Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wanilia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wanilia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 lutego 2015

Zimowa egzotyka. Tapioka z ananasem i wanilią



Biała zima. Właśnie o takie marzyłam.
Otuliła mnie, choć przyszła spóźniona. 
Zimą najbardziej szukam ciepła.
Brzmi to niedorzecznie, ale dla mnie jest logiczne i tworzy pełnię idealną. 


Bo ja lubię patrzeć na zimę.
Nie tęsknię za jej dotykiem i kroplami śniegu spływającymi zakolami za kołnierz kurtki.
Ta chłodna pieszczota mnie nie pociąga. 
W rzeczy samej, uciekam od zimy. 
Zaszywam się w domu, otulam miękkim kocem i po prostu na nią patrzę.


Przyglądam się białym płatkom wirującym gdzieś z góry i niknącym gdzieś w dole.  
Całkiem możliwe, że ta miłość platoniczna pozostanie nieodwzajemniona. 
Zima wolałaby, abym się w niej zanurzyła. 
Zatraciła w rozkoszy na jednym z pięknych narciarskich stoków, gdzieś pośród kolorowych kasków jej adoratorów. 


To jednak nie dla mnie. Z zimowych obrazków wybieram ten, jaki mam za oknem. 
Patrzę na zimę wciąż tak samo - z zachwytem, zmieniając jedynie kubki z herbatą, filiżanki kawy i kieliszki czerwonego wina.
W tej bieli i śniegowej zadymce najbardziej ekscytujące i cudownie magiczne jest poczucie bezpieczeństwa. 
Ona tam, ja tu. 
Ona biała i zimna, ja kolorowa i ciepła.


Za to ciepło najbardziej zimie dziękuję. 
Skutecznie sadza mnie w miękkim fotelu, pozwala bezkarnie grzać się przy kominku i patrzeć do woli na jej białe krągłości. 
I tylko czasem, niezmiernie rzadko, przez głowę przemknie myśl o lecie. 


O soczystych owocach i smakach tropiku.
Wystarczy, by spakować się na krótką i aromatyczną wyprawę. 
Tylko z bagażem podręcznym, który pomieści perełki i pióropusz.
Spakowałam zatem tapiokę, obok wsunęłam dojrzałego ananasa i ruszyłam na spotkanie z zimową egzotyką.
Wróciłam rozanielona - tą podróż powtórzę jeszcze nie jeden raz. 
A teraz kolej na Was - pakujcie się i ruszajcie. 


KOKOSOWA TAPIOKA Z ANANASEM I WANILIĄ
/na 4 porcje/ 

Z tapioką poznałam się jakiś czas temu i była to miłość od pierwszej łyżeczki. Kuleczki tapioki najbardziej smakują mi gotowane w mleku kokosowym. Lubię, gdy deser jest dość gęsty i znacznie bardziej smakuje mi dobrze schłodzony, choć wiem, że wersja na ciepło ma też wielu wielbicieli. W tym przepisie wykorzystałam mniejsze perełki tapioki, więc efekt transparentnych kulek, jakimi staje się tapioka po ugotowaniu, jest mniej widoczny. Smakowo nie ma to znaczenia. Zaproponowane w deserze owoce można oczywiście zmienić według upodobań. Tapioka jest bezsmakowa, więc dobór składników może być w zupełności uzależniony od Waszych preferencji
1/2 szklanki tapioki
2 szklanki wody
ok.1,5 szklanki mleka (użyłam pół na pół z mlekiem kokosowym)
2 łyżeczki cukru
konfitura z ananasa z wanilią *
kilka plastrów świeżego ananasa
kilka pokruszonych ciasteczek (u mnie owsiane z kokosem)


Na kilka godzin przed przygotowaniem deseru lub wieczorem zalać tapiokę dwoma szklankami wody. Następnego dnia odlać wodę, a tapiokę zalać mlekiem i wstawić na średni ogień. Dodać cukier i cały czas mieszać.  Gotować do momentu aż zgęstnieje, a perełki tapioki napęcznieją i staną się niemal przezroczyste. Zdjąć z ognia i odstawić do lekkiego przestudzenia, a następnie przekładać do pucharków do 1/3 wysokości. Na warstwę tapioki nałożyć warstwę ananasowej konfitury z wanilią i dopełnić kolejną warstwą tapioki. Udekorować z wierzchu kawałkami świeżego ananasa i "kruszonką" z owsianych ciasteczek. 
*Użyłam domowej, którą gotuję z drobno posiekanego, mocno dojrzałego ananasa. Przesmażam go z dodatkiem ziaren wanilii, odrobiną soku z cytryny - cukier dodaję do smaku. Jest pyszny i znika w okamgnieniu.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Zjeść zapach. Różany creme brulee


"Chcę wiedzieć, jak schwytać zapachy, jak je uwięzić na zawsze" 
Jean Baptiste Grenouille*


" U podnóża Montagne de Lure, w niecce pól lawendowych leży Lardiers, wieś licząca ze stu mieszkańsów. Ich domy skupione są wokół merostwa i Cafe de la Lavende.
W Lardeirs nie powinno się natrafić na żadnego dziennikarza, a coż dopiero na kilkunastu. Ale pewnego słonecznego dnia silna ich grupa przybyła na otwarcie instytucji edukacyjnej, o ile mi wiadomo, wyjątkowej. 


Jej pomysł zrodził się w Manosque, siedzibie jednej z niewielu prawdziwie prowansalskich spółek, które są znane na świecie. Swoją renomę L'Occitane zawdzięcza nosowi.  Jej mydła, olejki i esencje, szampony i kremy wyrabia się w Prowansji, a składniki wielu zbiera na tutejszych polach. 


Nie znałem tego miasta. Wyobrażałem sobie starych mężczyzn w słomkowych kapeluszach , którzy popychają taczki załadowane płatkami róż; koślawe, kryte blachą destylarnie jak ta w Rocher d'Ongles; całe ulice i prawie wszystkich mieszkańców pachnących mimozą albo chanel 5. 


Niedawno wprowadzono tu coś, co później wydało się tak proste i oczywiste jak wiele dobrych pomysłów: etykiety zaczęto drukować alfabetem normalnym i alfabetem brajlowskim. Doprowadziło to do następnego pomysłu, opartego na naturalnym przystosowaniu się ludzkiego ciała, kiedy zakłócona zostanie jedna z jego podstawowych funkcji - w tym wypadku zdolność widzenia. Utratę wzroku do pewnego stopnia rekompensuje wyostrzenie innych zmysłów, zwłaszcza węchu. 


Zapachy nigdy nie powstają w drodze przypadku, lecz oparte są na przepisach - wymagają znalezienia czegoś pośredniego między łagodnym i ostrym, zmieszania esencji. Ich dobór, łączenie i ocena to wielka sztuka, a wielcy artyści trafiają się nader rzadko. Na początek muszą mieć wrodzony talent, lecz najważniejszy jest niezwykle wrażliwy nos - jeden na milion. Z biegiem lat można go sobie wyrobić tak, że potrafi rozpoznać najsłabszy aromat - tę decydującą kropelkę, która zwykłą woń wznosi na poziom czegoś niezapomnianego. 


Nadwrażliwy nos to zaleta niewidoczna.
Młody nos jest organem zaniedbywanym.
To właśnie zaczęto zmieniać w L'Occitane tego słonecznego dnia, kiedy garstka uczniów przyjechała do Lardier na otwarcie innego rodzaju szkoły. 
Mieli od dziesięciu do siedemnastu lat i byli niewidomi. 


Lekcja pierwsza, poświęcona technice umiejętnego wąchania, szybko uprzytomniła mi, na czym przez tyle lat polegał mój błąd. Ilekroć dawano mi coś do wąchania, wciągałem powietrze jak tonący, który po raz trzeci wynurza się z wody. 
Po pierwszej nieudanej próbie wzięto mnie na stronę i pokazano jak wąchać - czy też "kosztować nosem". Demonstrator wyciągnął papierek z buteleczki i przesunął pod nosem jednym płynnym ruchem. Ten krótki moment wystarcza, by nos zarejestrował aromat. Mózg odbiera informację, reaguje i poddaje analizie. 
Et voila. Nie trzeba, powtórzył mój nauczyciel, ordynarnie, długo sapać. 


Widok uczniów jasno wskazywał, że o wiele lepiej ode mnie opanowali technikę wąchania, cudowny był też wyraz malującej się na ich twarzach wściekłej koncentracji, a potem miłego zdziwienia, kiedy zaczynali odczytywać sygnały odbierane nosami. 


Nosy nawet największych zapaleńców i fachowców męczą się z czasem i tracą zdolność koncentracji. Po części też dlatego, że byliśmy we Francji, a zbliżało się południe, więc sprawy naukowe należało odłożyć na później i zająć się lunchem. 


Podczas lunchu nie przestawałem obserwować nosa Ferrera, posiadacza jednego z najbardziej doświadczonych i uczonych nosów we Francji, twórcy ponad dwu tysięcy perfum. Byłem ciekaw, jak reaguje na bodźce w postaci dobrego wina, zupy grzybowej i tutejszej specjalności: kapusty nadziewanej kiełbasą i bekonem. Zauważyłem, że raz czy drugi marszczy się z uznaniem, ale dopiero kiedy na stół podano tacę z serami, nozdrza naprawdę się rozdęły, choć taca znajdowała się w odległości trzech stóp.


Zapytałem jeszcze Ferrero, skąd wie, że sporządził coś, co odniesie sukces
- Zabieram do domu flakonik nowych perfum - powiedział - i zostawiam gdzieś, gdzie zauważy go żona. Nie mówię nic. Rien. Zupełnie jakby się zjawił za sprawą magii. Czekam. Nadal milczę. Jeśli pod koniec tygodnia flakonik jest pusty, stanowi to dla mnie zachętę. Jeśli wciąż jest pełny, daje mi do myślenia. Moja żona ma dobry nos."**


I ja mam marzenie, by zatrzymać zapach.
Na zawsze. 
Zapamiętać. Schować. Smakować. Zjeść. 
Marzenie o kwiatach, o melodii łąki, która śpiewa zapachem. Nutami woni, które umie komponować tylko natura.


Czy potrafię? Czy uda mi się znaleźć tę decydującą kropelkę, która zwykłą woń wznosi na poziom czegoś niezapomnianego. 
Sięgam po płatki róż suszone w letnim słońcu. Otwieram słoik różanej galaretki - jak bajkowy gin unosi się z niego zapach setek róż. Odkręcam flakonik wody różanej - kilka kropel kładę na dłoni i rozcieram w palcach. Pachną różaną poezją. 


A więc można zatrzymać zapach. Zatem można go także zjeść. 
Creme brulee o smaku najpiękniejszych róż, płatków rozchylonych porannym słońcem.
Za tym tęsknie. Za kwiatami, zapachami, za kwitnącym krzakiem róży pod oknem. 
Czy się uda? Kładę deser na stole i nie mówię nic, zupełnie jakby się zjawił za sprawą magii. Czekam. Słyszę stukanie. To łyżeczki pytają karmel o zgodę. 
Złocista skorupka rozchyla się i uwalnia zapach. 
Tak. Udało się. Ten zapach można wyjadać łyżeczkami.


RÓŻANY CREME BRULEE
Rose creme brulee
/na 6 porcji w ramekinach o średnicy 10 cm/

2 żółtka
300 ml śmietany kremówki (użyłam 30%)
1/2 laski wanilii
4 łyżeczki wody różanej
3 łyżki galaretki z płatków róż /można zastąpić konfiturą różaną/
2 łyżki suszonych płatków róż
25 g cukru



Żółtka ubić z cukrem na puch. W rondelku podgrzewać razem  kremówkę, wodę różaną, galaretkę z płatków róż, płatki róż oraz wanilię. Trzymać na ogniu do momentu aż zrobi się bardzo gorąca, trzeba jednak pilnować, aby nie zaczęła wrzeć. Zdjąć z ognia i lekko przestudzić, a następnie odcedzić. Połowę różanej śmietanę wlewać powoli do masy żółtkowej i dokładnie wymieszać, ale nie ubijać, aby nie napowietrzyć masy. Masę wlać z powrotem do rondelka z pozostałą śmietaną i ponownie wstawić na ogień delikatnie mieszając do momentu aż zrobi się bardzo gorąca, trzeba jednak pilnować, aby nie zaczęła wrzeć. 


Zdjąć z ognia i przelać równomiernie do ramekinów. Piekarnik nagrzać do temperatury 150 stopni. Naczynie żaroodporne napełnić wrzącą wodą i wstawić w nie ramekiny tak, by woda sięgała do 3/4 wysokości. Wstawić do piekarnika na ok. 25 minut lub do momentu aż boki będą lekko ścięte, ale wierzch będzie jeszcze "drżał". Wyjąć, przestudzić, nakryć folią kuchenną i chłodzić dalej w lodówce, aby krem stężał. 
Po wyjęciu z lodówki wierzch kremu lekko osuszamy papierem ręcznikowym, aby usunąć wilgoć, która nie sprzyja powstaniu odpowiedniej karmelowej skorupki. Posypujemy z wierzchu równomiernie cukrem - ok.1 1/2 łyżeczki na jeden ramekin i karmelizujemy przy pomocy odpowiedniego palnika.

* cytat z książki Pachnidło, P. Suskind
** cytuję obszerne fragmenty książki Peter'a Mayle, Jeszcze raz Prowansja, rozdział Jak zostać wąchaczem?

środa, 5 września 2012

Zbiorowy błogostan w szczelinie dnia i stół. A na nim brzoskwinie. Poached peaches with raspberries.



Obmyślam sobie stół, jego zalety i rozmiary. Powinien być taki, że chciałabym, gdybym była dzieckiem, odchylić obrus i wczołgać się w lniane światło niekończącego się tunelu, przykucnąć i słuchać rozmowy dorosłych, głośnych śmiechów, podzwaniania kieliszków i raz po raz: Salute! i Cin-cin!, posuwać się w kółko przy tych krzesłach, patrzeć na wizytowe pantofle, na kolana, na kwieciste spódnice podkasane dla ochłody pod tym stołem pewnym i mocnym, chociaż tyle na nim jedzenia. 


Powinien być to taki stół, żeby mógł pod nim swobodnie chodzić duży pies. Długi, żeby na końcu stała ogromna waza pełna wszelkich kwiatów, jakie w danym czasie kwitną. I tak szeroki, żeby półmiski krążyły z rąk do rąk i zatrzymywały się, gdzie tylko chcą. I żeby w ciągu tych godzin mogło przybywać butelek z wodą mineralną i winem. (...)

I żeby nikogo nie obchodziło to, że pestki oliwek rzuca się gdzieś daleko. I najlepsze obrusy na taki stół powinny być z jasnego płótna, niebieskie w szachownicę czy różowe, czy zielone kraciaste, byle nie martwa biel, bo raziłaby w oczy odblaskiem.  Jeżeli stół jest dość długi, można na nim postawić wszystko naraz i nikt nie musi biegać tam i z powrotem między stołem i kuchnią. 


Nakrywa się taki stół głównie dla przyjemności, jaką sprawia przesiadywanie przy posiłku pod drzewem w południe. Z otwartego powietrza czerpie się spokój, odprężenie, wolność. Jest się swoim własnym gościem, a takie właśnie powinno być lato. 


W rozkosznym odurzeniu, kiedy już ostatnia gruszka została przepołowiona, ostatnia skórka chleba zgarnęła ostatnie okruchy gorgonzoli, ostatnia kropla wina spadła do kieliszka, można przeżuwać w myśli, jeżeli ma się skłonności do tego, swoje uczestnictwo w wielkim zbiorowym błogostanie. 


Bo zapada się w błogostan jak wszyscy inni we Włoszech. Miliony spódnic i spodni wyświecają się z tyłu od siedzenia na milionach krzeseł przy milionach stołów, nad którymi latają roje miniaturowych muszek. 


Rytm toskańskiego ucztowania może nas zwalić z nóg po długim obiedzie na powietrzu i wtedy tylko jedna myśl jest jasna - sjesta. Logika runięcia na trzy godziny w szczelinę dnia ma głęboki sens.  Najlepiej z książką powlec się na górę, poddać się.


Tak robiłam.
Każdego dnia dawałam się wciągnąć szczelinie dnia.
Wessać w ten bezczas kilku godzin, gdy świat jakby zatrzymuje się w miejscu. 
Pauza. Bezruch. Błogostan.


Z książką w ręku poddawałam się szeregom liter, które rozsypywały się przede oczami rysując obrazy malowane niezwykłą wyobraźnią autora. 
Wakacyjne życie w południowym rytmie.
Mocna kawa na powitanie dnia. 
Lekki posiłek w południe i późna kolacja - uczta pod gwiazdami.


Najchętniej pod drzewem, przy stole. Takim, o jakim pisze Frances Mayes. 
Uginającym się od sezonowych warzy i owoców. Oblanym brzoskwiniowym blaskiem zsuwającego się za horyzont słońca. Z pulsującym rytmicznie akompaniamentem świerszczy. Trzepotaniem dyskretnych nietoperzy pospiesznie łaskoczących granatowe powietrze.  I z nadzieją wypisaną na niebie złocistym atramentem spadających gwiazd. 


Takie powinno być lato. 
Takie były moje wakacje. 
Błogostan. 
W duszy i na stole. 
A na nim obowiązkowo brzoskwinie. 


Dojrzałe, soczyste, kuszące, z tym budzącym lekkie zakłopotanie meszkiem. 
Ugotowane w syropie z białym winem, wanilią, cynamonem, skórką limonki i czarnym pieprzem, dopieszczone malinami, muśnięte chmurką lekkiego kremu. Doskonałe.
Rozkosz, której trzeba się poddać. 
Najlepiej zaraz po wyjściu ze szczeliny dnia.


BRZOSKIWNIE W SYROPIE MALINOWYM Z WANILIĄ, PIEPRZEM I KREMEM MASCARPONE
POACHED PEACHES WITH RASPBERRIES AND MASCARPONE

2 szklanki wody
1 1/4szklani cukru
3/4 szklanki białego wytrawnego
szczypta soli
laska cynamonu 
laska wanilii
skórki z limonki
1/4 łyżeczki ziaren czarnego pieprzu
6 brzoskwiń
ok. 3 szklanek malin
opakowanie mascarpone
sok z limonki
cukier waniliowy


Brzoskwinie umyć, przepołowić i usunąć pestki.
Do dużego płaskiego rondla włożyć wszystkie składniki z wyjątkiem brzoskwiń i malin. Doprowadzić do wrzenia. W tym momencie do syropu włożyć połówki brzoskwiń i gotować na małym ogniu przez kilka minut - powinny lekko zmięknąć, ale nie rozgotować się! Wyłączyć ogień, nakryć rondel i trzymać brzoskwinie w syropie jeszcze przez 7-10 minut. 


Następnie odsączyć je z syropu i przełożyć do innego naczynia, a do garnka wsypać maliny i ponownie zagotować. Zdjąć z ognia przelać syrop przez sito ugniatając, aby maliny puściły jak najwięcej soku. 
Mascrapone utrzeć z cukrem waniliowym (najlepiej domowym) i sokiem z limonki. 
Brzoskwinie podawać polane malinowym syropem z chmurką kremu mascarpone. Posypać świeżymi malinami. Świetnie smakują też z lodami!

* fragment pochodzi z książki Frances Mayes "Pod słońcem Toskanii"

** deser inspirowany przepisem z tej strony - klik

Z wielką przyjemnością dodaję przepis do prowadzonej tradycjnie przez Kabamaigę akcji Morelkowo Brzoskwiniowo. 

  

niedziela, 5 sierpnia 2012

Wędrówki i zapach jabłek. Galaretka z papierówek.



"Pomarszczone owoce muszę być wspaniałe. 
To fałszywa suchość - w każdej zmarszczce czai się aromat konfitur. 
Stwierdzić, że jabłka pachną mocno i przyjemnie? To nie tak. To coś więcej...


Ten zapach przetrwał w tobie, nie da się zapomnieć - to zapach lepszego ja. Ma w sobie jesień w szkole, a Ty fiołkowym atramentem znów skrobiesz brzuszki B, ćwiczysz proste I... O szyby dzowni deszcz, wieczór będzie się ciągnął. 


Ale woń jabłek to nie tylko przeszłość. Tamten czas powraca, bo tak mocno w tobie pachną wspomnienia zawilgłej piwnicy i mrocznego strychu. Lecz teraz jesteś tu i tutaj musisz temu stawić czoło. Za sobą masz wysokie trawy i wilgoć sadu. Przed sobą ciepły powiew pochodzący z cienia. * 


Teraz jestem tu.
I tutaj muszę temu stawić czoło. 
Za sobą mam wysokie trawy i wilgoć sadu.
Przed sobą ciepły powiew dochodzący z cienia. 
Nad sobą korony uginające się od bladożółtych klejnotów.


Miało ich nie być. 
Nie tego lata. Dopiero za rok, jak zawsze. 
A jednak są. 
Więcej niż zwykle.
Większe niż zawsze.
Ogromne, jakby napęczniałe z dumy, że tak nas zaskoczyły, a raczej zasypały.


Papierówki.
Moje ukochane. 
Rozwieszone nad głową.
Rozturlane na łące. 
Pachnące, soczyste, gotowe do wędrówki.


Wyruszają codziennie. 
Najpierw rano, wciąż mokre od rosy. 
Później w południe i jeszcze raz przed samym zachodem słońca. 
Dwie skrzynki dla J. i M.
Ogromny kosz dla U. w podziękowaniu za czerwone porzeczki.


Po kilkanaście zjadanych rytualnie wprost pod drzewem.
Kilka wrzuconych do koszyka roweru, żeby pogryzać po drodze. 
Te wszystkie wędrują do miejsc, które bez trudu potrafię wskazać na mapie. 
Ale ciekawi mnie los tych innych.


Tych, które odeszły w zupełnie nieznane strony. 
Trzy, cztery siatki dorodnych papierówek wystawianych codziennie przed bramę domu niemal od razu znajduje nowych właścicieli. 
Bywa, że szczęśliwy zdobywca dzwoni do drzwi i dziękuje upewniając się może odejść z jabłkami.


Najczęściej jednak znikają bezszelestnie słusznie odczytując zezwolenie na wędrówkę.
Gdzie? Z kim?
Czy zostaną zjedzone jeszcze po drodze, zanim wędrowca dotrze do celu?
A może Ktoś ugotuje z nich kompot i przywita nim ukochaną Osobę?
Dokąd dotarły z Chłopakiem o wielkich, niezwykłych oczach, który trafił do nas głodny, prosząc o jedzenie i odszedł nakarmiony z uśmiechem i wielką siatką papierówek?


Każda siatka jabłek to inna historia. 
Nie wiem jaka, nie znam ich zakończenia.
Ale myślę o mojej. 
O zapachu jabłek, który przetrwał we mnie i którego nie da się zapomnieć.


Ale zapach jabłek to nie tylko przeszłość, choć tamten czas powraca tak mocno, jak wspomnienia wilgotnej piwnicy, do której wciąż znoszę kolejne konfitury i mrocznego kiedyś strychu, na którym teraz mieszkam.

Zapach jabłek to teraz aromat galaretki z papierówek przesiąkniętej zapachem wanilii, skórki cytrynowej i mięty. 
O kolorze złotego bursztynu.
Papierówka - oszlifowany klejnot - galaretka.


W każdym słoiku zapach i smak jabłek owinięty promieniami złocistego słońca, które pieściło owoce już od wiosny.
Zostanie z nimi aż do ostatniej łyżeczki.


GALARETKA Z PAPIERÓWEK Z WANILIĄ, MIĘTĄ I SKÓRKĄ CYTRYNOWĄ
Idealna do naleśników, placuszków, chałki. Świetnie smakuje na plastrach twarogu. 
Widoczna na zdjęciu chałka została upieczone wg tego przepisu - klik, jednak zamiast dużej, upiekłam kilka malych, jednoosobowych. 
 
3 kg papierówek
ok. 3 kg cukru (ilość zależy od uzyskanego soku)
skórka z cytryny
3 laski wanilii
garść posiekanych listków mięty


Papierówki umyć, nie obierać. Pokroić na ćwiartki wraz z pestkami. Przełożyć do dużego garnka i zalać taką ilością wody, aby zakryła owoce. Wstawić na średni ogień i doprowadzić do wrzenia. Od tego momentu trzymać jeszcze na małym ogniu przez 45 minut. Następnie wyłączyć, nakryć pokrywką i odstawić na całą noc.


Następnego dnia odsączyć jabłka przy pomocy gazy lub lnianej ściereczki nałożonej na sitko. Odcedzać stopniowo pozostawiając partię owoców na sicie na 2-3 godziny i obciążając z wierzchu talerzem, ale nie wyciskając owoców. Dzięki temu uzyskamy więcej klarownego soku.


Po odsączeniu całości owoców do soku dodajemy taką samą objętość cukru, stawiamy na ogniu i powoli zagotowujemy. Gdy się zagotuje dodajemy miąższ wanilii oraz pokrojone na kawałki laski wanilii oraz kawałki skórki cytrynowej.
Podczas gotowania co pewien czas zbieramy łyżką tworzącą się pianę - dzięki tamu galaretka będzie klarowna.


Gotujemy cały czas bez przykrycia (ok. 2-3 godzin) do momentu aż galaretka zgęstnieje - jest gotowa, gdy kropla wylana na zimny talerzyk od razu zastyga. W tym momencie wrzucamy posiekane drobno listki mięty i jeszcze chwilkę gotujemy. Zdejmujemy z ognia i przelewamy do suchych, wyparzonych słoików starając się równomiernie rozdzielić skórkę cytrynową i laski wanilii. 
Z podanych proporcji uzyskałam 14 słoików o pojemności 200 i 250 ml. 


Polecam Wam także bardzo wspaniały kompot z papierówek (klik)  i mus z nuta rozmarynową (klik), a ponieważ rozpoczął się sezon mirabelek, może zainteresuje Was przepis na mirabelki w syropie z amaretto i fantastycznie pasujący do mięs chutney mirabelkowych (klik). 

* cytuję fragmenty opowiadania Zapach jabłek autorstwa P. Delerm.
** inspiracją do przepisu na galaretkę z papierówek był przepis na Galaretkę jabłkową z wanilią opublikowany w dodatku do Gazety Wyborczj nr 2/4 Owoce.




Drukuj przepis

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails