Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TU I TAM. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TU I TAM. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 lutego 2015

Trudna miłość. Dżem z marchewki z pomarańczą i kardamonem w kolejnym TU i TAM




Nie wiedzieć czemu, wzbudza tak skrajne emocje. 
Dlaczego?
Kolor ma przecież optymistyczny.
Kształt nie przeraża, podobnie jak obróbka, będąca w porównaniu z karczochem, czystą formalnością. 
Czy chodzi zatem o smak albo sposób podania?
A może wszystkiemu winne są złe wspomnienia?
Koniec zimy to dobry czas na odczarowanie marchewki. 
Razem z Amber z Kuchennymi Drzwiami chcemy Wam pokazać, że trudna miłość do marchewki może przerodzić się w czystą rozkosz!
Zapraszamy na nasze kolejne spotkanie w cyklu TU I TAM, którego bohaterką została daucus carota - po prostu marchewka.


Piotrze!
Nawet człowieka absolutnie skrytego, człowieka o wnętrzu ciemniejszym niźli belgijska gorzka czekolada, dopadają chwile absolutnej szczerości. To czas, gdy nie można już w sobie dusić skrywanej latami słabości, moment absolutnie konfesyjny, o jakim tylko marzą początkujący spowiednicy (...). Jestem właśnie w takim stanie, lecz nie przerywaj lektury, nie będą to wynurzenia z gatunku tych, że zawsze wieczorem przebieram się potajemnie w damską skórzaną bieliznę (...). Nic z tych rzeczy, chciałbym Ci jedynie donieść, że bardzo, bardzo lubię marchewkę. 


Dlaczegóż to potrzebowałeś chwili aż tak szczególnej - spytasz z troską - by wyznać rzecz równie błahą i normalną? Spieszę z odpowiedzią: wydaje mi się, że jedzenie marchewki przez dorosłych ludzi uchodzi  w naszym kraju za czynność wstydliwą. 
Marchwiane papki podaje się, owszem, niemowlętom, by ukoić ich rozdygotane trzewia, dzieciom robi się przerażające marchwiane zupki, by ładnie rosły, a dorosłym wciskana jest surówka z marchwi w ramach restauracyjnych zestawów obowiązkowych. I to wszystko, nie licząc jeszcze obecności marchwi w zupach jarzynowych. A ja marchew kocham. 


Czym byłaby wołowina po burgundzku bez wielości marchwianych krążków, czym bez marchwi byłaby włoska minestra, jak bez marchwi wyobrazić sobie kuskus, jagnięce ragout, ossobuco i wiele innych, równie wspaniałych rzeczy?! 
Kończę, bo muszę coś dosłownie schrupać. 

Twój Robert Von Karotex Makłowicz *


Robercie!

Rzeczywiście, to prawda, że okazywanie słabości do marchewki graniczy z publiczną sodomią ale pragnę Cię zapewnić, Drogi Przyjacielu, że jestem z Tobą. Też lubię marchew, ale jest to miłość trudna. 
Przez większość życia marchewki nie znosiłem i do dziś nie toleruję jej w talerzu rosołu (w rosole - tak, ale nie na talerzu). 
Uważam też, że to kiepski pomysł, żeby ją dodawać do wielu zup, bo wtedy robią się nieprzyjemnie słodkawe. Sałatki jarzynowe także stanowczo wolę bez marchwi. 
Ale sok! Parę lat temu oszalałem na jego punkcie i teraz prawie każdy dzień zaczynam od wysokiej szklanki z kilogramem upłynnionych marchwianych korzeni (...). Lubię też tartą, soczystą marchew z cytryną. Pyszna jest młoda marchewka duszona w maśle i glazurowana.
Idę skrobać na jutro.

Bikont Nafaszerowany Witaminami *

P.S. Ale już risotto marchewkowe - wierz mi, próbowałem - całkowicie odpada. Sufletu też bym nie ryzykował. 



I co Wy na to - pod którym listem się podpiszecie?
Doprawdy tyle kontrowersji co marchewka nie wzbudza chyba żadne inne warzywo (może oprócz szpinaku?).  Ja pokochałam ją dopiero jako dorosła osoba, kilka lat temu, a mimo to ta miłość  jest naprawdę trudna - nadal wyławiam marchewkę z rosołu. Zachwycam się jednak jej nietypowymi wcieleniami - im dziwniejsze, tym bardziej mnie ekscytuje. 


Polecam Wam te marchewkowe wpisy - może i Wam posmakują tak bardzo, jak mnie? 

A co ekscytującego można zrobić z marchewki w środku zimy? Na przykład pyszny, aromatyczny ... marchewkowy dżem. Pomyślałam, że warto na przekór porze roku zabrać się za przygotowanie przetworów, których kolor i smak podziała jak prawdziwy energetyczny zastrzyk. 

MARCHEWKOWY DŻEM Z POMARAŃCZĄ I KARDAMONEM
Dżem jest po prostu przepyszny. Cytrusowo-pomarańczowa nuta orzeźwia, a kardamon dodaje nieco egzotycznego aromatu. Idealny na drożdżowe ciasto! Do pokochania nawet przez tych, którym się zdaje, że nie lubią marchewki.

500 g marchewki
300 g cukru 
1 pomarańcza (skórka i sok)
sok z 2 cytryn
skórka z 1 cytryny
kardamon - do smaku


Marchewki obrać i zetrzeć na grubej tarce. Przełożyć do rondelka i zalać taką ilością wody, aby je nakryła. Gotować do miękkości, a następnie zmiksować. Masę przełożyć na sitko i odcisnąć nadmiar wody.
Masę przełożyć do rondelka, dodać cukier, sok i skórki z cytrusów oraz mielony kardamon. Zamieszać i trzymać na średnim ogniu aż nieco zgęstnieje. Gorący dżem przełożyć do słoików i zapasteryzować (trzymam 10 minut w piekarniku nagrzanym do 90 stopni). 


* Cytuję  fragmenty rozdziału "Trudna miłość do marchewki" z książki "Dialogi języka z podniebieniem - Bikont do Makłowicza, Makłowicz do Bikonta", wyd. Znak. Cytowany fragment pojawił się już w innym marchewkowym poście, ale pomyślałam, że podobnie jak marchewkowe kontrowersje, jest po prostu ponadczasowy i idealnie odda słowami to, co czuje większość z nas.

niedziela, 23 listopada 2014

Creme brulee z pasternaku. TU i TAM # 34




Korzenie.
Prowadzą do głębi. Dają siłę.
Bez nich trudno czerpać z życia to, co najcenniejsze.
Wybrałyśmy jeden. Trochę zapomniany, nieustannie mylony z pietruszką.
A przecież taki wyjątkowy, polski i niebywale smaczny.
Na słodko i na wytrawnie. Niekoniecznie z figą i makiem.
Panowie i Panie, bohaterem kolejnego TU I TAM został pasternak
nie lada korzeń, nie lada rarytas. 

Zobaczcie, jak smakuje u Amber z Kuchennymi Drzwiami i u mnie, w  Kucharni.




 

Czasem mi się zdaje, że gotowanie jest jak chodzenie po moście.
Przekraczam granice, choć zawsze mogę też wrócić.
Albo po prostu stanąć pośrodku i patrzeć. 
Pode mną w dole wartkim nurtem płynie życie. 

piątek, 31 października 2014

Wężymord czy scorzonera? Ujarzmić czarny korzeń. TU I TAM # 33

 
Kolejny raz jesiennie.
Lubimy chodzić własnymi kulinarnymi ścieżkami.
Lubimy też spotkać się w naszych kuchniach w tym samym czasie.
Aby dzielić wspólne kulinarne emocje.
To czas wyznaczył nam to spotkanie.
A ponieważ jesień nam sprzyja, ona  zdecydowała o naszym wyborze.
Zapraszamy na spotkanie z wężymordem  u Amber w Kuchennymi drzwiami i u mnie w Kucharni.


W gotowaniu na równi ze składnikami, a czasem nawet bardziej od nich, ważne są emocje. 
Zwykła-niezwykła kromka chleba posmarowana grubo masłem i podana z miłością  bije na głowę najbardziej wymuskane dania haute cuisine.
Zmierzyć się z kuchennymi emocjami to jak stanąć przed nadciągającym tornado i próbować go uspokoić zmieniając w lekki wietrzyk, który niesie w powietrzu wonne aromaty. 

czwartek, 10 października 2013

Wszystko powraca. TU I TAM # 32 i Książę Jarmuż w Krainie Gratin.


Gdzie byłyśmy? Tu i tam.
Co robiłyśmy? To i owo.
Czemu tak długo nas nie było? Długo by pisać.
Ale nieważne gdzie, co i dlaczego.
Ważne tu i teraz.
Wracamy.
W powrotach najważniejszy jest spokój.
Pewność, że tam, gdzie wracamy, czeka na nas ciepło i stary, dobry porządek.
Tak jak stary, dobry jarmuż - powraca po latach na stragany, do kuchni i na nasze stoły.
Czas zatacza koło. Jesień, jarmuż, TU i TAM - wszystko powraca. 
Zapraszamy na spotkanie z jarmużem u Amber w Kuchennymi Drzwiami i u mnie w Kucharni. 


Jako pierwsza rosła  kukurydza, obok niej alejka śliwek i gruszy. 
Dalej ziemniaki i kapusta.
Potem ogórki i pomidory.
W głębi, najdalej na lewo, brukselka i On. 


W kukurydzy grałyśmy w chowanego. 
W cieniu śliw i gruszy planowałyśmy podróż dookoła świata i zastanawiałyśmy się, jak to będzie, gdy zostanę kosmonautą (naprawdę chciałam nim być).
Pół wiaderka świeżo wykopanych ziemniaków wrzucałyśmy do ogniska i walczyły o te z najbardziej przypaloną skórką. 


Cieszyły nas motyle w kapuście, nasze latające elfy, choć Babcia nie podzielała tego zachwytu. 
Ścigałyśmy się po młodziutkie ogórki, by zanurzać je potem w miodzie i chrupać zamiast nieosiągalnej czekolady.
Soczyste pomidory wpadały prosto z tyczek do fartuszków ogrodniczek. 
Brukselka rosła niewzruszona czekając na swój jesienny czas. 
A obok wyrastał On - jarmuż. Brrrr...
To słowo wzbudzało niepokój. 
Chłodne, drapieżne, z tym ostrym jak sztylet "ż" i sztywnymi, karbowanymi liśćmi, które omijałyśmy wielkim łukiem wracając biegiem na podwórko. 


Zamykam oczy i wracam.
Najpierw zanurzam się w szeleście kukurydzianych liści. 
Potem wędruję między śliwami przez kolejne grządki.
Idę do końca. Już nie uciekam.
Staję tam, gdzie rósł On i tęsknię. 


Dziś tylko trawa rośnie na tym polu pełnym wspomnień. 
Niektóre powroty są niemożliwe. 
A jednak On wrócił - wysłannik szczęśliwych czasów. 
Ucieszył mnie, choć kiedyś był dla mnie grządkowym straszydłem. 


Królewicz z bajki. Książę Jarmuż. 
Wyjątkowy. Tak, jak zaprzyjaźniony staruszek, od którego kupuję go w piątkowe poranki. 
Stare czasy.
Bywa, że uda się złapać choć skrawek i szczęśliwie powrócić. 


Książę Jarmuż w Krainie Gratin.
Zapiekanka z cieniutkich ziemniaczanych plasterków - sprawdzona klasyka i zapomniane liście, które szczęśliwie wracają na stoły. 
Ciepłe, sycące danie. Rozgrzewa i otula poczuciem szczęścia. 
Bez wymyślnych dodatków i zaskakujących połączeń.
W powrotach najważniejszy jest spokój.
Pewność, że tam, gdzie wracamy, czeka na nas ciepło i stary, dobry porządek.


GRATIN Z JARMUŻEM
/przepis własny/ 

duża wiązanka liści jarmużu 
1 kg ziemniaków, obranych, pokrojonych w cieniutki plasterki
3/4 szklanki tartego sera /użyłam delikatnego cheddara/ 
400 ml śmietany kremówki 30%
sól, pieprz do smaku
gałka muszkatołowa
kilka ząbków czosnku
2 łyżki masła + dodatkowo do wysmarowania naczynia



Plasterki ziemniaków ugotować al dente, odcedzić i odstawić.
Liście jarmużu opłukać i przy pomocy noża wyciąć stwardniałe łodyżki. Przełożyć do garnka, zalać wrzącą wodą i pozostawić na ok.3-5 minut. Następnie odcisnąć nadmiar wody i pokroić. Czosnek pokroić w cieniutkie plasterki. Naczynie do zapiekania wysmarować masłem. Na dno wyłożyć część porcji ziemniaków,  a następnie część porcji jarmużu i plasterki czosnku. Posypać częścią sera i powtórzyć warstwy, pozostawiając trochę sera do posypania z wierzchu. Kremówkę wymieszać z solą, pieprzem i gałką muszkatołową i zalać całość. Na koniec posypać pozostałą porcją sera. Wstawić do piekarnika nagrzanego do temperatury 200 stopni i zapiekać przez ok. 25 minut lub do momentu, gdy ziemniaki zmiękną, a całość nabierze ładnego, złotego koloru. 


Polecam Wam także moją wariację na temat ribollity z dodatkiem jarmużu i pieczonej dynii - cudowna, sycąca zupa. Przepis znajdziecie na stronach KUKBUK-a - klik



W imieniu niezwykłego miejsca, jakim jest Pracownia Manualna i swoim zapraszam na warsztaty kulinarne, które poprowadzę w pięknych wnętrzach Pracowni 
w Józefowie k/Warszawy. 

To pierwsze z serii palety kolorowych warsztatów kulinarnych, jakie prowadzone będą cyklicznie w Pracowni Manualnej (klik)

Tematem warsztatów, które odbędą się w dniach 19-20 października
będzie kolor POMARAŃCZOWY.

Warsztaty skierowane są do wszystkich, dla których jedzenie to nie tylko gotowanie, ale także magia wspólnych rozmów, podróż przez zmysły, w czasie której, kolor nabiera smaku.

Podczas warsztatów przygotujemy pomarańczową kolację oraz energetyzujące, pomarańczowe śniadanie.
Wszystkie potrawy są bezmięsne. 


czwartek, 31 stycznia 2013

TU I TAM # 31. Craquelines. Na dobry dzień. Francuskie brioszki z kandyzowanymi pomarańczami.


"Jeśli doznałeś niemiłego uczucia,
że ktoś rzucił na ciebie urok, remedium znajdziesz w najbliższej boulangerie.
Owiń kawałek chleba w czystą białą serwetkę
i daj go pierwszej napotkanej rankiem osobie.
Urok zostanie zdjęty." *
W styczniu nasze kuchnie, Amber i moją, zamieniamy w domowe boulangerie i
oddajemy się kuchennej magii.
Zagniatamy, wyrabiamy i czekamy na naszą un peu de bonheur, odrobinę szczęścia.
Rozpieszczamy podniebienia.
Pieczemy na słodko.
Dzielimy się od rana i przepędzamy złe myśli - a kysz!
Częstujcie się! 


Co najpierw?
Kawa?
Gimnastyka?
Śniadanie?


Najpierw cisza. 
Moja ciszą, z którą budzę się pierwsza.
Wykradam dniowi tylko dla siebie. 
Ta cisza oddycha spokojnym snem domu. 


Wychodzę z sypialni cichutko, na paluszkach, jakbym skradała się do ukrytego w lodówce tortu. 
Poranna cisza jest jak wisienka, którą z tego tortu wyjadam.
Tylko moja, bezwstydnie skradziona.
Rozgryzana rozkosznie, powoli, do ostatniej sekundy milczenia. 


Zarzucam ciepły szlafrok i trochę jak intruz przyglądam się przedmiotom, które zdaje się łączyć nocna zmowa milczenia.
Zasnute mrokiem, otoczone zastępami cieni wyglądają jak szajka spiskowców, których nakryłam w środku tajnej narady. 


Rozsuwam zasłony. Powoli.
Lubię ich cichy szept, jakbym budziła je w środku snu, który chcą mi opowiedzieć zanim okna otworzą oczy i sen uleci w niepamięć.
Przyglądam się światu przez zaspane powieki okien. 
Podglądam poranną gimnastykę wiewiórki.
Sypię śniadanie ptakom.


Dryfuję w tej ciszy, jak w bańce mydlanej. 
Pozornie bez celu, choć zawsze w tym samym kierunku - w stronę czerwonego światełka mojej latarni - ekspresu do kawy. 
Pierwsze dwa, trzy łyki i przybijam do brzegu dnia.
Jestem gotowa. 


Na pobudkę domu.
Na słońce, które wchodzi przez okno tarasu i pędzlami promieni maluje mieszkanie.
Na rozmowy, słuchanie.
Na to co nowe i na to, co powtarza się od lat. 
I na un peu de bonheur, domową boulangerie

Dziś będzie pachniała masłem, brioszkami i kandyzowanymi pomarańczami. 
To będzie dzień o smaku craquelines, francuskich śniadaniowych brioszek z aromatycznym pomarańczowo-migdałowym nadzieniem. 
Mięciutkich, chrupiących z wierzchu, z chmurką cukru pudru. 


Owijam je w białe serwetki i wręczam pierwszym spotkanym osobom, Domownikom i Wam.
Złe myśli - a kysz! 
Urok został zdjęty!
To będzie dobry dzień!  
 

CRAQUELINES - BRIOSZKI Z KANDYZOWANYMI POMARAŃCZAMI

Na ciasto:
370 g mąki pszennej tortowej
50 g drobnego cukru

50 g świeżych drożdży
1 łyżeczka soli
100 ml ciepłego mleka
3 jajka

170 g miękkiego masła
1/3 szklanki mielonych migdałów

Do posmarowania:
1 jajko
50 gr cukru
50 migdałów w płatkach


Z drożdży zrobić rozczyn - wymieszać ciepłe mleko, pokruszone drożdże, 1 łyżeczkę cukru i 1 łyżkę mąki, odstawić do wyrośnięcia na 10 minut pod przykryciem ze ściereczki. Do miski przesiać mąkę, dodać cukier, rozczyn drożdży, sól i jajka. Wymieszać składniki drewnianą łyżką lub mieszadłem miksera. Wyrabiać ręką przez 10 minut lub 5 minut za pomocą mieszadła, a później haka miksera. Następnie dodawać miękkie masło, cały czas wyrabiając rękami (10 minut) lub miksując (5 minut). Na koniec otrzymamy gładkie, elastyczne ciasto, które z łatwością będzie odchodziło od ręki i boków miski. Przykryć ściereczką i odstawić do wyrośnięcia na godzinę lub do momentu aż podwoi objętość. 


Wyrośnięte ciasto przełożyć na wysypany mąką blat i rozwałkować na prostokąt o wielkości ok. 40 x 25 cm.  Posypać z wierzchu drobno zmielonymi migdałami pozostawiając wzdłuż dłuższego boku brzeg o szerokości ok 8 cm. Na migdały nałożyć grubo siekane kawałki kandyzowanych pomarańczy i zwinąć ciasto - składając wzdłuż dłuższego boku "na trzy", jak przy składaniu listu. Pokroić na ok. 8-10 części o szerokości ok.3-4 cm. Odstawić do wyrośnięcia na ok. 1/2 godziny. Po tym czasie  wierzch brioszek posmarować jajkiem rozmieszanym z cukrem i płatkami migdałów. Wstawić do piekarnika nagrzanego do temperatury 180  i piec przez 25-30 minut. Upieczone lekko przestudzić i posypać z wierzchu cukrem pudrem. 


KANDYZOWANE POMARAŃCZE
/najlepiej przygotować dzień wcześniej/

4 pomarańcze
3 szklanki cukru
4 szklani wody

Pomarańcze dokładnie umyć, pokroić na średniej grubości plastry. W rondelku zagotować wodę z cukrem, mieszając od czasu do czasu, aż cukier się rozpuści. Zmniejszyć ogień, dodać plastry pomarańczy i trzymać na średnim ogniu aż syrop niemal całkiem się zredukuje, a plastry staną się mięciutkie, niemal szkliste. Zdjąć z ognia, przestudzić i pokroić na średniej wielkości kawałki. Całe plastry można też dodać do herbaty. 



* cytat pochodzi z książki Wyznania francuskiego piekarza, Peter Mayle i Gerard Auzet
** inspiracją był ten przepis - klik, ciasto na brioszki pochodzi z tej strony - klik , cytuję za autorką.  

piątek, 30 listopada 2012

TU I TAM nr 29. Niech króluje czosnek! Pieczony. I galaretka



 
Allium.
Ma ponad 5000 lat i około 700 odmian.
Zapach ostry, intensywny, dla wielu kontrowersyjny.
Jego siła tkwi w ząbkach zebranych wokół niewielkiej główki, 
w której drzemie wielka moc,
silniejsza od antybiotyków.
Lekarstwo i smakołyk.
Podstawa wielu dań, których smak i aromat byłby niczym gdyby nie on ... czosnek!
W listopadzie nasze kuchnie - Amber i moja - pachną właśnie czosnkiem.
Zapraszamy!





Czosnek.
Uwielbiam go. 
W każdej postaci, o każdej porze roku. 
Rozsmarowany na grzance.
Pieczony z ziemiakami.
Zmiksowany w zupie. 
Leczący gardło w mleku z miodem. 
Na pomidorach.
W prowansalskim aioli. 
W sałatce. 
Na parapecie okna, gdzie leży w specjalnym koszyku i czeka, aż wyrwę kolejny ząbek - to chyba moja ulubiona czynność, zapewne podyktowana niesłabnącą chęcią odwetu na pewnej dentystce-sadystce. 


Nie tylko w listopadzie, ale przez cały rok moja kuchnia pachnie czosnkiem.
Właściwie nie ma dnia, w którym nie sięgnęłabym po kolejny ząbek czy główkę. 
W tych rzadkich chwilach, gdy nagle czosnku zabraknie, czuję prawdziwy niepokój, jakby kuchnia nagle stała się niekompletna, pozbawiona jednego z głównych filarów. 


Podobny niepokój, a może raczej zakłopotanie odczuwam, gdy spotykam osoby, które jak twierdzą nie jadają czosnku.  
Jak to? Nie pojmuję.
Mimo, jak mi się zdaje sporej dawki wyrozumiałości i szacunku wobec przeróżnych "odmienności", niechęć do czosnku nie znajduje u mnie żadnego zrozumienia. 


Tym bardziej, iż czasem takie osoby zasiadają u mnie do stołu, na którym zdecydowana większość podawanych potraw - nie wliczając jeszcze deserów (nad tym wciąż pracuję;) - zawiera właśnie czosnek. 
I co? I jedzą, chwalą, biorą dokładki, ale czosnku nie jadają .... Czyżby?


Zastanawia mnie ta kontrowersyjność czosnku. Domyślam się, że chodzi głównie o silny zapach, ale przecież można temu zaradzić. Dla mnie ten zapach jest wysłannikiem dobrego smaku, zapowiedzią dań, które prowadzą mnie do cudownej, aromatycznej kuchni prowansalskiej i do pewnej galaretki, której smak po latach udało mi się odtworzyć.
Ale o tym za chwilę. 


Teraz czas na czosnek i jego historię. To on jest dziś bohaterem. 
Pewnie nie tylko mnie najbardziej kojarzy się właśnie z kuchnią francuską, zwłaszcza z Prowansją. W książce Ludwika Lewina zatytułowanej "Podróż po stołach Francji" czytam, że "nie ma kuchni prowansalskiej bez czosnku". Uśmiecham się, bo moja kuchnia też bez niego nie istnieje. 


"Upodobanie do czosnku pochodzi od starych cywilizacji śródziemnomorskich. Już Egipcjanie cenili czosnek. Według Herodota dawali go na wzmocnienie niewolnikom pracującym przy Wielkiej Piramidzie. 
Powszechnie wiadomo, że Mojżesz wyniósł z Egiptu mąkę na mace. Choć Biblia o tym milczy, schował też pewnie do kieszeni kilka główek czosnku. 


Tak czy inaczej, Żydzi w starożytnym Izraelu za czosnkiem po prostu przepadali. Ze względu na smak, ale również dlatego, że święcie wierzyli, iż jest wspaniałym afrodyzjakiem. Ponieważ w noc sobotnią spełnienie obowiązku małżeńskiego to dla Żydów mus przymus, na piątkowej wieczerzy czosnek serwowano obficie.  Uważano też, że roślina ta chroni przed złym okiem i wszelkimi urokami. 


Nie jest wykluczone, że to Żydzi byli promotorami czosnku wśród Prowansalczyków, którzy przypominają, że "na bankiecie Platona więcej jedzono czosnku niż kremu śmietankowego!".  Dwa tysiące lat po tym filozofie i dwa tysiące kilometrów na północ William Shakespeare zapewniał " wolałbym w wiatraku żyć serem i czosnkiem niż zapychać się ciastkami!".  


Upodobanie do czosnku wywodzą Marsylczycy od Hipokratesa i Homera. Wielki doktor, idąc śladem Egipcjan, uważał czosnek za potężne lekarstwo, niemal panaceum. A Homer w Odysei czosnkiem ratuje Ulissesa przed czarodziejką Kirke. 


Prowansalczycy wierzą święcie, że czosnek w Prowansji nie jest tą brutalną przyprawą, którą w krajach  północy zionie dech pospólstwa. Czosnek w kuchni prowansalskiej wcale się nie narzuca nieprzyjemną goryczą. Jest delikatny i czysty jak strofa Mistrala, zjada się go bez wysiłku i trawi, nie psując nocy. Więcej - sprowadza sny pełne róż i laurów albo srebrzystych gajów oliwkowych".


Poezja, prawda? Uwielbiam, gdy  jedzeniu mówi się z taki dostojeństwem.
Czosnek w pełni na nie zasługuje!
Taką poezją smaku jest dla mnie galaretka z pieczonego czosnku, którą poczęstowaną mnie kiedyś w Prowansji. Wówczas nie udało mi się zdobyć przepisu, ale po latach poszukiwań odnalazłam go w książce Ball Complete Book of Home Preserving i tylko czekałam na odpowiednią okazję. Było nią listopadowe spotkanie z Amber. 


Wszystko w niej jest poezją - cudowny aromat czosnku, delikatny, lekko słodki smak i jasno bursztynowy kolor. Czosnkowy poemat. 
Posmarujcie nią opieczoną bagietkę lub domowy chleb z twarogiem - będziecie zachwyceni tym niezwykłym smakiem. 
Już za parę godzin grudzień - słoiczek tej wyjątkowej galaretki może być wspaniałym pomysłem na prezent dla kogoś, kto tak ja kocha czosnek i docenia niezwykłe smaki. 


GALARETKA Z PIECZONEGO CZOSNKU
/przepis z książki Ball Complete Book of Home Preserving - klik/

3 średnie główki czosnku
1 łyżka oliwy
1 łyżka octu balsamicznego
1 szklanka wytrawnego białego wina
2/3 szklanki wody
1/2 szklanki białego octu balsamicznego
1 łyżeczka ziaren czarnego pieprzu delikatnie rozgniecionych
3 łyżki soku z cytryny
3 szklanki cukru
ok. 25gr pektyny owocowej


Z każdej główki czosnku ściąć górną część (małe kawałeczki ząbków na pewno przydadzą się do innych celów). Główki owinąć folią i wstawić do żaroodpornego naczynia. Zalać z wierzchu oliwą i octem balsamicznym i wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 stopni. Piec ok. 50 minut lub do momentu aż miąższ będzie miękki, a wierzch główek przypieczony. Wyjąć z piekarnika i odstawić do przestudzenia, a następnie obrać ze skórki i oddzielić upieczony miąższ ząbków. 
Upieczone i obrane ze skórki ząbki przełożyć do średniego rondelka. Zalać winem, wodą i białym octem balsamicznym, dodać ziarna pieprzu. Wstawić na średni ogień i zagotować. Zmniejszyć ogień i delikatnie gotować jeszcze przez ok. 5 minut. Zdjąć z ognia i odstawić na kwadrans.


Sitko wyłożyć gazą lub umieścić w nim filtr do kawy i odcedzić czosnkową miksturę. Najlepiej odstawić nie dociskając na ok. 30-40 minut - niech płyn sam powoli przecieka, będzie dzięki temu bardziej klarowny.  Po odcedzeniu odmierzyć 1 i 2/3 szklanki płynu - jeśli jest go mniej, uzupełnić go dolewając wytrawne wino lub wodę.
Przelać do rondla, dodać sok z cytryny oraz cukier. Wstawić na duży ogień i trzymać tak do momentu aż porządnie się zagotuje. Dodać pektynę, zamieszać i trzymać na ogniu jeszcze przez minutę, cały czas mieszając. 
Zdjąć z ognia, usunąć pianę, która utworzy się na wierzchu i natychmiast przelać do suchych, wyparzonych słoików. Dokładnie zakręcić i pasteryzować ( ok. 10 minut w piekarniku nagrzanym do 90 stopni). 

* cytuję fragmenty książki "Podróż po stołach Francji" autorstwa Ludwika Lewina. 

Drukuj przepis

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails