Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konfitury. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konfitury. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 lutego 2015

Trudna miłość. Dżem z marchewki z pomarańczą i kardamonem w kolejnym TU i TAM




Nie wiedzieć czemu, wzbudza tak skrajne emocje. 
Dlaczego?
Kolor ma przecież optymistyczny.
Kształt nie przeraża, podobnie jak obróbka, będąca w porównaniu z karczochem, czystą formalnością. 
Czy chodzi zatem o smak albo sposób podania?
A może wszystkiemu winne są złe wspomnienia?
Koniec zimy to dobry czas na odczarowanie marchewki. 
Razem z Amber z Kuchennymi Drzwiami chcemy Wam pokazać, że trudna miłość do marchewki może przerodzić się w czystą rozkosz!
Zapraszamy na nasze kolejne spotkanie w cyklu TU I TAM, którego bohaterką została daucus carota - po prostu marchewka.


Piotrze!
Nawet człowieka absolutnie skrytego, człowieka o wnętrzu ciemniejszym niźli belgijska gorzka czekolada, dopadają chwile absolutnej szczerości. To czas, gdy nie można już w sobie dusić skrywanej latami słabości, moment absolutnie konfesyjny, o jakim tylko marzą początkujący spowiednicy (...). Jestem właśnie w takim stanie, lecz nie przerywaj lektury, nie będą to wynurzenia z gatunku tych, że zawsze wieczorem przebieram się potajemnie w damską skórzaną bieliznę (...). Nic z tych rzeczy, chciałbym Ci jedynie donieść, że bardzo, bardzo lubię marchewkę. 


Dlaczegóż to potrzebowałeś chwili aż tak szczególnej - spytasz z troską - by wyznać rzecz równie błahą i normalną? Spieszę z odpowiedzią: wydaje mi się, że jedzenie marchewki przez dorosłych ludzi uchodzi  w naszym kraju za czynność wstydliwą. 
Marchwiane papki podaje się, owszem, niemowlętom, by ukoić ich rozdygotane trzewia, dzieciom robi się przerażające marchwiane zupki, by ładnie rosły, a dorosłym wciskana jest surówka z marchwi w ramach restauracyjnych zestawów obowiązkowych. I to wszystko, nie licząc jeszcze obecności marchwi w zupach jarzynowych. A ja marchew kocham. 


Czym byłaby wołowina po burgundzku bez wielości marchwianych krążków, czym bez marchwi byłaby włoska minestra, jak bez marchwi wyobrazić sobie kuskus, jagnięce ragout, ossobuco i wiele innych, równie wspaniałych rzeczy?! 
Kończę, bo muszę coś dosłownie schrupać. 

Twój Robert Von Karotex Makłowicz *


Robercie!

Rzeczywiście, to prawda, że okazywanie słabości do marchewki graniczy z publiczną sodomią ale pragnę Cię zapewnić, Drogi Przyjacielu, że jestem z Tobą. Też lubię marchew, ale jest to miłość trudna. 
Przez większość życia marchewki nie znosiłem i do dziś nie toleruję jej w talerzu rosołu (w rosole - tak, ale nie na talerzu). 
Uważam też, że to kiepski pomysł, żeby ją dodawać do wielu zup, bo wtedy robią się nieprzyjemnie słodkawe. Sałatki jarzynowe także stanowczo wolę bez marchwi. 
Ale sok! Parę lat temu oszalałem na jego punkcie i teraz prawie każdy dzień zaczynam od wysokiej szklanki z kilogramem upłynnionych marchwianych korzeni (...). Lubię też tartą, soczystą marchew z cytryną. Pyszna jest młoda marchewka duszona w maśle i glazurowana.
Idę skrobać na jutro.

Bikont Nafaszerowany Witaminami *

P.S. Ale już risotto marchewkowe - wierz mi, próbowałem - całkowicie odpada. Sufletu też bym nie ryzykował. 



I co Wy na to - pod którym listem się podpiszecie?
Doprawdy tyle kontrowersji co marchewka nie wzbudza chyba żadne inne warzywo (może oprócz szpinaku?).  Ja pokochałam ją dopiero jako dorosła osoba, kilka lat temu, a mimo to ta miłość  jest naprawdę trudna - nadal wyławiam marchewkę z rosołu. Zachwycam się jednak jej nietypowymi wcieleniami - im dziwniejsze, tym bardziej mnie ekscytuje. 


Polecam Wam te marchewkowe wpisy - może i Wam posmakują tak bardzo, jak mnie? 

A co ekscytującego można zrobić z marchewki w środku zimy? Na przykład pyszny, aromatyczny ... marchewkowy dżem. Pomyślałam, że warto na przekór porze roku zabrać się za przygotowanie przetworów, których kolor i smak podziała jak prawdziwy energetyczny zastrzyk. 

MARCHEWKOWY DŻEM Z POMARAŃCZĄ I KARDAMONEM
Dżem jest po prostu przepyszny. Cytrusowo-pomarańczowa nuta orzeźwia, a kardamon dodaje nieco egzotycznego aromatu. Idealny na drożdżowe ciasto! Do pokochania nawet przez tych, którym się zdaje, że nie lubią marchewki.

500 g marchewki
300 g cukru 
1 pomarańcza (skórka i sok)
sok z 2 cytryn
skórka z 1 cytryny
kardamon - do smaku


Marchewki obrać i zetrzeć na grubej tarce. Przełożyć do rondelka i zalać taką ilością wody, aby je nakryła. Gotować do miękkości, a następnie zmiksować. Masę przełożyć na sitko i odcisnąć nadmiar wody.
Masę przełożyć do rondelka, dodać cukier, sok i skórki z cytrusów oraz mielony kardamon. Zamieszać i trzymać na średnim ogniu aż nieco zgęstnieje. Gorący dżem przełożyć do słoików i zapasteryzować (trzymam 10 minut w piekarniku nagrzanym do 90 stopni). 


* Cytuję  fragmenty rozdziału "Trudna miłość do marchewki" z książki "Dialogi języka z podniebieniem - Bikont do Makłowicza, Makłowicz do Bikonta", wyd. Znak. Cytowany fragment pojawił się już w innym marchewkowym poście, ale pomyślałam, że podobnie jak marchewkowe kontrowersje, jest po prostu ponadczasowy i idealnie odda słowami to, co czuje większość z nas.

niedziela, 5 sierpnia 2012

Wędrówki i zapach jabłek. Galaretka z papierówek.



"Pomarszczone owoce muszę być wspaniałe. 
To fałszywa suchość - w każdej zmarszczce czai się aromat konfitur. 
Stwierdzić, że jabłka pachną mocno i przyjemnie? To nie tak. To coś więcej...


Ten zapach przetrwał w tobie, nie da się zapomnieć - to zapach lepszego ja. Ma w sobie jesień w szkole, a Ty fiołkowym atramentem znów skrobiesz brzuszki B, ćwiczysz proste I... O szyby dzowni deszcz, wieczór będzie się ciągnął. 


Ale woń jabłek to nie tylko przeszłość. Tamten czas powraca, bo tak mocno w tobie pachną wspomnienia zawilgłej piwnicy i mrocznego strychu. Lecz teraz jesteś tu i tutaj musisz temu stawić czoło. Za sobą masz wysokie trawy i wilgoć sadu. Przed sobą ciepły powiew pochodzący z cienia. * 


Teraz jestem tu.
I tutaj muszę temu stawić czoło. 
Za sobą mam wysokie trawy i wilgoć sadu.
Przed sobą ciepły powiew dochodzący z cienia. 
Nad sobą korony uginające się od bladożółtych klejnotów.


Miało ich nie być. 
Nie tego lata. Dopiero za rok, jak zawsze. 
A jednak są. 
Więcej niż zwykle.
Większe niż zawsze.
Ogromne, jakby napęczniałe z dumy, że tak nas zaskoczyły, a raczej zasypały.


Papierówki.
Moje ukochane. 
Rozwieszone nad głową.
Rozturlane na łące. 
Pachnące, soczyste, gotowe do wędrówki.


Wyruszają codziennie. 
Najpierw rano, wciąż mokre od rosy. 
Później w południe i jeszcze raz przed samym zachodem słońca. 
Dwie skrzynki dla J. i M.
Ogromny kosz dla U. w podziękowaniu za czerwone porzeczki.


Po kilkanaście zjadanych rytualnie wprost pod drzewem.
Kilka wrzuconych do koszyka roweru, żeby pogryzać po drodze. 
Te wszystkie wędrują do miejsc, które bez trudu potrafię wskazać na mapie. 
Ale ciekawi mnie los tych innych.


Tych, które odeszły w zupełnie nieznane strony. 
Trzy, cztery siatki dorodnych papierówek wystawianych codziennie przed bramę domu niemal od razu znajduje nowych właścicieli. 
Bywa, że szczęśliwy zdobywca dzwoni do drzwi i dziękuje upewniając się może odejść z jabłkami.


Najczęściej jednak znikają bezszelestnie słusznie odczytując zezwolenie na wędrówkę.
Gdzie? Z kim?
Czy zostaną zjedzone jeszcze po drodze, zanim wędrowca dotrze do celu?
A może Ktoś ugotuje z nich kompot i przywita nim ukochaną Osobę?
Dokąd dotarły z Chłopakiem o wielkich, niezwykłych oczach, który trafił do nas głodny, prosząc o jedzenie i odszedł nakarmiony z uśmiechem i wielką siatką papierówek?


Każda siatka jabłek to inna historia. 
Nie wiem jaka, nie znam ich zakończenia.
Ale myślę o mojej. 
O zapachu jabłek, który przetrwał we mnie i którego nie da się zapomnieć.


Ale zapach jabłek to nie tylko przeszłość, choć tamten czas powraca tak mocno, jak wspomnienia wilgotnej piwnicy, do której wciąż znoszę kolejne konfitury i mrocznego kiedyś strychu, na którym teraz mieszkam.

Zapach jabłek to teraz aromat galaretki z papierówek przesiąkniętej zapachem wanilii, skórki cytrynowej i mięty. 
O kolorze złotego bursztynu.
Papierówka - oszlifowany klejnot - galaretka.


W każdym słoiku zapach i smak jabłek owinięty promieniami złocistego słońca, które pieściło owoce już od wiosny.
Zostanie z nimi aż do ostatniej łyżeczki.


GALARETKA Z PAPIERÓWEK Z WANILIĄ, MIĘTĄ I SKÓRKĄ CYTRYNOWĄ
Idealna do naleśników, placuszków, chałki. Świetnie smakuje na plastrach twarogu. 
Widoczna na zdjęciu chałka została upieczone wg tego przepisu - klik, jednak zamiast dużej, upiekłam kilka malych, jednoosobowych. 
 
3 kg papierówek
ok. 3 kg cukru (ilość zależy od uzyskanego soku)
skórka z cytryny
3 laski wanilii
garść posiekanych listków mięty


Papierówki umyć, nie obierać. Pokroić na ćwiartki wraz z pestkami. Przełożyć do dużego garnka i zalać taką ilością wody, aby zakryła owoce. Wstawić na średni ogień i doprowadzić do wrzenia. Od tego momentu trzymać jeszcze na małym ogniu przez 45 minut. Następnie wyłączyć, nakryć pokrywką i odstawić na całą noc.


Następnego dnia odsączyć jabłka przy pomocy gazy lub lnianej ściereczki nałożonej na sitko. Odcedzać stopniowo pozostawiając partię owoców na sicie na 2-3 godziny i obciążając z wierzchu talerzem, ale nie wyciskając owoców. Dzięki temu uzyskamy więcej klarownego soku.


Po odsączeniu całości owoców do soku dodajemy taką samą objętość cukru, stawiamy na ogniu i powoli zagotowujemy. Gdy się zagotuje dodajemy miąższ wanilii oraz pokrojone na kawałki laski wanilii oraz kawałki skórki cytrynowej.
Podczas gotowania co pewien czas zbieramy łyżką tworzącą się pianę - dzięki tamu galaretka będzie klarowna.


Gotujemy cały czas bez przykrycia (ok. 2-3 godzin) do momentu aż galaretka zgęstnieje - jest gotowa, gdy kropla wylana na zimny talerzyk od razu zastyga. W tym momencie wrzucamy posiekane drobno listki mięty i jeszcze chwilkę gotujemy. Zdejmujemy z ognia i przelewamy do suchych, wyparzonych słoików starając się równomiernie rozdzielić skórkę cytrynową i laski wanilii. 
Z podanych proporcji uzyskałam 14 słoików o pojemności 200 i 250 ml. 


Polecam Wam także bardzo wspaniały kompot z papierówek (klik)  i mus z nuta rozmarynową (klik), a ponieważ rozpoczął się sezon mirabelek, może zainteresuje Was przepis na mirabelki w syropie z amaretto i fantastycznie pasujący do mięs chutney mirabelkowych (klik). 

* cytuję fragmenty opowiadania Zapach jabłek autorstwa P. Delerm.
** inspiracją do przepisu na galaretkę z papierówek był przepis na Galaretkę jabłkową z wanilią opublikowany w dodatku do Gazety Wyborczj nr 2/4 Owoce.




czwartek, 29 września 2011

TU i TAM nr 15. Mój ciemny typ. Pumpernikiel. I cudowna konfitura.


Kuchnia. Serce domu.
Łączy i zbliża.
Tu tańczą zapachy i wirują dźwięki, których pokusie nie potrafimy się oprzeć.
W naszych kuchniach TU I TAM, u Amber i u mnie,  było już słodko i wytrawnie, łagodnie i ostro, owocowo i warzywnie.
Przyszła pora na smak inny od wszystkich.
Najstarszy i najcenniejszy.
To smak chleba.
Nasz pierwszy wspólny chleb.
Pachnie domem i szczęściem.
Wyjątkowe i niepowtarzalne uczucie, którym dzielimy się z Wami, jak chlebem. 


Chleb.
Nie lubi pośpiechu. Prosi o czas. 
I daje go w zamian, jeśli tylko potrafimy go przyjąć.
To bezcenny dar. 
Czas na myśli.
Na ich uczesanie i zaplatanie.
Na spokój.
Na zatrzymanie się.


Na wsłuchanie w rytm. Najstarszy i pierwotny. 
Od szumu zbóż po pierwsze pęknięcie chrupiącej skórki, wszystko ma swoje miejsce i czas.
Rytuał, któremu trzeba się poddać i całkowicie zaufać, by docenić jego prawdziwą wartość.


Pieczenie chleba jest jak rozmowa.
Uczy jak się rozumieć, ale bez słów. 
Jak słuchać, patrzeć i odczytać to, co ważne i ukryte w szczegółach. 
Jak dotrzeć do sedna bez pośpiechu, nie idąc na skróty.


Chleb ustala rytm, którym musimy podążyć. 
Wydaje się długi, za długi, pełen czekania i niepewności.
To pierwsza lekcja - pokory i cierpliwości. Jeśli nie potrafimy się ich nauczyć, pieczenie chleba straci sens.


Drugiej lekcji udziela nam czas - to co z nim zrobimy, gdy mąka, woda i zakwas zaczynają swój pierwotny taniec.
Czy umiemy się zatrzymać, zwolnić, dostrzec to, co na co dzień mijamy w pośpiechu? 
Czy znajdziemy w nim coś dla siebie - chwile z książką, rozmowę z kimś bliskim....


Chleb daje nam więcej niż myślimy. 
To nie tylko cudowny zapach, jaki wypełnia dom, gdy bochenek złoci się w piekarniku.  To nie tylko niepowtarzalny smak jeszcze ciepłej kromki posmarowanej grubo masłem ani rozkoszny dźwięk chrupiącej skórki. 
To rytm, w jakim oddycha dom i jego serce, kuchnia. Rytm, w jakim naprawdę warto żyć i odmierzać czas - mądrzej, piękniej, świadomiej....


Wielką radością było dla mnie wspólne pieczenie chleba z Amber. Chyba nic bardziej nie zbliża, nawet jeśli chleby wyrastają w dwóch oddalonych od siebie kuchniach. Między dokarmianiem, wyrabianiem i wyrastaniem czułam, że nasz czas zwolnił i płynął tym samym nurtem.


Wiele chlebów upiekłam, wiele wciąż czeka swój debiut. Niełatwo było wybrać chleb na tak wyjątkową okazję. Postawiłam na ciemny typ. Na chleb, który kocham od dzieciństwa, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam pięć ( a może sześć) cieniutkich kromek zapakowanych w biało- niebieski pergamin. Taki sam, w jaki pakowany jest do teraz.
Pumpernikiel.


Ten chleb był zawsze moim marzeniem i wyzwaniem. Nie chodzi o stopień trudności, bo jest bardzo prosty, ale o czas - jego przygotowanie zajmuje bagatela około 12 godzin!
Pomyślcie jak pięknie ten czas może upłynąć! Ale najpierw znajdźcie ten czas, zaplanujcie i pozwólcie, by najpiękniejszy zapach pieczonego chleba zagościł w Waszym domu na wieeeele godzin.


"Pumpernickel jest tradycyjnym pieczywem żytnim pochodzącym z Niemiec, z Westfalii.
Według dawnej receptury pumpernikiel powinien być zrobiony jedynie z grubo mielonej mąki żytniej razowej, zaparzanej przez kilka godzin, a potem pieczony w zamkniętych formach metalowych w temperaturze około 100 stopni przez 16 do 24 godzin. Właściwie nie jest to pieczenie, lecz parowanie. 

W trakcie tego procesu następuje karmelizacja  zawartej w zbożu skrobi, której pumpernikiel zawdzięcza swoja ciemnobrązową barwę i lekko słodkawy smak oraz zapach. Konsystencja chleba jest bardzo zwarta, wilgotna, lekko łamiąca się, ponieważ nie zawiera spulchniaczy tzn.  drożdży. Nie tworzy się tez skórka, jak w innych chlebach.
Obecnie, aby nadać mu barwę i smak jak przy długim procesie karmelizacji skrobi, dodaje się melasę z buraków cukrowych. * 


Przyznaje, że nie wierzyłam, iż z ciasta, które podczas wyrabiania i po wyrastaniu miało kolor bursztynowy, powstanie ciemny pumpernikiel. Chleb piecze się owinięty w folię, więc nie widać czy i kiedy zmienia kolor. 


Gdy o świcie nastała pora wyjęcia chleba z formy, byłam podekscytowana jak dziecko, które czeka na upragniony prezent i nareszcie może go odpakować.
Uniosłam folię i poczułam magię - przede mną leżał czarny bochenek. Takie piękne kuchenne czary-mary!


I tu przychodzi pora na prawdziwą próbę cierpliwości. Upieczony wystudzony pumpernikiel trzeba zawinąć w folię i schładzać w lodówce przez 1 -  2 dni!  Ależ tortura! 
Ale warta tego "cierpienia", czy raczej cierpliwego czekania. Smak jest niesamowity! Dokładnie taki, jakiego oczekiwałam i jaki znam z wersji dotychczas kupowanej. 


Miąższ jest zwarty, zbity. Mój ma trochę za duże, nieregularne dziurki - w końcowej fazie ciasto wyrastało za długo (moja wina - zaczytałam się;). Ale dla mnie to plus - w dziurkach zbiera się jeszcze więcej masła;D

Pumpernikiel cudownie smakuje z plastrami sera manchego posmarowanymi konfiturą z cebuli i pomarańczy z dodatkiem chili. To moje tegoroczne odkrycie. Konfitura jest rewelacyjna - musicie koniecznie spróbować!


Przepis i informacje o pumperniklu cytuję za niezastąpioną Mirabelką, której wspaniałe chleby i porady dotyczące wypieku pieczywa znajdziecie na tej stronie - klik.

PUMPERNIKIEL
receptura na 1 chleb, czas przygotowania około 12godz.

375 g maki żytniej razowej drobnej
375 g maki żytniej razowej grubej
250 g zakwasu żytniego
375 ml letniej wody
1 łyżka soli
80g melasy (syropu buraczanego)


Na 12-24 godziny przed planowanym pieczeniem dokarmić zakwas. Następnego dnia, obydwie mąki zmieszać, w środku zrobić zagłębienie, w które należy wlać zakwas i powoli mieszać razem z mąką, dodając sól, stopniowo wodę i melasę. Wyrabiać chwile do połączenia wszystkich składników. 


Wyjąć ciasto, miskę dobrze oprószyć mąką, włożyć z powrotem, także z wierzchu posypać mąką, przykryć ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce na 3 do 4 godziny. Kiedy przyrośnie mniej więcej połowę, wyjąć na posypany mąką blat kuchenny. Wyrobić chwilę, uformować wałek i włożyć do formy metalowej wysmarowanej olejem i wysypanej mąką. Przykryć i odstawić jeszcze na ok. 20 minut. 


Piekarnik rozgrzać do 150°C. Wierzch ciasta chlebowego zwilżyć wodą, formę szczelnie przykryć z góry folią aluminiową i piec na pierwszym poziomie od dołu około 8 godzin w temp 125 – 150°C (najlepiej przez noc). Ustawienie odpowiedniej temperatury jest dość ważne. Kiedy temperaturę ustawi się zbyt nisko, chleb może być w środku klejący, dlatego trzeba to robić z wyczuciem (ja piekłam w temperaturze 140 stopni).


Po wyłączeniu piekarnika zostawić jeszcze chleb na 1 godzinę aż do wystygnięcia.
Ostudzony szczelnie zawinąć w folię aluminiową, a potem torbę foliową – schłodzić (może być w lodówce), a kroić i jeść najlepiej po 1-2 dniach.
Pyszny, aromatyczny – absolutnie wspaniały!!!
Pumpernikiel możemy przetrzymywać szczelnie zamknięty w chłodnym miejscu miesiącami. 


KONFITURA Z POMARAŃCZY I CEBULI Z CHILI 
/cytuję za Tessą Capponi-Borawską/ 

20 dag cebuli
30 dag pomarańczy
suszona ostra czerwona papryczka
1/2 łyżeczka soli
17 dag cukru
4 łyżki białego octu winnego


Cebulę obrać i grubo posiekać, pomarańcze obrać i pokroić na grube kawałki. Włożyć do garnka cebulę i pomarańcze z pokruszoną papryczką. Gotować 40 minut na małym ogniu, mieszając. Dodać sól, cukier oraz ocet i gotować ok. godziny. Wlać do wyparzonego słoika, dokładnie zakręcić i trzymać w lodówce. 
Składniki wystarczają na jeden słoik, polecam od razu zwiększyć ilość, bo konfitura jest wspaniała!

Drukuj przepis

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails