Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciasta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciasta. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 kwietnia 2015

Idealny tort czekoladowy z karmelem, solą morską i prażonym sezamem. I konkurs dla kochających czekoladę.



Zastanawialiście się kiedyś nad magią czekolady?
Niby nic wielkiego - płaska ciemna tabliczka,
a jednak moc, jaką w sobie kryje potrafi zdziałać cuda.


Nie znam osoby, której czekolada przynajmniej raz w życiu nie wprawiła w stan absolutnego szczęścia i ekstazy.
I choć smak i ilość zjadanych kostek na pewno są kwestią indywidualną, zmysłowość czekolady, samo brzmienie tego słowa, to jak jego sylaby delikatnie roztapiają się na podniebieniu, są bez wątpienia jednym z największych dobrodziejstw ludzkości.


Są wśród nas tacy, dla których czekolada jest jak powietrze - nie może jej zabraknąć.
Są i tacy, dla których jest kołem ratunkowym - zawsze muszą mieć jej zapas, na wypadek gdyby ....
Jest też typ, który żyje wedle wyjątkowego czekoladowego kalendarza - każde ważne święto uznaje za udane wyłącznie wtedy, gdy jego częścią jest - tak, czekolada!



Pewnie wiecie też, że zdarzają się (i to wcale nie rzadko) jednostki bezproblemowo łączące wszystkie te trzy cechy.
Nie jest tajemnicą, że zaliczam się do nich ja i rzecz jasna mój W., który czekoladę kocha niemalże tak samo, jak mnie (czytaj: do szaleństwa;) 
Czy więc z okazji imienin mogłam przygotować dla niego szarlotkę?


Wybrałam tort. Czekoladowy. Oczywiście.
Przełożyłam musem z najlepszych czekolad. To także oczywiste.
Podarowałam W. idealny tort czekoladowy.
Bez zbędnych słów i nadmiaru ozdób. 
Zamiast bukietu, kilka białych kwiatów jabłoni.
Czekolada broni się sama.
Tym bardziej, jeśli to czekolada, której jakość i smak nigdy mnie nie zawiodły.


Tort wypełniły warstwy aksamitnego musu, do którego wykorzystałam czekolady Lindt Excellence z karmelem i solą morską oraz nowość - Lindt Excellence z ziarnami prażonego sezamu. Obydwa smaki idealnie się z sobą komponują, nie są za słodkie, kryształki karmelu i soli morskiej cudownie rozpływają się na podniebieniu, a ziarna sezamu przyjemnie chrupią.


Ten tort jest rajem dla czekoladoholików, na właściwą drogę sprowadzi też tych, którym wydawało się, że jakimś cudem można żyć bez czekolady - otóż powiadam Wam - nie można! Jeśli macie ochotę podajcie ten tort w wersji "light" - nie pieczcie ciasta, ale koniecznie zróbcie sam  mus - powstanie wykwintny, uzależniający deser!  To czekoladowe niebo - dajcie się do niego porwać! Wiosna bez czekolady nie może być udana!

Tort podarowałam W., ale mam także coś dla Was! Pod przepisem znajdziecie konkurs, w którym nagrodą są aż trzy zestawy najlepszych czekoladowych pyszności od Lindt


IDEALNY TORT CZEKOLADOWY Z KARMELEM, SOLĄ MORSKĄ I PRAŻONYM SEZAMEM
Tort dla prawdziwych koneserów czekolady. Wilgotny, mocno czekoladowy, najlepiej smakuje kolejnego dnia. Pamiętajcie, aby do przygotowania musu użyć czekolad najlepszej jakości - polecam oczywiście czekolady Lindt.

Na ciasto: 
1 3/4 szklanki mąki
1  szklanki cukru 
3/4 szklanki ciemnego kakao
2 łyżeczki sody oczyszczonej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki soli
2 jajka
1 szklanki maślanki
1 szklanki mocnej kawy
1/2 szklanki oleju roślinnego dodatkowo ok 1/2 słoika konfitury morelowej

 Do misy miksera przełożyć wszystkie składniki sypkie. Dodać do nich jajka, maślankę, kawę i olej. Wymieszać całość na średnich obrotach. Gdy składniki połączą się, przelać masę do natłuszczonej i obsypanej mąką formy o średnicy 20 cm. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 175 stopni i piec przez ok. 35 minut, do momentu tzw. "suchego patyczka". 
Po upieczeniu dokładnie wystudzić, a najlepiej odstawić na noc i przygotować tort kolejnego dnia. Ciasto podzielić na blaty ( u mnie wyszły cztery). Każdy z nich posmarować warstwą konfitury morelowej, a następnie przełożyć jednym z musów czekoladowych - u mnie na przemian mus z karmelem/solą morską i mus z prażonym sezamem. Odłożyć cześć musu do obłożenia boków i wierzchu tortu. Udekorować wedle uznania - u mnie za dekorację posłużyły wiosenne kwiaty.


Na mus z karmelem i solą morską 
1  łyżeczka żelatyny
2 łyżeczki zimnej wody
6 łyżek mleka
2 jajka
360  ml śmietany kremówki 30%
3 łyżki cukru

Czekoladę stopić w kąpieli wodnej razem z mlekiem. Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie, a gdy napęcznieje przełożyć do jeszcze ciepłej masy czekoladowej i dokładnie wymieszać. Lekko przestudzić, wbić jajka i dokładnie połączyć. Śmietanę wraz z cukrem ubić na sztywno, a następnie delikatnie wymieszać z masą czekoladową. Odstawić na chwilę do przestudzenia.


Na mus z prażonym sezamem
1  łyżeczka żelatyny
2 łyżeczki zimnej wody
6 łyżek mleka
2 jajka
360  ml śmietany kremówki 30%
3 łyżki cukru

Czekoladę stopić w kąpieli wodnej razem z mlekiem. Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie, a gdy napęcznieje przełożyć do jeszcze ciepłej masy czekoladowej i dokładnie wymieszać. Lekko przestudzić, wbić jajka i dokładnie połączyć. Śmietanę wraz z cukrem ubić na sztywno, a następnie delikatnie wymieszać z masą czekoladową. Odstawić na chwilę do przestudzenia.


Zapraszam Was do wiosennego, czekoladowego konkursu, w którym do zdobycia są aż trzy zestawy czekoladowych pyszności od Lindt: Lindt Excellence Touch of Sea Salt, Lindt Excellence 70% Cacao i Lindt Excellence Orange Intense oraz dwa opakowania pralinek - Lindor Mix & Cocos Cornet 175g i Lindor Assorted Kanne 250g.
Co trzeba zrobić, aby zostać właścicielem tych słodkości?
W komentarzu pod tym postem napiszcie do jakiego dania/deseru najchętniej użylibyście jednej z czekolad Lindt Excellence. Wybiorę autorów trzech - moim zdaniem najciekawszych - propozycji. 
Na Wasze wpisy czekam przez cały tydzień, do 1 maja 2015, do godz. 23.59
Wyniki ogłoszę do 3 maja, w tym poście.
Uwaga! Proszę o pozostawienie swojego adresu mailowego! 
Wysyłka nagród wyłącznie na terenie Polski.  

***

Dziękuję Wam za wszystkie nadesłane propozycje. Są wspaniałe i nad każdą rozpływam się jak ... czekolada. 
Zdecydowałam, że zestawy czekoladowych słodkości od Lindt trafią do:

pincake - za wyjątkową (a takie uwielbiam!) propozycję czekoladowych "sosonersów:
kingasmolnik - za wytrawną propozycję połączenia czekolady z policzkami wołowymi
Aciri - za trufle z awokado i zjedzenie tabliczki "tak po prostu", bo w prostocie siła 

Proszę nagrodzone osoby o przesłanie na mój adres mailowy adresu do wysyłki nagród. 
Na adres korespondencyjny do wysyłki nagrody czekam do 6 maja br., jeśli do tego czasu go nie otrzymam, wybiorę innego czekoladoholika;)

środa, 17 grudnia 2014

Przepisy na święta

W tym roku (znowu) czasu przed świętami mam jakby coraz mniej...
Jednak na pewno znajdę go tyle, by przygotować moje ulubione świąteczne smakołyki. 
Może i Wam przypadną do gustu i wybierzecie jeden z proponowanych poniżej przepisów?
Polecam i pozdrawiam! 


środa, 1 października 2014

wtorek, 21 stycznia 2014

Pasternak. Pigwa. Tort. I złudzenia.



Nic nie jest tym, czym się zdaje. 
Zima stała się wiosną. 
Śnieg zastygł w dalekich opowieściach. 
Prawo coraz częściej skręca na lewo, 
a w sklepie polskie ryby mają napis "Made in China". 


Na pewno zamienia się w być może,
a teraz w za chwilę.
Chwila staje się wiecznością, 
a wieczność wcale nie uszczęśliwia. 
Pozory mylą, prognozy zawodzą,
a autorytety wprawiają w zakłopotanie. 


Nowa moda jest niczym więcej jak powielaniem starego. 
W sylabach sprawiedliwości od dawna brak miejsca dla niej samej.
Rzeczywistość przestaje być realna, 
a wirtualny świat zasysa życie jak czarna dziura. 

Nic nie jest tym, czym się zdaje.
A już na pewno pasternak nie jest pietruszką, choć bardzo ją przypomina. 
Zdawało mi się, że znajdę czas na ten i wiele innych przepisów.
Zdawało...
Figa z makiem z pasternakiem ...


Z figami poczekam na sezon, ale tort?
Tort z pasternaku nie jest szaleństwem, choć pewnie się zdaje. 
Jest pyszny, zaskakująco pyszny.
W smaku i strukturze mocno przypomina wilgotny tort orzechowy.
Dodatek kandyzowanej pigwy świetnie dotrzymuje towarzystwa blatom nasączanym obficie pigwówką i doskonale ożywia korzenno-orzechowe smaki.  


Poszukajcie pasternaku.
Upieczcie tort. 
Jest pyszny.
I to nie jest złudzenie.


TORT Z PASTERNAKU Z PIGWĄ
/na 8-10 porcji, przepis własny/

Na ciasto
1,5 szklanki mąki
1 szklanka brązowego cukru
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka mielonego imbiru
1,5 łyżeczki mielonego cynamonu 
1 łyżeczka gałki muszkatołowej
1 łyżeczka mielonych goździków
3 duże jajka
0,5 szklanki oleju roślinnego 
0,5 szklanki mleka
1 łyżeczka esencji waniliowej
2 szklanki pasternaku startego na tarce z drobnymi oczkami
0,5 szklanki orzechów włoskich


Na masę
1 opakowanie serka mascarpone
1 szklanka śmietany kremówki 30% 
ok. 80-100 ml nalewki z pigwy
8-10 łyżek galaretki z pigwy
4 łyżki kandyzowanej pigwy 


Piekarnik nagrzewamy do temperatury 180 stopni. W dużej misce mieszamy razem mąkę, cukier, proszek do pieczenia, sól i wszystkie przyprawy. W drugiej misce ubijamy lekko jajka i dodajemy olej, mleko oraz esencję waniliową. Mokre składniki łączymy z suchymi i mieszamy aż wszystko połączy się razem. Na koniec dodajemy tarty pasternak i orzechy i ponownie mieszamy. 



Formę o średnicy 19 cm natłuszczamy lub wykładamy papierem do pieczenia i przelewamy do niej ciasto. Wstawiamy do nagrzanego piekarnika i pieczemy przez ok. 30 minut lub do momentu tzw. suchego patyczka. Upieczone ciasto odstawiamy do całkowitego wystudzenia, a następnie przy pomocy ostrego noża dzielimy na 3 lub 4 blaty. Każdy z blatów nasączamy nalewką z pigwy. 


Kremówkę ubijamy na sztywno i łączymy z serkiem mascarpone mieszając delikatnie, aby powstała gładka masa. Mieszając dodajemy stopniowo kandyzowaną pigwę oraz galaretkę z pigwy zostawiając część do posmarowania blatów. Blaty tortu smarujemy najpierw delikatnie galaretką z pigwy, a następnie masą z mascarpone pamiętając, by zostawić część na posmarowanie wierzchu i boków. Gotowy tort dekorujemy kawałkami kandyzowanej pigwy i chłodzimy przed podaniem, najlepiej przez całą noc.

piątek, 5 kwietnia 2013

Skrajności i wiosenna łąka. Odwrócone ciasto z matcha i czerwonymi pomarańczami.




Między dwoma skrajnościami wisi cienka zasłona. 
Delikatna, przezroczysta, żeby nas ostrzec lub pocieszyć.
Czujesz nienawiść, ale gdy spojrzysz przez zasłonę dostrzeżesz możliwość miłości.
Jesteś smutny, ale po drugiej stronie możesz zobaczyć radość.
Idealny porządek i kompletny bałagan - wszystko zmienia się tak szybko, 
w mgnieniu oka ...
Cecelia Ahern


I właściwie to tyle.
Wszystko.
Mogłabym już nic nie pisać. 
W tym cytacie kryje się wszystko, co mnie ostatnio spotkało. 
Cały kalejdoskop emocji. 
Zaskakujących.
Bezsilnych.
Uskrzydlających.
Skrajnych. 


Piątkowy poranek.
W kuchni idealny porządek, którego spokój i monotonię przerywa kompletny bałagan. 
Ekspres do kawy eksploduje z hukiem samolotu odrzutowego.
Czarny nałóg maluje kuchnię, jak wzburzony natchnieniem szalony artysta. 
Ziarna kawy trafiają w miejsca, o których istnieniu nawet nie wiedziałam. 


Ktoś bliski wysyła niepokojące oznaki źle ulokowanego zaufania. 
Ktoś inny odczytuje to wszystko na opak i rzuca mocne słowa - za mocne.
Niesłuszne.
Nieprawdziwe. 


Jesteś smutny, ale po drugiej stronie możesz zobaczyć radość. 
Parę innych słów zamienia się w lawinę pozytywnych emocji. 
Docierają z miejsc, których się nie spodziewasz.
Skrajnie innych, a jednak bliskich.


To magia chleba, który łączy, a nie dzieli. 
Chlebowy weekend. 
Spontaniczny pomysł urósł niespodziewanie, jak pieczołowicie zagnieciony chleb. 
Oby pachniał i smakował równie wspaniale. 


Wszystko zmienia się tak szybko
Czekasz na wiosnę, a za oknem wita Cię kolejna śnieżyca. 
Pieczesz ciasto, które ma "wiedzieć o wiośnie" (klik), a gdy wykładasz go na stół, zima rozsiada się wszędzie wokół. 


Skrajności.
Nieprzewidziane. Niechciane. 
Ale i te dobre, zaskakująco miłe.
Dużo tego, za dużo rozhuśtania w górę i w dół. 
Marzy mi się coś skrajnie innego. 
Spokój.
Łąka. 


Zamknij oczy. 
Wyobraź sobie jej zieleń. 
Soczystą, świeżą. 
Zrób krok i zanurz stopy w trawie. 


Rosa łaskocze Ci stopy. 
Masz pod sobą zielony dywan. 
Faluje od wiosennego wiatru. 
Pachnie wczesnym porankiem, rześkim i pełnym nadziei na dobry dzień. 


Wszędzie wokół zerkają na Ciebie kwiaty. 
Tęskniłeś za nimi. 
Teraz masz je na wyciągnięcie ręki. 
Śmiało! Wyciągnij ją.
Są Twoje. I ten kawałek łąki też. 


Otwórz oczy.
Łąka nie znika. 
Patrzysz na nią i - tak, możesz ją zjadać, kawałek po kawałku. 
Jest puszysta, zielona, wilgotna i pięknie pachnie. 
A kwiaty są nie tylko na ozdobę. 


Ta łąka to moja wiosna na talerzu. 
Taka sama może wyrosnąć u Was w niecałą godzinę. 
Odwrócone ciasto z matcha i czerwonymi pomarańczami. 
Cudownie wilgotne, puszyste i pełne cytrusowych smaków i kolorów. 


Nazwałam je Wiosenna Łąka.
Skoro prawdziwa wiosna jest skrajnie daleko, takie ciasto musi być odpowiednio blisko. 
A może jednak wiosna nas zaskoczy...?
Wszystko zmienia się tak szybko, oby tylko na dobre! 


ODWRÓCONE CIASTO Z MATCHA I CZERWONYMI POMARAŃCZAMI
Orange & matcha upside-down cake
/piekłam z połowy porcji w formie o średnicy 20 cm/

Zakochałam się w strukturze tego ciasta. Nie przepadam za ciastami ucieranymi ani typowymi biszkoptami, ale to jest wyjątkowe. Niezwykle puszyste, wilgotne, mięciutkie. Nawet jeśli nie macie matcha czy czerwonych pomarańczy, upieczcie je i jestem pewna, że je pokochacie!  Takie ciasto jest jak poduszka - można się w nie wtulać i szukać pocieszenia. 

135 g mąki
90 g skrobii ziemniaczanej
9 łyżeczek matcha
1 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
6 jajek (oddzielnie żółtka i białka)
270 g cukru
240 ml oleju roślinnego 
6 łyżek soku z cytryny
skórka starta z 1 cytryny
szczypta soli
obrana ze skórki i pokrojona w plastry czerwona pomarańcza
3 łyżki brązowego cukru
masło i mąka wysmarowania i oprószenia formy


Żółtka ubijać z cukrem do momentu aż masa żółtkowa zwiększy objętość i stanie się bledsza. Powoli zacząć dolewać olej, najpierw delikatnym strumieniem, później można zwiększyć ilość. Dodać sok i skórkę z cytryny. Gdy składniki się połączą dosypać mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia i skrobią ziemniaczaną. Na końcu dosypać matcha. Miksować nadal - masa będzie bardzo gęsta. 
W osobnym naczyniu ubić na sztywno białka ze szczyptą soli. Gdy piana będzie sztywna i lśniąca połączyć ją delikatnie z masą żółtkową. Nie będzie to łatwe, masa jest bardzo gęsta, ale pod koniec można pomóc sobie trzepaczką. 


Dno i boki tortownicy wysmarować masłem i oprószyć mąką.
Brązowy cukier rozsypać równo na dnie formy i ułożyć na nim plastry czerwonych pomarańczy, a następnie wylać na nie ciasto. Piec w piekarniku nagrzanym do 160 stopni przez ok. 35 minut - pod koniec sprawdzać patyczkiem czy ciasto jest upieczone. 
Po wyjęciu z piekarnika ciasto chwilę przestudzić, a następnie wyłożyć "do góry nogami" na talerz lub paterę. 
Oryginalny przepis proponuje podanie ciasta z lekko waniliowym sosem budyniowym - nie przepadam za nim, więc polałam ciasto domowym likierem jajecznym - pycha! 

* przepis znaleziony na tej stronie - klik 
** cytat znaleziony na pięknym blogu Now and Again prowadzonym przez Mamsam - klik 


Chlebowy weekend, czyli akcja pieczenia chleba "w ciemno" to spontaniczna akcja, którą ogłosiłam na mojej stronie na Facebook'u. Trwa od dziś do niedzieli, choć i poniedziałek może być dozwolony. Jeśli są jeszcze chętni proszę o kontakt pod postem lub na priva przez Facebook. Wyślę przepis i wskazówki. Całą resztę proszę - trzymajcie za nas kciuki, aby chleby nam pięknie rosły! Jeśli wszystko się uda, będą pachnieć od Europy po Azję!

środa, 27 marca 2013

O tym, jak baba zamieniła się w wielkanocnego gołębia. Colomba di Pasqua na trzy blogi - ciasto, które wie o wiośnie.



Kiedy zaczynacie świąteczne przygotowania? 
Na ostatni moment czy na długo wcześniej macie wszystko rozpisane i zaplanowane?
Ja zwykle działam spontanicznie i niemal do końca nie mam pewności co ostatecznie trafi na świąteczny stół. Wyjątkiem są oczywiście potrawy, które od pokoleń towarzyszą mojej Rodzinie i bez których po prostu nie wyobrażamy sobie świątecznego czasu. 


Jedną z nich jest baba drożdżowa. 
Pieczona w kamionkowej formie z kominkiem, tej samej, której jeszcze w zeszłym stuleciu używała moja Prababcia. 
To forma na specjalne okazje, pielęgnowana i doglądana jak najcenniejsza porcelana. 
Przez dziesiątki lat jej wysoka pozycja na liście najcenniejszych kuchennych skarbów była niezagrożona aż do teraz... i to przez, och, aż trudno uwierzyć... papierową, jednorazową foremkę na gołębicę.


Tak, w tym roku baba zamieniła się w gołębicę. 
Spisek przeciw królowej trwał dobrych kilka miesięcy podczas których z Atiną, Majaną i Margot knułyśmy plany drożdżowego podboju Wielkanocy. Teorii spiskowych było wiele, planów działania co najmniej kilka. Ostatecznie wsłuchując się w bezcenne rady Margot wybrałyśmy gołębicę, czyli Colomba di Pasqua, tradycyjną "babkę" drożdżową pieczoną we Włoszech na święta wielkanocne.
Skoro włoski wypiek, to i przepis z Italii pięknie przetłumaczony przez Majankę - dziękujemy!


Wspólne pieczenie to wyjątkowe emocje. Ciekawość, podekscytowanie, porozumienie myśli, jedność gestów i czynności. Jest w tym niezwykła magia. Tym większa, jeśli okazuje się, że do wspólnego pieczenia dołącza Osoba wyjątkowo bliska, pełna pozytywnej i twórczej energii. Tak było z Lo, która nie umawiając się z nami, w tym samy czasie upiekła swoją gołębicę. Po raz kolejny przekonałam się, że czasem nie trzeba słów, by rozumieć się tak doskonale. 


To był cudowny weekend. Pachnący wspaniałym ciastem drożdżowym, migdałami i cytrusami. Wyrabianie gołębicy, oczekiwanie aż wzniesie się na odpowiednią wysokość, by móc sfrunąć w niecierpliwe i łakome kolejnych kawałków ręce uskrzydliły mnie i wprawiły w doskonały przedświąteczny nastrój.  
A sama gołębica? Zanim napiszę jak smakuje, poczytajcie trochę o jej ciekawej historii.


Kiedy po tradycyjnym, wielkanocnym obiedzie przychodzi pora na deser, na włoskich stołach pojawia się Colomba – wyrośnięte ciasto w kształcie gołębicy. Od zamierzchłych czasów gołębica, obok jajka,  jest symbolem pokoju, odrodzenia i miłości.
Gołębica z ciasta stała symbolem włoskiej Wielkanocy w pierwszych dziesięcioleciach XX wieku, kiedy to mediolański zakład produkcyjny „Motta” postanowił wprowadzić na rynek ciasto podobne do babki drożdżowej z bakaliami (panettone), ale w kształcie gołębia na bazie cukru, ciasta i likieru migdałowego. 


Produkt zdobył dużą popularność w 1930r. za sprawą Cassandre – artysty specjalizującego się w manifestach publicznych, któremu firma zleciła projekt wypromowania ciasta poprzez slogan „Colomba pasquale Motta, il dolce che sa di primavera” czyli  w tłumaczeniu: ”Gołębica wielkanocna firmy Motta, ciasto które wie o wiośnie.”
Korzeni tradycji wypiekania colomby można dopatrywać się w Biblii. W Starym Testamencie, w opowieści o Noe, występuje gołębica z gałązką oliwną w dziobie, która po powszechnej powodzi zwiastuje opadnięcie wód, a w wymiarze religijnym pojednanie między Bogiem a ludźmi.


Z Colombą wiąże się kilka legend. Jedna z nich głosi, że ciasto zostało po raz pierwszy wypieczone w Pawii w 750 roku. Ubogi cukiernik upiekł ciasto w nadziei, że zapanuje w mieście pokój. Pawia była bowiem w stanie wojny z królem Alboino.
Ten prosty gest skruszył serce najeźdźcy i w konsekwencji doprowadził go do wycofania się z zamiarów podbicia miasta. 
Inna legenda mówi, że podczas walki oddziałów żołnierzy Fryderyka Barbarossy ze Związkiem Gmin Lombardzkich, na sztandarze rydwanu usiadły dwa gołębie symbolizujące powodzenie dla armii mediolańskiej.*


Jadłam wiele drożdżowych "bab", ale ta zdecydowanie smakuje mi najbardziej. Dzięki skórce z cytrusów jest cudownie aromatyczna. Największym jej atutem jest migdałowy wierzch - och, ta chrupiąca skorupka utkana migdałami to coś najpyszniejszego na świecie. Zapach, jaki towarzyszy jej pieczeniu jest tak zniewalający, że wszyscy okupowaliśmy szybę piekarnika oddając się najpyszniejszym inhalacjom i jednocześnie walcząc o prawo do ukrojenia pierwszego kawałka. 


Zgodnie z rodzinną tradycją colomba została zjedzona jeszcze na ciepło, popijana zimnym mlekiem. Udało mi się ocalić jedynie kawałek "dziubka" gołębicy, by przekonać się jak smakuje na drugi dzień. I tu kolejny powód do zachwytu - nic nie traci na swojej wilgotności (tak, to baba wilgotna, nie sucha!). 


Nawet jeśli nie macie specjalnej formy na gołębicę, namawiam Was na jej upieczenie. Przepis nie jest trudny, trzeba jedynie - jak w przypadku wszystkich drożdżowych wypieków - uzbroić się w cierpliwość i nie poganiać ciasta, a dać mu czas, by rosło swoim tempem. Idealna będzie forma jak na placek drożdżowy - zyskacie wtedy dużą powierzchnię migdałowej skorupki!  


Colomba di Pasqua to "ciasto, które wie o wiośnie", może  uda mu się ją nareszcie przywołać? 
Bez względu na pogodę życzę Wam, by ten wielkanocny czas upływał Wam w sposób szczególny. 
Samych dobrych chwil i pogody - ducha!


Dziękuję Atinie i Lo za wspólne pieczenie, Majance za wsparcie językowe i duchowe i jak zawsze za najlepszą opiekę Margot:*  Do następnego!

COLOMBA DI PASQUA

/przepis z tej strony - klik, tłumaczenie Majana/

Składniki na formę 1 kg
500 g mąki
100 ml wody 
25 świeżych drożdży 
200 g masła 
170 g cukru 
5 żółtek 
30 ml mleka 
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
starta skórka z 1 cytryny 
skórka starta z 1 pomarańczowy 
1 szczypta soli 
50 g kandyzowanych owoców (opcjonalnie, u mnie drobno siekane suszone żurawiny)

Składniki na lukier migdałowy 
2 białka
50 g cukru pudru 
50 g granulowanego cukru (zastąpiłam zwykłym)
70 g całych migdałów



Zacząć od przygotowania bigi. Biga to preferment, inaczej zaczyn, charakterystyczny dla włoskich wypieków chlebowych i drożdżowych. Powstaje poprzez połączenie mąki, wody i niewielkiej ilości wody. Istnieją dwa rodzaje bigi - lużna i sztywna. W tym wypadku przygotowujemy sztywną bigę, czyli taką, która wyrasta w wodzie tworząc zaczyn na kształt nadętej kopuły, który z łatwością można odsączyć i dodać do zagniatanego ciasta (patrz: fotorelacja - klik). Przygotować bigę rozpuszczając drożdże w 100 ml ciepłej wody. Dodaj 140/150 g mąki i zacząć mieszać. 
Zagnieść ciasto, aż będzie miękkie. Na powstałym w ten sposób maleńkim bochenku naciąć na wierzchu krzyż i umieścić w misce wypełnionej ciepłą wodą. Bochenek po chwili uniesie się do góry i zacznie ładnie wyrastać. Przykryć i zostawić do wyrośnięcia na 30 minut. Ciasto powinno podwoić swoją objętość.


Do drugiej, większej miski wsypać pozostałą mąkę (350g), cukier, żółtka, 100g miękkiego masła, szczyptę soli, ekstrakt waniliowy i startą skórkę z cytryny i pomarańczy. Zagniatać dodając mleko.
Następnie wyjąć bigę z wody (odsączoną, można ją bez problemu pochwycić w dłonie) i  dodać do przygotowanego ciasta.  Przełożyć całość na stolnicę i zagniatać, aż otrzymamy miękkie, gładkie, trochę lepkie ciasto. Umieścić je w ciepłym miejscu do wyrośnięcia na około 1 godzinę.
Po tym czasie  ciasto przełożyć ponownie na stolnicę i dodać 50 g miękkiego masła. Wyrabiać energicznie (około 10 minut, najlepiej ręcznie) i ponownie odstawić ciasto do wyrośnięcia na 4 godziny. Ciasto powinno podwoić swoją objętość.


Wyłożyć ciasto na stolnicę dodać ostatnie 50 g miękkiego masła i opcjonalnie bakalie i zagniatać ciasto przez 15 minut, następnie przełożyć do formy na colombę. Pozostawić w cieple do wyrośnięcia przez około 40 minut, do momentu kiedy ciasto będzie dotykało krawędzi formy. Foremka, którą miałam była mała, więc przełożyłam do niej połowę ciasta, drugą upiekłam w osobnej formie.
Piekarnik nagrzać do 190 stopni C.
Przygotować lukier ucierając białka z cukrem pudrem. Posmarować nim obficie ciasto, posypać cukrem granulowanym i migdałami - można układać je dość gęsto, im więcej, tym skorupka jest pyszniejsza.
Piec w rozgrzanym do 190 stopni piekarniku przez 10 minut, a następnie zmniejszyć temperaturę do 180 stopni i piec przez kolejne 30 minut. Wyjąć ciasto i ostudzić na kratce.
Smakuje doskonale nawet drugiego dnia, pod warunkiem, że coś zostanie :)



* informacje o colombie cytuję z tej strony - klik

Drukuj przepis

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails