sobota, 22 maja 2010

Rabarbar. Na okrągło.



               Miał być kompot.               
     Miał być na zimno.    
                Miał być na ciepłe majowe popołudnie.                
Miał być na ochłodę.
Jest tarta. 
Jest ciepła. 
Jest na chłodny burzowy dzień. 
                                        Jest na każdą pogodę.
Jest najlepsza.
 Będę ją piec na okrągło.
Będziemy ją zjadać jeszcze na ciepło.
 Będzie Wam bardzo smakować.  


Przepis cytuję za ChilliBite z moimi drobnymi zmianami - dziękuję za wspaniały przepis!
Ta tarta to moja pierwsza propozycja w ramach akcji Rabarbarowe wypieki

SKŁADNIKI
Na kruchy spód *

100 g mielonych migdałów
200 g mąki
150 g zimnego masła
1 łyżka śmietany 18%
50 g brązowego cukru
1 żółtko


Na nadzienie
2 jajka
140 g brązowego cukru
150 g śmietany 30%
40 g mąki ziemniaczanej
300 g rabarbaru
odrobina bułki tartej


Wszystkie składniki na kruchy spód zagnieść na gładkie ciasto i wstawić do lodówki na co najmniej 30 minut.  Schłodzone ciasto rozwałkować, wyłożyć nim formę na tartę i podpiec w temperaturze 180 stopni przez ok. 15 minut.
W tym czasie jajka utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Dodać śmietanę, mąkę ziemniaczaną. Dokładnie wymieszać. Rabarbar pokroić na kawałki (ok. 2-3 cm) ** i rozłożyć na podpieczonym spodzie obsypanym delikatnie bułką tartą, by wchłonęła nadmiar soku. Zalać masą jajeczną.*** Piec ok. 25-30 minut w temperaturze 180 stopni. 


* z podanej ilości wyszedł mi spód na jedną dużą tartę i 5 małych tartaletek

** ja po pokrojeniu rabarbaru, zasypałam go kilkoma łyżkami cukru i poczekałam aż puści sok, później go odcedziłam i ułożyłam na podpieczonym spodzie.

*** w wersji ChilliBite przed zapieczeniem tarta była jeszcze posypana płatkami migdałowymi, ja ich nie użyłam

Kruchy migdałowy spód jest jednym z lepszych jakie jadłam - chrupiący, o aromacie migdałów, może być z powodzeniem używany jako spód do innych słodkich tart.


piątek, 21 maja 2010

ZAGADKA! Komu FONDUE DO CZEKOLADY? Mój mały KONKURS:)


Dziś po raz pierwszy nieśmiałe, ale witane oklaskami promienie słońca wyjrzały na nas zza chmur! Witaliśmy je oklaskami - naprawdę dobrze było przekonać się, że słońce o nas nie zapomniało. 
Ponieważ radość najlepiej smakuje, jeśli można się nią podzielić z drugą osobą, pomyślałam, że jeśli nie słońcem, to przynajmniej zabawą i nagrodą mogę się z Wami podzielić. Stąd pomysł na mały konkurs. Osoba, która jako pierwsza udzieli prawidłowej odpowiedzi na pytanie: 

"Co przygotowałam z pokazanych składników?" 

otrzyma ode mnie zestaw fondue do czekolady i także będzie mogła dzielić czekoladową przyjemność z kimś bliskim:)

Zapraszam Was serdecznie do zabawy. Dla ułatwienia dodam, że nie przygotowałam fondue czekoladowego, a wszystkie użyte składniki pokazane są na zdjęciach, jednak nie w takich proporcjach w jakich zostały wykorzystan.
Na odpowiedzi czekam do soboty do północy. O wynikach konkursu poinformuję Was w najpóźniej w poniedziałek.

Zaczynajcie zgadywać:) Powodzenia:) 

czwartek, 20 maja 2010

W czasie deszczu dzieci...

 

... się nie nudzą! Mają przecież tyle do zrobienia! Nowa stacja kosmiczna z klocków L. Kolorowanie 3-metrowej tapety (takiej specjalnej do późniejszego wytapetowania pokoju, ale u nas kupionej tylko po to, by wspólnie pobawić się kolorami). Wycieczka dookoła świata, w tym wspinaczka na Mount Everest, zasponsorowana przez googlowską mapę świata ("O! lecimy nad naszym domem!"). Domowe kręgle; bierki; scrabble w wersji light (dla juniorów); zabawa w chowanego, studiowanie atlasu ptaków, rozmowy na ważne i jeszcze ważniejsze tematy ("Mamo, dlaczego w przedszkolu, kiedy P. założył na głowę tamburyno, to nie mógł go później zdjąć?"); zabawa z dziadkiem; wiosenne porządki z babcią; zacięty finał piłkarzyków z tatą. Nie ma czasu na nudę. Nie ma czasu na telewizję, bo i nie ma telewizora (hurra!). Mamy tyle czasu dla siebie! I zawsze znajdziemy czas na wspólne pieczenie ciasteczek.
Odkąd tylko małe rączki były na tyle sprawne, by nabrać mąkę, zamieszać składniki i otworzyć słoik, mam w kuchni najlepszego i gorliwego pomocnika. I choć mały Szef Kuchni nie umie jeszcze dobrze czytać, to nikt tak jak On nie umie ubić  i usmażyć puszystego omleta.  
Uwielbiam nasze wspólne warsztaty kulinarne - choć często poprzedzone długimi i niełatwymi negocjacjami pt" Co upieczemy", zawsze mają słodki i smaczny finał. I jak przystało na poważnie traktującego sprawę fachowca, do pracy przystępuje zawsze z odpowiednim sprzętem:),  w jakże poręcznej wersji "mini".

Ostatnio dość zgodnie nasz wybór pada na ciasteczka z masłem orzechowym. Przygotowuje się je bardzo prosto i szybko - całość zajmuje niecałe 30 minut (licząc z czasem potrzebnym na nalanie sobie szklanki mleka). No, i mają wszystko to co lubimy - są chrupkie na zewnątrz i cudownie ciągnące w środku. Jedyny minus - znikają za szybko:) 
Przepis pochodzi od Dorotus.


SKŁADNIKI  
pół szklanki cukru 
pół szklanki jasnego brązowego cukru  
pół łyżeczki soli 
115 g masła lub margaryny 
115 g masła orzechowego 
1 jajko 
pół łyżeczki ekstraktu z wanilii 
1 szklanka mąki 
pół łyżeczki sody oczyszczonej

Cukry wymieszać, dodać sól, masło, zmiksować, aż mikstura będzie lekka i kremowa. Wbić jajko, dodać wanilię i zmiksować. Mąkę wymieszać z sodą, zmiksować z resztą ciasta.
Z masy formować kulki, rękoma oprószonymi mąką (masa się bardzo klei). Kulki powinny być mniejsze niż orzech włoski, ponieważ ciastka podczas pieczenia bardzo rosną. Kulki układać na blaszce w dużych odstępach, spłaszczać widelcem, nadając im wzorek 'w kratkę'.*
*nie formujemy kulek, nakładamy masę łyżeczką bezpośrednio na blachę pod wpływem temperatury masa się "rozleje" i uzyska kształt ciasteczkowy - lubimy ich nieregularność:)


Piec około 5 - 7 minut w temperaturze 200ºC. Odczekać chwilę przed ściągnięciem z blachy (będą bardzo miękkie i muszą stwardnieć). Studzić dalej na kratce. Smacznego!

poniedziałek, 17 maja 2010

Raz, dwa, trzy próba maszynki, wygrany los i sól do lodów, czyli ....



.... znalazłam w kieszeni mały pieniążek. Kupiłam za niego los. Jeszcze mniejszym grosikiem zdrapałam trochę większy pieniążek. Wygrałam! Niewiele, ale jaka wielka radość! Zwykle to ja rozdaję prezenty, w dawaniu jest przecież tyle przyjemności. Tym razem jednak postanowiłam obdarować samą siebie. Choć nie do końca, bo  przecież z największą ochotą będę nakładać kolejne gałki najbliższym. Maszynka do lodów była zawsze na mojej liście marzeń. Już kiedy byłam małą dziewczynką marzyłam skrycie o "domowej fabryce lodów" , i prawdę mówiąc raz byłam o krok od jej posiadania, wówczas maszyna trafiła jednak w inne ręce. Cóż... Czekałam. Długo. Cierpliwie. I mam! Ucieszyłam się jak dziecko, kiedy listonosz zadzwonił do drzwi i kiedy z lubością i zniecierpliwieniem mogłam zacząć zrywać papier ze starannie zapakowanego pudełka. Jest!  Próba techniczna na sucho - zaliczona pozytywnie. Mogę zacząć przyjmować zamówienia: 2 x waniliowe, 1 x truskawkowe, 1 x malinowe.... Lista smaków i kolejności kręcenia szybko się zapełnia. Za waniliowymi nie przepadam, ale czego się nie robi (kręci właściwie) dla ukochanego dziecka? Truskawkowe, malinowe - pyszne, ale nie mam już mrożonych owoców - zniknęły pod chrupiącymi pierzynkami crumble i w  semifreddo.  Więc może cytrynowe z miodem i tymiankiem - muszę je koniecznie spróbować! Wybór, choć na razie wyłącznie wirtualny zaczyna być coraz trudniejszy. 

 

Ale to właśnie wirtualny świat podsunął w końcu odpowiedź. To było jak miłość od pierwszego wejrzenia! Salted Butter Caramel Ice Cream wypatrzone na stronie Davida Lebovitza były odkryciem, któremu po prostu  nie mogłam się oprzeć. Już jakiś czas temu zakochałam się w słodko-słonym mezaliansie smaków. Karmelowe lody z solonym masłem i chrupiącym słodko-słonym karmelem zawładnęły moją wyobraźnią. Od wczoraj zajmują pierwsze miejsce  na liście ulubionych lodów, od dziś nie wyobrażam sobie, że może ich zabraknąć w zamrażarce, od jutra zabiorę się za kręcenie kolejnych porcji. 
Są zaskakujące - już sama nazwa wprawie pewnie niejedną osobę w stan lekkiego (jeśli nie wielkiego) zdumienia. Są pracochłonne, ale kto nie lubi wyzwań, nigdy nie odkryje jaka radość wieńczy dzieło. Są słodkie. Są kremowe. Są karmelowe. Są lekko słone. Są chrupiąco-ciągnące. Są boskie! Smak soli jest idealnym balansem do słodyczy karmelu.  Jest jak dalekie echo. Karmelowo-słona pralina choć na etapie przygotowania jest bardzo twarda, pod wpływem zamrożenia lekko topnieje i przypomina karmelowe cukierki-ciągutki. Rozkosz! Prawdziwa! Niezwykła! Spróbujcie! 

Przepis cytują za Davidem Lebovitz, z moimi drobnymi zmianami.
To moja pierwsza propozycja do Lodowej akcji, którą organizuje Kasandraa6.

SKŁADNIKI

Na karmelową pralinę 
1/2 szklanki (100 g) cukru
3/4 łyżeczki soli morskiej

 Na masę lodową
2 szklanki (500 ml) mleka  
1,5 szklanki (300 g) cukru
4 łyżki (60 g) solonego masła
1/2 łyżeczki soli morskiej
1 szklanka (250 ml) śmietany kremówki
5 dużych żółtek
3/4 łyżeczki ekstraktu waniliowego

1. Do wykonania praliny karmelowej należy przesypać cukier do garnka o grubym dnie i równomiernie rozłożyć. Cukier rozpuszczać na średnim ogniu, unikając mieszania - dzięki temu cukier równomierni się skarmelizuje i nie powstaną grudki. Jeśli jednak  nie możecie powstrzymać się od mieszania i powstaną grudki, nie należy się tym przejmować - rozpuszczą się później. Cukier karmelizować do momentu, aż osiągnie piękny złoto-brązowy kolor. Należy uważać, aby go nie spalić!

2. Kiedy karmel jest gotowy, należy natychmiast dosypać do niego sól i wymieszać, aby się rozpuściła i połączyła z całością. Zdjąć z ognia.

3. Gorący karmel jak najszybciej wylać na przygotowany wcześniej papier do pieczenia lub najlepiej matę do wypieków (wielokrotnego użycia). Należy to robić szybko, gdyż karmel szybko twardnieje. Po wylaniu karmelu trzeba unieść matę i obracać, aby karmel rozlał się po jak największej powierzchni - dzięki temu będzie cieniutki i chrupiący.

4. Odstawić do całkowitego ostudzenia i stwardnienia.


5. Przygotowanie masy lodowej należy rozpocząć także od sporządzenia karmelu. Do rondla o grubym dniu wsypać 300 gr cukru i rozpuszczać na średnim ogniu do momentu otrzymania złoto-brązowego karmelu. Podobnie jak przy pralinie, unikać mieszania, aby nie powstały grudki (jeśli powstaną, rozpuszczą się podczas późniejszych etapów, więc nie należy się tym przejmować).

6. Skarmelizowany cukier zdjąć z ognia, dodać masło i sól. Mieszać energicznie do momentu, kiedy masło się roztopi. Następnie stopniowo wlewać śmietanę, także cały czas mieszając. Uwaga! Na tym etapie karmel może stwardnieć i sprawiać wrażenie nie nadającego się do dalszej obróbki. To normalne. Jakąkolwiek formę przybierze po dodaniu tych składników, należy umieścić go ponownie na średnim ogniu i mieszać aż do uzyskania jednolitej płynnej masy. Na końcu dodać mleko.

7. W misce ubić lekko żółtka i stopniowo, aby się nie zważyły, dolać do nich trochę gorącej zalewy. Dokładnie wymieszać i wlać z powrotem do rondla z resztą zalewy. Mieszać cały czas na średnim ogniu do momentu, kiedy masa zacznie gęstnieć (trwa to ok. 5 minut). Zdjąć z ognia, dodać ekstrakt waniliowy i ponownie wymieszać. Gotową masę można na końcu przelać przez sitko, ale na tym etapie ewentualne grudki powinny dawno się rozpuścić, więc nie jest to konieczne.


8. Masą należy dokładnie schłodzić - przepis podaje 8 godzin, u mnie trwało to ok. 4 godzin chłodzenia najpierw w temperaturze pokojowej, później w lodówce.

9. Schłodzoną masę przełożyć do maszynki do lodów i postępować dalej zgodnie ze wskazówkami producenta (u mnie lody kręciły się 35 minut).


10. Kiedy maszyna kręci lody, należy rozkruszyć pralinę na drobne kawałki. Ja użyłam do tego tłuczka do mięsa :)


11. Pod sam koniec kręcenia lodów, kiedy masa zacznie gęstnieć, dosypać kruszonkę z praliny i dokładnie wymieszać.

12. Gotową masę lodową przełożyć do plastikowego pojemnika i włożyć do zamrażarki. Mrozić kilka godzin lub do momentu całkowitego stwardnienia.



* Moje uwagi : 
- podstawą sukcesu jest przygotowanie i odmierzenie wszystkich składników przed przystąpieniem do pracy - ze względu na przygotowywanie karmelu należy działać szybko i sprawnie, więc nie ma czasu na ważenie, itp. w trakcie pracy.
- pralinę można przygotować na drugim etapie, w trakcie studzenia masy karmelowej. 

sobota, 15 maja 2010

ZAPLATANIE NA ŚNIADANIE

 




Zaplatać, pleść, poplątać.... można się zaplątać w słowach, znaczeniach, kierunkach. A jednak zawsze chodzi o to samo - łączenie w jedno, zebranie w całość. 
Czuję ulgę, gdy czytając książkę losy bohaterów zaczynają splatać się w całość. 
Chcę wierzyć, że idąc za głosem serca zaplatam kolejne dni w historię, która nie jest nijaka. 
Wracam myślami do dni, kiedy wczesnym rankiem mała dziewczynka siada w kuchni z kubkiem kakao. Jej mama zawsze ma czas, by zapleść jej warkocze, zawiązać czerwone kokardki, przytulić przed wyjściem. 
Dziś to ja podgrzewam mleko do porannego kakao. Rozplątuję wczorajsze sny. I czekam na wspólny poranek. Za chwilę splączą się nasze słowa, pomysły, radości. Uwielbiam to beztroskie poplątanie. 
Uwielbiam zaplatać chałkę, kroić jeszcze ciepłą, smarować grubo masłem i popijać mlekiem. A Wy?


*przepis na chałkę cytuję za Gosią ze Sweet art, z moimi drobnymi zmianami
To moja propozycja do akcji Mico "Śniadania Majowe"
 
SKŁADNIKI NA 1 DUŻĄ CHAŁKĘ 
na ciasto:
500g mąki
łyżeczka soli 

7g suszonych drożdży lub 30g świeżych * (użyłam świeżych)
1łyżka cukru 

2jaja
2łyżki cukru * (dałam 4:) 

200g mleka
40g masła



na kruszonkę :
40g mąki
25g masła
1,5 łyżki cukru
dodatkowo
:
1żółtko
1łyżka mleka


Mąkę wymieszać w misce z solą.
Drożdże rozpuścić z łyżką cukru i 3 łyżkami mleka. Odstawić do aktywacji drożdży, czyli na ok. 10-15min. Jaja roztrzepać z cukrem. Masło roztopić, dolać mleko. Płyn ma być ciepły, ale nie gorący. 
Zrobić w mące środeczek. Wlać w niego po kolei: drożdże, mleko z masłem i jajka.
Wyrabiać ciasto ok. 10min *(ja wyrabiałam maszynowo i trwało to ok. 2-3 minut)
Wyrobione ciasto włożyć do miski obsypanej leciutko mąką, przykryć folią spożywczą i ostawić w ciepłe miejsce na ok. 2godz. *(u mnie wyrastało niecałą godzinę)
Odgazować ciasto (wbijając w nie pięść kilkakrotnie). * (to bardzo odstresowuje: )
Podzielić na 5 równych części (180g) *(ja podzieliłam na 3 i zaplotłam typowy warkoczyk)
Uformować z nich długie, ale nie za cienkie wałki i zapleść warkocz (dokładna instrukcja na stronie Sweet art). 



Zaplecioną chałkę położyć na foremce, przykryć ściereczką i odtawić na ok.1godz. do podwojenia objętości.
Przed pieczeniem posmarować żółtkiem roztrzepanym z mlekiem, posypać kruszonką.
Piec w 190 st. C przez 20-30min. do zarumienienia.

czwartek, 13 maja 2010

WĘDZONY, PIECZONY, CIEPŁY, ZIMNY



Zbieram dobre chwile jak koraliki. Nadziewam na nitki pamięci i chowam w niewidzialnych szkatułkach. A kiedy szukam pociechy, z radością dziecka podnoszę wieczko. Czeka tam na mnie stos kolorowych wspomnień. Są duże i małe, zabawne i romantyczne, pachnące i rozkoszne, dziecinne i dorosłe. Lubię, gdy niespodziewanie dźwięk, obraz czy przypadkowe słowo niczym zaklęcie otwierają szkatułkę i podsuwają wspomnienie. Nie zawsze poważne, często zupełnie błahe, a czasami tak odległe, że aż się dziwię jak przetrwały. 
Już zawsze zapach bzów będzie przywoływał pewne majowe popołudnie, gdy z przyjaciółką  uciekałyśmy przed nadciągającą burzą biegnąc między kroplami deszczu z naręczem kwiatów zerwanych przy drodze. 
Za każdym razem, gdy zjadam lody kawowe wędruję do salonu mojej babci, gdzie jako dziecko siadałam przy fortepianie i trzema palcami wygrywałam tylko mi znane takty, a babcia nagradzała mnie porcją domowych lodów. Kawowych. Najlepszych. 
Zielone, purpurowe, żółte, białe - moje porcelanowe ulubione naczynia. Kupione w pewną słoneczną i beztroską niedzielę, na bazarze, na wagę (!), na zapas, na tyle dań. Lubię do nich wracać. Chciałam je dziś postawić na stole. By się rozgrzać. By przypomnieć radość z ich wybierania. By poczuć się dobrze. 
I choć dziś ważniejsze dla mnie było w czym zjadam, to dokładam do zbiorów także nowe wspomnienie. Tym razem  smaku - wędzonego, pieczonego, poznanego na ciepło i sprawdzonego na zimno. Pysznego! 

ZAPIEKANKA Z ŁOSOSIEM
SKŁADNIKI na 2-3 porcje

250 g makaronu typu kolanka (choć może być inny)
5-6 plastrów wędzonego łososia
pęczek koperku
kubek śmietany 12%
2-3 łyżki musztardy
1 jajko
sól, pieprz
tarty żółty ser do posypania 
cytryna (opcjonalnie) 
oliwa


Makaron ugotować w osolonej wodzie al dente. Odcedzić i przestudzić. Plastry łososia pokroić na drobne kawałki. Koperek umyć i posiekać. Do miski przelać śmietanę, dodać jajko i dokładnie wymieszać, doprawić solą i pieprzem. Dodać musztardę i ponownie dokładnie wymieszać. Koperek umyć i poszatkować. Plastry łososia pokroić na mniejsze kawałki i razem z koperkiem dodać do śmietany. Wymieszać. Naczynia żaroodporne wysmarować oliwą. Piekarnik rozgrzać do temperatury 190 stopni. Przestudzony makaron dodać do miski z sosem i dokładnie wymieszać. Przełożyć do miseczek, na wierzchu posypać startym żółtym serem. Zapiekać ok. 20-30 minut. Gotowe można skropić cytryną (wręcz wskazane:). Smakuje doskonale zarówno na ciepło, jak i na zimno. Polecam!


niedziela, 9 maja 2010

Poznajcie PIDE....

  ...czyli turecką pizzę. " Za typowy placek turecki uznaje się pide. Podaje się go bardzo często w tureckich restauracjach za granicą, ale w kraju jada  tylko w czasie ramadanu jako obowiązkowy składnik posiłku, gdy przestaje już obowiązywać nakaz ścisłego postu. Pide piecze się z mąki pszennej, nadaje mu kształt łódki z rozcięciem pośrodku, by móc nafaszerować posiekanym mięsem i przyprawami lub owczym serem." *


Nigdy nie byłam w Turcji, nigdy nie jadłam pide w żadnej restauracji. Ale wybrałam się pewnego dnia na zakupy. Odwiedziłam stoisko z tanimi książkami. Pogrążyłam w przeglądaniu znanych lub nie tytułów, te ciekawsze wróciły ze mną do domu, a wraz z nimi nowe pomysły i inspiracje. Książki kucharskie traktuję trochę jak wino, pozwalam im leżakować i lubię po nie sięgać wieczorem delektując się zdjęciami i szukając okazji, by sprawdzić najciekawszy przepis. Pide zaintrygował mnie od razu. Ale pewnie nie była to odpowiednia pora. Albo nie miałam wtedy zapasu fety, a może świeżych drożdży.... (bo szpinak mam zawsze). Ale w miniony piątkowy wieczór KUCHNIA TURECKA była pierwszą książką ściągniętą z półki na kolejną wyprawę kulinarną. Tym razem byłam gotowa, moja lodówka także. Po sobotnim spacerze poznaliśmy smak pide. Was także bardzo zachęcam do tego bardzo smacznego spotkania.  

*Przepis i cytat z książki KUCHNIA TURECKA, wydanej w serii Podróże Kulinarne, wyd. Rzeczpospolita, 2008. 

SKŁADNIKI NA 4 PIDE
10 g świeżych drożdży
225 g mąki
1 łyżeczka soli

Drożdże rozkruszyć w misce. Zalać 1 szklanką ciepłej wody, wymieszać. Dodać mąkę i sól. Wyrobić gładkie ciasto, przykryć i odstawić na ok. 45 minut w ciepłe miejsce (powinno podwoić objętość.)
Wyrośnięte ciasto wyrobić na stolnicy posypanej mąką. Podzielić na 4 porcje, rozwałkować owalne placki. Na każdy nałożyć nadzienie. Uformować łódeczki (łącząc końce placków). Pokropić oliwą i posypać kuminem. 
Piec ok. 15 minut w piekarniku rozgrzanym do 220 stopni, aż pide się zrumienią. Można podawać z kawałkami cytryny do pokropienia.
Ciasto jest bardzo delikatne, z wierzchu lekko chrupiące, w środku miękkie, sprężyste. Pyszne!

SKŁADNIKI NA NADZIENIE
1 pęczek dymki 
300 g szpinaku (użyłam mrożonego)
100 g sera feta
1/2 łyżeczki kuminu
2 łyżki oliwy
sól, pieprz
1-2 ząbki czosnku
Szpinak rozmrozić i odparować, połączyć z dymką, doprawić do smaku czosnkiem i przyprawami. Jeśli używamy świeżego, szpinak dokładnie umyć i sparzyć kilka sekund we wrzątku. Ostudzić zimną wodą, odcisnąć, grubo posiekać i połączyć z dymką i przyprawami.  Nakładać na placki, na wierzch kłaść rozkruszony ser feta.

piątek, 7 maja 2010

DOMOWE SPA - KTO MA OCHOTĘ?



Spokojna muzyka wprowadza mnie w stan relaksu. Moje ciało chłonie witaminy. Zioła i lecznicze substancje oczyszczają organizm i odmładzają cerę. Nie zapominam też o gimnastyce. Skłony i przysiady rozciągają nie zawsze chętne do ćwiczeń mięśnie. Pobyt w spa od paru lat niezmiennie znajduje się w ścisłej czołówce mojej prywatnej listy marzeń. I dziś udało mi się je spełnić. I nie musiałam wyjeżdżać. I będę z niego korzystać regularnie. I nie muszę płacić. I nie myślcie, że to niekulinarny wpis.  I nie myślcie, że się chwalę. Wprost przeciwnie. Chcę się podzielić. 
Po raz pierwszy od kilku dni poranek powitał nas słońcem i błękitem nieba. Po wielu deszczowych dniach chcę chłonąć wiosenne powietrze, zaszyć się wśród zieleni, zjeść coś nowego, świeżego, zdrowego. Chcę .... pokrzywy! Nie jednej! Kilku garści. Świeżych , ledwo rozwiniętych liści. Uzbrojona w nożyce i ogrodnicze rękawiczki wyruszam do mojego spa. Kilka kroków za domem rozciąga się nasza łąka. W miejscu gdzie kończą się bzy, zakrętu strzeże stara jabłoń. To tu łąka opada i krętą ścieżka prowadzi nad strumień. Z kuzynkami spędzałam tu dzieciństwo, z W. wsłuchiwałam się w serca bicie, z  moim synem kryjemy się tu przed piratami. To tu śpiew ptaków jest najpiękniejszą muzyką, to tu szum wody opowiada historie, których nie można gdzie indziej usłyszeć. To tu zieleń codziennie zmienia barwy. Wsłuchuję się, wyciszam, pochylam po zielone listki. Świeże powietrze, niczym aromaterapia, koi duszę i ciało. Wypoczęta, powracam z  koszykiem witamin. I na koniec tego cudownego przedpołudnia w  domowym spa zjadam zdrową i rześką zupę z pokrzywy*.  

  
*Urtica (łac.), czyli pokrzywa, wzbudziła mój szacunek, kiedy w trakcie wiosennych porządków znalazłam stary numer czasopisma Magiczna Kuchnia, a w nim artykuł Pawła Reincholda "POKRZYWA - BRZYDULA Z PIĘKNĄ DUSZĄ".  Jej lecznicze, wzmacniające i odmładzające właściwości po prostu mnie zachwyciły. Może znacie inne sposoby na dania z pokrzywą?
P.S. Amber, dziękuję za radę! 

 SKŁADNIKI 
2-3 porcje

3 garście młodych listków pokrzywy (ścinamy tylko 4-5 górnych listków)
1 cebula lub 2 szalotki
2 ząbki czosnku
0,5 l bulionu warzywnego
1-2 średnie ziemniaki
1,5 łyżki masła
sól, pieprz do smaku
1-2 łyżeczki soku z cytryny

Liście pokrzywy dokładnie opłukać w zimnej wodzie. Cebule i czosnek obrać i drobno pokroić. Na rozpuszczone masło wrzucić cebulę i czosnek, chwilę podsmażyć. Dodać liście pokrzywy. Kiedy się skurczą i "zwiędną", zalać je bulionem. Ziemniaki obrać, drobno pokroić i dodać do zupy. Gotować 10-15 minut. Ugotowaną zupę zmiksować blenderem, doprawić do smaku solą, pieprzem i sokiem z cytryny. Można podawać z grzankami. Smacznego!  

środa, 5 maja 2010

GORĄCY KUBEK W DESZCZOWY DZIEŃ



Pada. Pada już trzeci dzień. Ma padać kolejne dwa, może trzy...Kiedyś taka deszczowa pogoda  budziła we mnie chandrę, a pochmurne niebo mogło konkurować z równie pochmurnym nastrojem. Teraz jest inaczej. Nauczyłam się cieszyć z każdej pogody. Nie była to lekcja łatwa, ale jakże potrzebna. Deszcz, zimno, wiatr - szukam energii w każdym kaprysie pogody. I zawsze znajduje! Myślę, że ciepło jest w nas, w środku. Wystarczy roztoczyć je wokół siebie. I szukać. Szukać dobrych stron tego co tylko pozornie wydaje się pochmurne. Przez mokrą szybę obserwuję mój ziołowy ogródek, doniczki z pomidorami, kwiaty. Deszcz wyręcza mnie w podlewaniu. Powracam do ulubionej zimowej herbaty z pomarańczami. Za chwilę zagrzeje dłonie gorącym kubkiem z zupą. Gęstą, pożywną. Usiądę na fotelu, otulę ciepłym kocem i posłucham deszczu.  Posłuchacie ze mną? 
 
ZUPA-KREM Z CUKINI
składniki na 2-3 porcje

2 średnie cukinie
1 duża cebula lub 3 szalotki
2-3 średnie ziemniaki
2 ząbki czosnku
oliwa
sól, pieprz do smaku
3/4 l wody lub bulionu warzywnego

Cukinię umyć i ściąć końcówki (nie obieram ze skórki, dzięki czemu zupa zyskuje na kolorze). Cebulę i czosnek obrać i pokroić. W garnku podgrzać oliwę, wrzucić na nią czosnek i cebulę, aż stanie się szklista, a czosnek się lekko zrumieni. Dodać pokrojoną w cienkie plasterki cukinię oraz obrane i pokrojone drobno ziemniaki. Chwilę razem podsmażać. Zalać wodą / lub bulionem. Gotować ok. 10-15 minut. Doprawić solą i pieprzem. Ugotowaną zupę zmiksować, i jeśli trzeba doprawić jeszcze dodatkowym ząbkiem czosnku. Podawać z grzankami. Smacznego! 


sobota, 1 maja 2010

KREM KOKOSOWY Z RABARBAREM



W przypadku niektórych ulubionych smaków i potraw jestem konserwatywna - przyzwyczajam się do  dodatków, sposobu podania, pory roku, a nawet miejsca, gdzie są zjadane. Jednak w przypadku rabarbaru zasady te nie mają nic do powiedzenia. Rabarbar uwielbiam w każdej postaci i gdyby to tylko było możliwie, jadłabym go o każdej porze roku:) Począwszy od  czekającego na mnie w dzieciństwie zimnego kompotu gotowanego  przez ukochaną Babcię w wielkim garnku, którym częstowała mnie zawsze w letnie popołudnia, po różne wersje tart, crumble czy drożdżowych placków, wszytko co rabarbarowe  przyrządzam i zjadam z wielką ochotą. Nie mogłam zatem przejść obojętnie obok przepisu na Coconut Creams with Rhubarb, czyli Kokosowego kremu z rabarbarem. Krem jest niezwykle łatwy w wykonaniu, a jego przygotowanie zajmuje maksymalnie 10 -15 minut, nie licząc czasu chłodzenia w lodówce. Aromat kokosu w połączeniu ze smakiem rabarbaru daje cudowny efekt. Deser jest lekki, konsystencją przypomina panna cottę, i  pod warunkiem, iż jest dobrze schłodzony, tworzy idealny deser na ciepłe popołudnie. Zapraszam!

SKŁADNIKI 
/na 4 porcje/

3 listki żelatyny  /używam żelatyny w listkach - 1 listek odpowiada 1 łyżeczce/
400 ml mleka kokosowego
6 łyżek cukru
1 opakowanie cukru waniliowego
300 g rabarbaru pokrojonego na kawałki

Listki żelatyny włożyć do miski i zalać zimną wodą. Odstawić na ok. 5 min. (używając sypkiej żelatyny, należy ją namoczyć w niewielkiej ilości zimnej wody). W tym czasie w garnku o grubym dnie podgrzać mleko kokosowe z 2 łyżkami cukru. Podgrzewać aż będzie gorące, ale nie dopuścić do wrzenia. Zdjąć z ognia. Namoczone listki żelatyny wyciągnąć z wody i dodać do gorącego mleko, mieszać do momentu rozpuszczenia żelatyny. Odstawić do wystudzenia i przelać do przygotowanych pucharków. Chłodzić w lodówce do momentu stężenia, najlepiej wstawić na noc, aby deser dobrze się schłodził.
Rabarbar oczyścić z włókien i pokroić na kawałki. Połączyć z cukrem i cukrem waniliowym i podgrzewać na małym ogniu aż do momentu zagotowania, ok. 2-3 min. (nie gotować za długo, aby rabarbar zachował kształt i nie rozpadł się). Ostudzić. 
Przed podaniem na każdy z kremów nałożyć sos rabarbarowy. Smacznego!

Drukuj przepis

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails