Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kolacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kolacja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 sierpnia 2011

Co Wam mogę podarować? Słone krople i fenkuł. Rustic fennel pizza.



Zaczyna się niewinnie.
Nikt inny tego nie widzi. 
Ale Ty już czujesz.
Najpierw broda.
Lekkie drżenie.
Potem gardło.
Ściska coraz mocniej.
Później oddech.
Trzeba szybko złapać kolejny.
Powieki są już bezradne. 
Zaczęło się.


Pierwsza spływa jeszcze powoli.
Trochę łaskocze, gdy dociera do szyi. 
Kolejne zdają się cięższe.
Bardziej zdecydowane.
Jakby pewniejsze siebie. 
I już nie nadążasz z ich wycieraniem.


Łzy.
Wzruszenia.
Radości. 
I odruch, którego nie da się powstrzymać, bo przebiegła cebula jest bezlitośnie nieugięta.
Cebula. 
Od niej niemal wszystko się zaczyna.
Zupa.
Potrawka.
Sos.
Całe kuchenne przedstawienie.


Taki rytuał - ostry nóż i strumień łez. 
Jak inicjacja, początek.
Potem wszystko się zmieni. 
Cebula złagodnieje.
Łzy obeschną. 
I przyjdzie pora niewidzialnego.
Subtelnie rosnącego w siłę.
Docierającego wszędzie i zmieniającego powietrze w kuszącą zapowiedź.
To pora zapachu.


I pora próby - zbudzony apetyt staje się coraz bardziej niecierpliwy.
Zmysły w pełnej gotowości nie chcą czekać ani chwili dłużej. 
I tylko rozsądek podpowiada, że warto. 
I dźwięki.
Łagodzą i uspokajają.
Brzdęk sztućców.
Stukot talerzy.
Akompaniament szkła i rytmiczna perkusja stóp drepczących wokół stołu.


A wszystko w oczekiwaniu na wielki finał. 
Ucztę na cztery zmysły. 
Oczy widzą już wszystko.
Zapach rozgrzewa i kusi.
Teraz pierwsze skrzypce gra smak.


Kawałek po kawałku, jak strony książki, przyprawy i dodatki łączą się w opowieść. 
Od pierwszej łzy po ostatni kęs wszystko układa się w doskonałą całość. 
Prostą, chrupiącą, z nutą słodyczy, subtelnym aromatem anyżu, ostrością pieprzu i łagodnością śmietany.


Rustic fennel pizza. Rustykalna pizza z karmelizowanym fenkułem i cebulą. 
Który to raz prostota nie pozwala o sobie zapomnieć....
A wszystko zaczęło się w pewien sobotni poranek.  
Dzwonek do drzwi wcześnie rano. Kto lubi takie pobudki? Ja nie!
W drzwiach listonosz. Trzyma paczkę.
Dla mnie!
I już zaczynam lubić ten dzień;)


To nic, że stoję w piżamie z fryzurą mocno free-stylową. To nic, że listonosz patrzy na mnie lekko oburzony, bo on w pełnym umundurowaniu pracuje już od przynajmniej godziny. 
Liczy się paczka. I ta rosnąca ciekawość - Kto ją wysłał? Co jest w środku?
I wiecie co to było? Podpowiem, że nie cebula...
Piękny, pachnący i najbardziej zaskakujący prezent jaki dostałam.

Tak! Fenkuł! 
Od Amber. Wiedziała, że mam na niego ochotę, ale wtedy był u mnie nieosiągalny. 
Kupiła więc, zawinęła w papier i wyprawiła w podróż.
Wielka radość i parę słonych kropli wzruszenia...
Zostawiam Was z rustykalną pizzą z karmelizowaną cebulą i fenkułem, który przebył sporo kilometrów, by doczekać się wyjątkowo pysznego zakończenia. Nie jedną łzę uroniłam nad tą pizzą, ale uwierzcie mi - warto było!


Zanim jednak spróbujecie, napiszcie mi o najbardziej zaskakującym prezencie lub przesyłce jakie dostaliście. Wybiorę jedną osobę, której prześlę niespodziankę - mam nadzieję, że równie zaskakującą. Możecie też sami napisać, na jaki prezent ode mnie mielibyście ochotę - nie obiecuję, ale kto wie, może uda się spełnić jakieś marzenie...  Na Wasze wpisy czekam do 25 sierpnia.
 
A teraz szykujcie się na strumień łez - najwyższa pora kroić cebulę;)


RUSTYKALNA PIZZA Z KARMELIZOWANYM FENKUŁEM I CEBULĄ

Na spód
15 g świeżych drożdży lub 7 g suchych  
150 ml ciepłej wody  
1/2 łyżeczki cukru  
250 g mąki pszennej  
1 pełna łyżeczka soli  
1 łyżka oliwy z oliwek


Drożdże wymieszać w kubku z 60 ml ciepłej wody, cukrem i 1 łyżką mąki. Odstawić na 15 - 20 minut w ciepłe miejsce do wyrośnięcia. Mąkę przesiać do miski, dodać sól, rozczyn drożdży, oliwę oraz resztę ciepłej wody. Wyrabiać ciasto przez 10 - 15 minut. Przykryć ściereczką i odstawić do wyrośnięcia na około 1 i 1/2 godziny ( u mnie wyrastało niecałą godzinę).


Wyrośnięte ciasto podzielić na 3 równe części, obsypać mąką, rozwałkować na owalne lub okrągłe placki. Ułożyć je na posmarowanej oliwą blasze lub papierze do pieczenie, odstawić na 1/2 godziny do podrośnięcia w ciepłe miejsce (pominęłam ten etap bez szkody dla pizzy).


Na nadzienie

1-2 bulwy kopru włoskiego
2-4 cebula (w zależności od wielkości)
oliwa z oliwek
sporo świeżo mielonego pierzu
sól do smaku
1 kubek gęstej śmietany
opcjonalnie drobno posiekany boczek 


Fenkuł posiekać w piórka. Na patelni rozgrzać oliwę, wrzucić koper i trzymając na średnim ogniu karmelizować przez ok. 20-25 minut, do momentu aż nabierze lekko złotego koloru, stanie się miękki i niemal szklisty. Na osobnej patelni tak samo postępować z cebulą. Smak fenkułu lub cebuli można lekko "podkręcić" dodając pod koniec kilka kropli octu balsamicznego.


Przygotowane spody pizzy posmarować śmietaną, nałożyć na nią porcję karmelizowanego fenkułu i cebuli. Obficie doprawić świeżo mielonym pieprzem, ewentualnie odrobiną soli. Można także dodać drobno krojony boczek. Wstawić do piekarnika nagrzanego do temperatury 250 stopni i piec przez 10-15 minut. Smacznego! 


* przepis na spód do pizzy pochodzi z tej strony - klik 

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Rzecze na to kalarepka - "Nikogo nie ma w domu!"



"Czy jest pani emerytką?" usłyszałam na "dzień dobry" z ust pozornie miłej pani, która zadzwoniła do mnie, by przedstawić "pewną niezwykle atrakcyjną ofertę". Pozornie miłej, bo gdy grzecznie odmówiłam, pani puściły nerwy i dała popisowy upust swej frustracji i oburzenia. 


"Droga pani Anno, dzwonię, ponieważ zbliżają się pani urodziny i chciałabym w imieniu całego wydawnictwa złożyć pani najserdeczniejsze życzenia" (tu następuje pełna egzaltacji recytacja wszystkich możliwych życzeń i uprzejmości). Skonsternowana i zupełnie zaskoczona dziękuję "Głosowi", który jednak nie jest bezinteresowny i prosi o opinię na temat książek, których nie czytam, nie kupuję i których nie ustawię na jednaj z półek biblioteczki. 


"Dzień dobry! Czy pomyślała już pani o zakupie nowych okularów słonecznych na ten sezon? Z radością informuję, że nie musi się już pani o to martwić. Właśnie wgrała pani parę okularów słonecznych z limitowanej serii zupełnie za darmo! Wystarczy  tylko przyjść tu i tam, dokonać "symbolicznej" opłaty wpisowej i darmowe okulary są pani!" Na pytanie, czy te darmowe, słoneczne i oczywiście limitowane, mogę zamienić na różowe, "Głos" nie reaguje, zapewnia jednak po raz kolejny, że to zupełnie nic nie kosztuje ....


"Pani Anno, czy zastanawiała się pani  nad tym, jak bardzo pani życie może zmienić się na lepsze? Koniec zmartwień, frustracji i ... brudnych podłóg! Z naszym w pełni zautomatyzowanym systemem (tu nazwa) pani życie nabierze blasku szczęścia i czystości. Czy ma pani odwagę odmówić takiej perspektywie?!"


A jednak tak.
Dziękuję.
Wysiadam.
Nie chcę. 
Nie mam ochoty. 


Nie zmieści mi się na nosie kolejna para darmowych okularów. 
Nie potrzebuję kija ze szmatką, by moje życie nabrało barw. 
Nie mam głosu emerytki (z całym szacunkiem dla całej rzeszy przemiłych pań emerytek:) , choć moje urodziny "świętowane" niedawno  przez zupełnie mi obce wydawnictwo otwarły kolejną dekadę życia, którego częścią nie są brudne podłogi. 


Pytania. Oferty. Fałszywe uprzejmości. 
Wszędzie. Na ulicy. Na plakatach. W reklamie.
I te najbardziej dokuczliwe - telefoniczne. 
Czy świat przeprowadza ze mną niekończący się wywiad? A jeśli tak, czemu nie jest w stanie zaakceptować odpowiedzi odmownych? 


Czy ktoś mnie pytał czy mam ochotę na udział w tej żenującej ankiecie? 
Na ile pytań mam jeszcze odpowiedzieć odmownie, by "Głos" przestał do mnie dzwonić i skreślił mnie z listy? 
Czy w ogóle można być skreślonym z tej listy?
Czy chociaż raz padnie pytanie, które chcę słyszeć?


Ja odmawiam dalszych odpowiedzi. Wywieszam kartkę "Nikogo nie ma w domu" (pamiętacie ten serial?). Wyciszam telefon z pełną świadomością, że właśnie w ten sposób przejdą mi przed nosem super-ścierka, darmowe kapcie wygrane w konkursie, w którym najwyraźniej jak zawsze brałam udział bez własnej wiedzy i wakacje tylko we dwoje zupełnie za darmo, wystarczy, że opłacę jedynie pobyt i wyżywienie.....


No właśnie - jedzenie! Z premedytacją odwracam rolę - teraz ja "dzwonię do Pani/Pana w bardzo ważnej sprawie" i pytam "Czy lubicie kalarepkę?" Uczciwie uprzedzam, ten przepis nie jest darmowy - jeśli kalarepka nie rośnie w Waszym ogródku, musicie za nią zapłacić na targu, podobnie jak za rzodkiewkę i resztę składników. Jest jednak bonus - carpaccio z kalarepki smakuje wybornie i delektowanie się jego smakiem jest bezcenne!


CARPACCIO Z KALAREPKI
/na 1-2 porcje w zależności od wielkości kalarepki/

1 kalarepka
2-3 rzodkiewki
kilka łyżek soku z cytryny
2-3 łyżki miodu
świeżo mielony pieprz
kilka łyżek oliwy z oliwek
zioła (użyłam rozmarynu)
parmezan lub inny twardy ser o wyrazistym smaku


Kalarepkę obrać ze skórki i pokroić na bardzo cieniutkie plasterki - użyłam szatkownicy. Tak samo pokroić umytą wcześniej rzodkiewkę. Plasterki kalarepki rozłożyć na dużym płaski talerzu przekładając co jakiś czas plasterkami rzodkiewki. Z oliwy, soku z cytryny i miodu przygotować sos i obficie skropić nim warzywa.


Posypać ziołami i grubo mielonym pieprzem. Na koniec udekorować wiórkami sera. Można zjadać od razu, choć nam bardziej smakowało po schłodzeniu w lodówce, kiedy warzywa przesiąknęły sosem. Polecam!

poniedziałek, 23 maja 2011

Botwinka. Na okrągło. I chwile jak bańki mydlane



Macie swoją ulubioną porę dnia?
A może godzinę?
A może jakieś wydarzenie, jedno lub kilka, na które czekacie niecierpliwie? A kiedy już nastanie, chcecie zatrzymać czas i trwać w tej chwili bez końca...
A może jakiś rytuał powtarzany niezmiennie jak mantra, wprowadza Was w upragniony stan spokoju i szczęścia?


Chwile są jak bańki mydlane - małe i duże, płyną powoli lub pędzą, czasem dają się porwać w nieznane, pryskają zbyt szybko i lśnią tęczowo zanim stopią się z powietrzem.
Mam wiele takich chwil, w których chciałabym się zanurzyć jak w bańce mydlanej. Oderwać od ziemi, ukołysać na wietrze. I nie słyszeć wtedy świata, tylko dźwięki i muzykę zamknięte w tej chwili.


Szkoda, że te chwile pryskają tak szybko. Delikatne i ulotne. Chowam je w pamięci, pielęgnuję w sercu i trochę jak czarodziej zaklinam słowa, myśli i zdarzenia, tak by zapleść z nich ścieżkę. A gdy jest gotowa, krok po kroku, niespiesznie, by cieszyć się każdym momentem, zmierzam do chwili, na którą czekałam i do której ta ścieżka prowadzi.


Tych chwil i ścieżek jest tak wiele, że nie sposób je wszystkie wymienić. Część z nich chcę zachować tylko dla siebie, wiele przeżywać z bliskimi, a spora część wiąże się wyłącznie z jedzeniem.


Myślę, że to co jemy i gotujemy w zdecydowanej części jest echem naszej pamięci. Wracamy do ulubionych smaków z dzieciństwa, odtwarzamy potrawy, szukamy na nie przepisu. Ale nie tylko listy składników i sposobu wykonania. Tęsknimy za ludźmi, atmosferą, miejscem, za tymi wszystkimi chwilami, które sprawiły, że chcemy do nich wrócić, odtworzyć i znów posmakować.  


Oczywiście, wiele takich chwil tworzymy też sami, zupełnie od początku, bez bagażu pamięci, ale z wielkim apetytem na coś nowego. I  z nadzieją, że i do tych chwil i potraw będziemy chcieli po czasie powrócić.


Co roku ścieżką utkaną przez czas uciekam myślami do maja. A gdy już docieram na miejsce, celebruję chwile na które czekałam. Jedną z nich jest późne popołudnie na tarasie. Światło jest wtedy ciepłe, dojrzałe. Wszystko co "trzeba" i "muszę" mam już za sobą. Nastaje pora na "chcę" i "mam ochotę". I na rozmowy i na milczenie, na wysyp marzeń i beztroskie lenistwo. I na kolację.


A jeśli to maj, to znaczy, że przyszła pora na moją ulubioną botwinkę. W przeciwieństwie do wielu potraw, o których pisałam, botwinka nie jest jednym ze smaków mojego dzieciństwa. To miłość późna, dojrzała,  w pełni przemyślana i absolutnie bezgraniczna.


Ponad rok temu pisałam o chłodniku z botwinki (klik), a gołąbkami w liściach botwinki (klik) rozpoczęło się naszego wspólne gotowanie z Amber w TU I TAM. Czas zatoczył pętlę. Znów jest maj, znów z każdej wyprawy na targ wracam z botwinką. Znów gotuję chłodnik i znów czekam na majowe kolacje w ogrodzie.


W świetle popołudniowego słońca beztroskie chwile unoszą się jak tuziny baniek mydlanych puszczanych z dziecięcą radością przez mojego Synka. W powietrzu pryskają tak szybko, ale w pamięci pozostaną znacznie dłużej.


Przysiądźcie się. Pokroję tartę z botwinką i kozim serem. Popijemy ją dobrym winem. Będziemy się delektować chwilą i smakiem. Popuszczamy bańki, zdmuchniemy ostatnie na łące dmuchawce ... Chwile są takie ulotne, łapcie je, zanim na dobre zdmuchnie je wiatr.


"Nigdy nie zapomina się żadnej pięknej rzeczy, którą się zrobiło. Nawet kiedy już ją zjesz, ona na zawsze zostanie Ci w pamięci". * 


TARTA Z BOTWINKĄ Z KOZIM SEREM
/cytuję za Liską/
Na spód:
200 g mąki pszennej
100 g masła
1 łyżeczka soli
2 żółtka
2-3 łyżki wody


Na nadzienie:
1 pęczek botwiny z buraczkami (ok. 600-700 g)
3 ząbki czosnku
2 łyżki masła
przyprawy: gałka muszkatołowa, kminek, sól, pieprz, chilli
2- 3 łyżki świeżego koperku
1-2 łyżki octu balsamicznego (najlepiej starego, słodkiego)
100 g miękkiego koziego sera
50 g śmietany
2 jajka
przyprawy: sól, pieprz
dodatkowo kilka plastrów koziego sera


Wszystkie składniki połączyć - wodę dodajemy na końcu, stopniowo. Ciasta nie należy zagniatać zbyt długo, bo będzie twarde. Uformować kulę i schłodzic w lodówce przez 30 minut. Następnie rozwałkować lub wylepić ciastem formę do tart o średnicy 26-28 cm (w zależności od tego, jak duża jest botwina).
Piekarnik nagrzać do 190 st C. Ciasto w formie przykryć papierem do pieczenia, na to wsypać suchą fasolę (by podczas pieczenia ciasto się nie podnosiło) i zapiec 15 minut. Wyjąć z pierarnika, zdjąć z ciasta papier z fasolą i wypełnić je nadzieniem.



Na głębokiej patelni rozpuścić masło, dodać czosnek pokrojony w plasterki. Kiedy zmięknie, dodać pokrojoną drobno botwinę (buraczki kroimy na zapałki). Dusić 5 minut, doprawić przyprawami. Dusić jeszcze 5-10 minut. Buraczki i łodygi powinny wyraźnie zmięknąć.
Jajka zmiksować ze śmietaną i kozim serem. Doprawić solą i pieprzem. Wlać polewę na tartę wypełnioną masą botwinkową. Wierzch obłożyć plasterkami koziego sera. Wstawić do piekarnika i piec ok. 30 minut, aż wierzch zamieni się w rumianą skorupkę.



* Julia Child, Moje życie we Francji 

** autorem pierwszego i ostatniego zdjęcia jest mój Syn - "Mamo, musimy zrobić zdjęcia dmuchawcom, bo za chwilę nie będą już takie piękne" :)  Bohaterami zdjęcia są dmuchawce na naszej łące.

sobota, 9 października 2010

Dynia z wnętrzem. TU I TAM po raz czwarty.


To już nasze czwarte spotkanie w TU i TAM.  Nasz wspólny pomysł na gotowanie, tworzenie i smakowanie w obu kuchniach jednocześnie - u Amber  w Kuchennymi Drzwiami i u mnie, Anny-Marii w Kucharni.
Jak już wiecie, jesteśmy daleko od siebie i nie miałyśmy jeszcze okazji spotykać się w jednej kuchni. Może kiedyś...
Dlatego spotykamy się w  TU i TAM.
Nasze październikowe gotowanie zaplanowała Amber wybierając nadziewaną dynię.
Jak zwykle nie ustalamy przepisu, składników, sposobu wykonania. Zostawiamy to własnej wyobraźni i inwencji. Po prostu bawimy się razem na ten sam kulinarny temat.

Jest niezwykle ekscytująco i bardzo smacznie! Zapraszamy! 


Moja znajomość z nią była niezwykle powierzchowna. Choć to i może za dużo powiedziane. 
Widywałam ją tu i tam. Zwracała na siebie uwagę ze względu na kształty i kolory w jakie się ubiera. Ale nic poza tym.
Zwykle staram się nie oceniać po wyglądzie, ale po wnętrzu, a w tym przypadku nie miałam dość długo przyjemności jej poznać. Na drodze ku naszemu bliższemu spotkaniu stanęło w dodatku Halloween, do którego nie pałam sympatią. Oszpecona wielkim szczerbatym uśmiechem i pustym spojrzeniem wzbudziła moją szczerą niechęć i doszłam do wniosku, że nie mam ochoty na bliższe poznanie.
Często się w życiu mylimy. Dobrze, że choć część tych pomyłek da się naprawić. 
Minęło kilka lat i znów ją spostrzegłam. Spojrzałam na nią inaczej.


Skąpana jesiennym światłem była prawdziwą królową straganu. Cudownie zaokrąglona pięknym kolorem zdominowała kapusty, sałatę i inne warzywa. Ogromnie mnie zaintrygowała, i już wiedziałam, że jednak muszę koniecznie poznać ją bliżej.
Jakaż była moja radość, gdy odkryłam, że w parze z oszałamiającym wyglądem idzie równie cudowne i niezwykłe wnętrze. Po raz kolejny przekonałam się, że nie zawsze pierwsze wrażenie musi być decydujące, i że często warto dać sobie trochę czasu i drugą szansę. 


Piękna pani dynia przekonała do siebie także domowników i wciąż nowe jej wcielenia dojrzewają na tarasie. Dotychczas pomyślnie eksperymentowałam z miąższem dyni, używając go do zup i pierogów. Kiedy więc Amber zaproponowała upieczenie nadziewanej dyni nie ukrywam, że moją pierwszą reakcją było ... przerażenie! Pomyślałam stereotypowo o wielkiej dyni i ogromnej ilości nadzienia jakie przyjdzie nam pokonać. Ale gdy emocje opadły i głos zabrał rozsądek rozpisałam w głowie konkurs na "Nadziewaną dynię" i czekałam na najlepszą ofertę. Pomysły wpadały co jakiś czas, niektóre odrzucałam od razu, paru dałam szansę na rozważenie, ale ostatecznie nie było faworyta. To znaczy był, ale nie kandydował z własnej woli, sama go znalazłam i po paru drobnych zmianach uznałam za godnego przedstawiciela do czwartego już spotkania w TU I TAM. I z całą pewnością dokonałam właściwego wyboru. 


Dynia pieczona z nadzieniem z gorgonzoli, czosnku i tymianku to danie absolutnie genialne! Wybrałam malutkie dynie, dzięki czemu mogą stanowić indywidualne porcje, a same dynie tworzą niepowtarzalne naczynia. Aromatyczne i kremowe nadzienie w połączeniu z upieczonym miąższem dyni idealnie pasuje do grzanek i właściwie przypomina trochę fondue. Amber! Ogromnie dziękuję za ten pomysł! Dynia z takim wnętrzem na stałe zagości w naszym menu! 
*korzystałam z przepisu znalezionego tu, dokonując drobnych zmian.


DYNIA PIECZONA Z GORGONZOLĄ, CZOSNKIEM I TYMIANKIEM

składniki na 1 porcję

1 dynia - użyłam dyni o wadze ok. 850 g
200 ml śmietany 30%
100 ml mleka
2-3 ząbki czosnku
2 łyżeczki tymianku (najlepiej świeżego)
1 łyżeczka kuminu
ok. 100 g gorgonzoli
sól, pieprz do smaku
pokrojona bagietka lub bułki do grzanek
oliwa z oliwek 


Piekarnik rozgrzać do 150 stopni. Ostrym nożem ściąć wierzchołek dyni i łyżką wydrążyć środek z pestkami i włóknami. Wnętrze dyni oprószyć solą, pieprzem i kuminem. Gorgonzolę pokruszyć i połączyć z przeciśniętymi przez praskę ząbkami czosnku. Zalać mlekiem i śmietaną, doprawić solą i pieprzem. Dorzucić tymianek i dobrze wymieszać. Wlać do środka dyni, nakryć ściętym wcześniej wierzchołkiem. 


Tak przygotowaną dynię przełożyć do żaroodpornego naczynia i wstawić do nagrzanego piekarnika.
Piec przez 1,5 h. Po tym czasie ściągnąć wierzchołek i dalej zapiekać w  temperaturze 190 stopni przez ok. 15 minut.W tym czasie można przygotować grzanki.


Upieczoną dynię wyjąć z piekarnika, przełożyć na talerz lub podstawkę i podawać z grzankami. Nabierając nadzienie serowe równocześnie wybiera się upieczony miąższ dyni.  Smacznego!

 

Drukuj przepis

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails