa świadomość. Jednak tym razem pełna radości i podekscytowania. Szykuję śniadanie. Wyjątkowe. Dla wyjątkowego Gościa. Tyle już czasu się znamy, tyle słów, żartów i trosk podzieliłyśmy, a jeszcze ani razu nie zjadłam z Amber śniadania. Pora najwyższa to nadrobić. Śniadanie to początek, to otwarcie dnia, to dla mojego Gościa ważna rzecz, bo jak sama mówi "śniadanie nastraja mnie na cały dzień."


Przyznam, że ja ze śniadaniami jestem nieco, a może nawet bardzo, na bakier. A to wszystko dlatego, że jestem niepoprawnym typem nocnego podjadacza. Nic nie poradzę (i nie mam zresztą zamiaru) na to, że naprawdę głodna robię się dopiero późno wieczór. Poranne myśli krążą zatem niemal wyłącznie wokół filiżanki dobrej kawy, potem drugiej, a często i trzeciej. Apetyt na śniadanie budzi się zwykle znacznie później, ale nie raz przesypia i cały dzień. Zupełnie inaczej jest w weekendy. Wtedy śniadanie jest wspólne, obfite i wyjątkowe, a kawa stanowi jedynie istotny dodatek, a nie danie główne. 


Dla Amber jednak śniadanie to "zastrzyk dobrej energii na cały dzień". Wiem, że jest dla niej ważne i zawsze je celebruje. Co w takim razie ucieszy mojego Gościa? Pierwszą myślą były francuskie rogaliki, które z kolei są moim śniadaniowym faworytem. Postanowiłam jednak Kuchennymi Drzwiami zajrzeć do Amber i poszukać wskazówek. Znalazłam jej majowe śniadanie - jajka z łososiem na grzance (klik), które nazwała optymistycznym, bo " żółty kolor działa na mnie energetyzująco, a jajka są pyszne w każdej postaci". BINGO! 



Będzie zatem klasycznie, choć w nieco innej formie. Zamiast rogalików i grzanek, chrupiąca tarta na francuskim cieście. A na niej wiosenna łąka, bo wiem jak bardzo Amber czeka na wiosnę, na zieleń, na kwiaty i na słońce, które tak bardzo kocha. Będą zatem jajka przepiórcze - żółte jak oczka stokrotek, pomidorki czerwone jak pierwsze tulipany, a to wszystko na trawce ze szczypiorku i listków bazylii, pod którymi, jak ostatni śnieg, rozpływa się pyszny twarożek. Do tego oczywiście kawa. Lekko, świeżo, chrupiąco i bardzo słonecznie, nie tylko po mojej stronie nieba. Mam nadzieję, że to wiosenne śniadanie "na trawie" nastroi Amber i Was wszystkich pełną optymizmu energią na cały dzień. 

Zanim jednak sięgniecie po pierwszy kawałek, mam dla Was trochę śniadaniowej teorii. Czy wiecie, że jest sześć typów śniadań? Jest śniadanie proste kontynentalne, wiedeńskie, wiedeńskie wzmocnione (serem i wędlinami), angielskie (tzw. breakfast) i typu angielskiego (czyli lunch) oraz myśliwskie. Mnie najbardziej zaintrygowało to ostatnie, bo nigdy wcześniej o nim nie słyszałam i pewnie nieprędko, jeśli w ogóle, takie zjem. Jest rzeczywiście  dla prawdziwych "myśliwych" - zresztą poczytajcie sami z czego się składa! Bigos po myśliwsku, pieczeń z sarny, jelenia lub dzika, kiełbaski pieczone, pasztet z zająca, dodatki: pieczywo, pomidory, ogórki, masło, ketchup, do tego napoje: kawa, herbata, soki, wody mineralne oraz napoje alkoholowe: wódki, krupnik... Mam nadzieję, że Amber nie liczy dziś na taki zestaw! 


Jeśli już wybierzecie swój typ śniadania, nie zapomnijcie o nakryciu do stołu. Ja robię to zwykle spontanicznie, w zależności od pory roku, nastroju, a nawet pogody - zmieniam nakrycia, podstawki, kwiaty. A jednak prawidłowe nakrycie stołu do śniadania nie ma nic wspólnego ze spontanicznością. Dlaczego? Kierują nim sztywne i precyzyjne zasady, którymi koniecznie chcę się z Wami podzielić. Znalazłam je, podobnie jak informacje o rodzajach śniadań, na jednym z hotelarskich portali. Ciekawa jestem czy ktoś z Was w domowych warunkach aż tak precyzyjnie przestrzega śniadaniowej etykiety? Ja od razu przyznaję, że nie, choć oczywiście wiem, po której stronie kłaść sztućce. Jednak, podobnie jak przy gotowaniu, działam "na oko" i nie używam linijki do odmierzania odległości :)  


"Czynności wykonywane do nakrywania stołów do śniadań prostych: 
a) talerzyk śniadaniowy 1.5 cm od krawędzi stołowej, emblematem w stronę konsumenta
b) sztućce: z prawej strony nóż ostrzem w stronę talerza
c) z prawej strony talerza w odległości 1cm ustawia się spodek od filiżanki
d) łyżeczki do kawy lub herbaty układa się na spodeczkach, ukośnie, trzonkiem w prawo
e) ogrzane filiżanki podajemy jednocześnie z przyniesieniem napoju do śniadania
f) nad talerzykiem ustawiamy przyprawy, wazonik z kwiatami, popielniczkę
Jeżeli przewiduje się podanie jaj, wówczas nakrycie uzupełniamy:
*podstawkami pod kieliszki do jaj, które ustawia się po lewej stronie talerzyków śniadaniowych, w odległości 2 cm od nich
*łyżeczkami do jaj ułożonymi na spodeczkach, również trzonkami w prawo
Jeżeli w skład śniadania wchodzą wędliny i sery, to wówczas:
*z lewej strony talerzyków śniadaniowych układa się widelec częścią wypukłą do stołu i nóż z prawej strony talerza
*talerzyki, noże i widelce powinny być ułożone w jednakowej odległości od brzegu stołu (tj.1-2 cm)" *


WIOSENNA TARTA NA ŚNIADANIE

1 opakowanie ciasta francuskiego
1 opakowanie kremowego twarożku ( u mnie Philadelphia)
garść siekanego szczypiorku
garść listków bazylii
6 (lub więcej) jajek przepiórczych
5-6 pomidorków koktajlowych 
1 łyżka śmietany
sól morska, pieprz do smaku


Ciasto francuskie ułożyć na papierze do pieczenie i zagiąć wszystkie krawędzie, tak by powstały wyższe boki o szerokości ok. 1 cm. Środek nakłuć widelcem i wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 stopni, żeby ciasto podpiekło się na złoty kolor. Na podpieczonym cieście rozsmarować  twarożek rozrobiony ze śmietaną. 


Posypać szczypiorkiem i listkami bazylii, ułożyć połówki pomidorków i nałożyć jajka przepiórcze. Pomidorki i jajka posypać z wierzchu solą morską i pieprzem. Wstawić do piekarnika i piec dalej w temperaturze ok. 200 stopni przez ok. 5 minut, tak by jajka lekko się ścięły. Podawać od razu pokrojone na dowolne porcje. Smacznego i słonecznego dnia!

* informacje o śniadaniach cytuję z tej strony (klik)

** inspiracją do tego śniadania był przepis na Lazy Monday Morning Breakfast Galette znaleziony na tej stronie (klik) 

piątek, 25 marca 2011

W marcu jak w ... Casserole. I niezbędna uwaga.



"681. Niezbędna uwaga. 

Głównym zadaniem i podstawową troską każdej gospodyni musi jednak pozostać codzienny domowy obiad. Po pierwsze winien on być podawanym punktualnie, tak jak wymaga rozkład czasu w rodzinie, a więc w oznaczonym czasie wszystkie potrawy muszą być gotowe.  Po drugie, podawane jedzenie ma być zdrowem i pożywnem, po trzecie - musi odpowiadać pieniężnym warunkom domu. Nie zawsze tanie i nie zawsze drogie potrawy, tylko stosowna ich zmiana z zwróceniem uwagi na porę roku, powinna być przewodnią zasadą każdej gospodyni. Tak np. zimą ograniczamy się przeważnie strączkowemi roślinami i kaszą, co nie jest potrzebne latem, gdy jest dość młodej jarzynki, to możemy przyrządzić bardziej pożywną zupę, a do mięsa dać sałatę. Stół świąteczny urozmaicamy leguminą, tortem, etc. Główną jednak zasadą, jak to było już parę razy nadmieniane, pozostanie stosowny rozkład i kolejna zmiana różnych potraw. "   Kuchania Koszerna, Rebekka Wolf


I co Wy na to?
Zgadzacie  się?
Przyznam, że mnie ten tekst ogromnie rozbawił, choć rozumiem "jego dobre intencje". 
Wyobraziłam sobie sfrustrowaną gospodynię nerwowo zerkającą na zegar i do garnków, uwikłaną myślami  czy zdążę na czas, czy obiad jest wystarczająco zdrowy i pożywny i odpowiedni na zasobność portfela? A, i czy pasuje do pory roku? Co będzie jeśli z roztargnienia sałata trafi na stół w środku zimy? Czy da się naprawić takie faux pas?


Uff, potwornie męczące i dalekie od tego czym dla mnie jest przygotowanie wspólnego posiłku. A jest to przede wszystkim przyjemność. Radość łączenia, ciekawość smaku i oczekiwanie na to, by wspólnie zasiąść do stołu. Nie dręczę się myślami o obiedzie. Pozwalam im swobodnie i bez przymusu przepływać przez głowę. Rozglądam się bez pośpiechu szukając wskazówek - może kryją się w jednej z książek kucharskich, a może w koszyku z warzywami albo czekają zziębnięte w zamrażarce... Lubię ten moment zaskoczenia, gdy idąc tropem przeróżnych pomysłów i składników docieram do celu.

Teraz zaczyna się kolejny ekscytujące moment. Kuchnia zamienia się w małą (a czasami całkiem sporą) orkiestrę. Stukają noże, dołącza się perkusja garnków, w tle coś syczy, bulgocze, paruje. A ja, niczym dyrygent z wielką łyżką próbuję i mieszam i prowadzę tą orkiestrę do kulminacyjnego momentu. Szykuję miejsca, wybieram talerze, sztućce, miseczki, nakrywam do stołu. Rozchodzące się z kuchni zapachy rozesłały już zaproszenie. Nie musimy się nawoływać ani czekać na siebie. Siadamy razem do stołu. Muzyka kuchni ustępuje miejsca słowom przy stole. Jemy, rozmawiamy, śmiejemy się, sięgamy po kolejne dokładki. I szczęśliwie nikt nie patrzy na zegarek. Najzwyczajniej w świecie cieszymy się tą wspólną chwilą. Tym, że możemy razem usiąść do stołu. Po prostu. 


Wiem, że nie zawsze wspólny posiłek jest możliwy. Doskonale rozumiem, że odwieczny dylemat "co na obiad?" nie raz dręczy i frustruje zamieniając gotowanie w przymus i męczącą konieczność. I mnie czasami także dopada to uczucie. Ale nawet w takich chwilach, gdy nie mam czasu ani pomysłu, mobilizuje mnie myśl o tym, że nie muszę wymyślać wyszukanych dań, przecież bliskich ucieszy nawet najprostszy posiłek - ulubiona pomidorowa czy naleśniki z serem. Jeśli przygotujemy go z sercem, doprawimy go najlepiej na świecie.  Jedzenie gotowane z przymusu, na czas i bez przyjemności nigdy nie będzie tak smaczne jak byśmy chcieli. 


Weekendowe wspólne obiady smakują nam najbardziej. Wtedy nikt się nie spieszy, mamy czas i głowy pełne pomysłów. Nie patrzymy na zegarek, wstajemy kiedy chcemy i robimy to na co mamy ochotę. Ja od dawna miałam ochotę na casserole cukiniowo-fasolowe. Przepis znalazłem i zaznaczyłam już dawno temu w jednej z moich ulubionych małych książeczek z BBC GoodFood "Let's cook - 52 Summer Vegetable Dishes" (tej samej, którą znalazłam na wyspie - klik) . 


Nazwa casserole pochodzi z języka francuskiego i oznacza ceramiczne naczynie do zapiekania, w którym gotowe danie jest  podawane i określane także mianem casserole. Pierwsze wzmianki o daniach typu casserole pochodzą z XVIII wieku, kiedy danie to przygotowywane było na bazie ryżu i mięsa. Wersji casserole jest chyba tyle ile wzorów i form samych naczyń do zapiekania. Można przygotować je z mięsem i warzywami, z rybą lub z samymi warzywami. To właściwie taka odmiana zapiekanego gulaszu lub potrawki.  


Ostatni marcowy weekend zamiast oczekiwanej wiosny zasypał nas śniegiem. Sprawdziło się przysłowie, że w marcu jak w ...No właśnie w casserole, w którym znalazła się "zimowa" fasola, ale i zielona jak wiosna cukinia. Cudownie aromatyczna, pełna pysznych warzyw  potrawa zajadana z chrupiącymi grzankami była idealnym daniem na sobotni nastrój i pogodę. Ta wersja casserole nie wymaga ani dużo czasu ani pracy, wspaniale smakuje, jest pożywna i zdrowa. Podałam ją w samą porę, to znaczy wtedy, gdy wszyscy poczuliśmy się głodni. No i zimowo-wiosennymi składnikami pasowała do marcowej zmiennej pogody. W ten oto sposób mogę śmiało mianować się wzorcową gospodynią , z tą różnicą, że gotowałam w iście radosnym i pełnym dobrych myśli nastroju ani razu nie spoglądając na zegarek.


CASSEROLE CUKINIOWO-FASOLOWE
/składniki na 4 porcje/

1 łyżka oliwy
1 duża cebula
3 średniej wielkości cukinie
150 ml wytrawnego białego wina
2 puszki pomidorów 
140 g czarnych oliwek
2 puszki białej fasolki flageolet 
2 łyżki świeżego rozmaryny
50 g masła
2 ząbki czosnku
2 łyżki siekanej pietruszki
sól, pieprz
1 bagietka 


Cebulę i cukinie pokroić na plasterki. W garnku rozgrzać oliwę i wrzucić na nią cebule, a po ok. 2 minutach cukinie. Trzymać na średnim ogniu przez ok. 10 minut, do momentu aż zmiękną i lekko się zrumienią. Dolać wino, doprowadzić do wrzenia i gotować 2 minuty (lub chwilę dłużej), aż wino w połowie wyparuje. Dodać pomidory z puszki, oliwki, fasolkę odsączoną z zalewy (można też samemu ugotować wcześniej fasolę - ja tak zrobiłam) oraz rozmaryn. Zagotować i dusić przez ok. 5 minut. Doprawić do smaku.
Masło połączyć z czosnkiem oraz pietruszką. Bagietkę pokroić na dość cienkie kromki, wysmarować masłem z ziołami. Ułożyć na potrawce z fasoli i zapiekać przez ok. 5-10 minut, aż grzanki ładnie się podpieką i zrumienią.


Moje zmiany - nie dodałam czarnych oliwek i rozmarynu, bo zwyczajnie zapomniałam :) , ale dodałam za to pokrojone w plasterki dwie duże marchewki. Grzanki wysmarowałam oliwą i posypałam suszonymi ziołami, a później posypałam także tartym parmezanem.  Casserole jedliśmy razem z kuskus - bardzo pasował, zwłaszcza razem z sosem, jaki powstał podczas przygotowania casserole. Pyszne, pożywne i zdrowe danie - bardzo Wam polecam!


* cytat pochodzi z książki Kuchania Koszerna, Rebekka Wolf, wyd. TENTEN - dziękuję Monice za Hamantaschen, bo to dzięki naszemu wspólnemu pieczeniu (klik) odszukałam tą książkę i teraz z zaciekawieniem się zaczytuję:)
** przepis cytuję za książką Let's cook - 52 Summer Vegetable Dishes, BBC Good Food, rok wydania 2005

Drukuj przepis

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails