Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oliwa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oliwa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 września 2014

Kropla oliwy. Moje sycylijskie wakacje. Recenzja i konkurs.



Pewnie macie często wrażenie, że są książki, które wydają się być Wasze.
Nie w sensie posiadania, ale autorstwa.
Myśli, spostrzeżenia, punkt widzenia świata, emocje - dokładnie takie, jak te, które chowamy w sobie i nagle, ku radosnemu zaskoczeniu, odnajdujemy na kartach książki. 

czwartek, 19 lipca 2012

Jeśli spotkacie Kiwaczka.... Arbuz z patelni.


Pamiętacie bajkę o Kiwaczku?
Moje pokolenie, wychowane na niedzielnym pianiu telerankowego koguta, z pewnością tak.


Kiwaczek - malutkie stworzonko z nieproporcjonalnie dużą głową i uszami, zamknięte w skrzynce z pomarańczami, trafia w ręce radzieckiego straganiarza.
Wkrótce w życiu Kiwaczka, zwanego też Czeburaszkiem, pojawia się krokodyl Giena, prawdziwy przyjaciel. Kolejne odcinki pokazują nie łatwą i nie pozbawioną przygód adaptację Kiwaczka w radzieckich realiach.


Aparycja Kiwaczka należy do tych, które łapią za serce i rozczulają od pierwszego wejrzenia. A jego cieniutki, bezbronny głosik ma w tym zachwycie  swój niepodważalny udział. Ja zakochałam się w brązowej kuleczce jeszcze zanim zdążyła wypaść ze skrzynki pełnej cytrusów.  


Dziś, po latach, pamięć o bajkowym Kiwaczku montuje jeden, króciutki odcinek, w którym to Czeburaszek ukrywa się na straganie z arbuzami. Przychodzi mu to dość łatwo, bo sam jest właściwie jedną, wielką kulką, która wymyka się sprytnie z rąk wybierających arbuzy klientów.


Taki mały, niepozorny Kiwaczek, a jednak od tamtej pory szukam go za każdym razem, gdy staję przy straganie z arbuzami. Pamięć automatycznie podsuwa mi jego podobiznę, a ja stukając w twardą skorupę owocu niezmiennie mam nadzieję, że trafię na główkę z najpiękniejszymi, kiwaczkowymi oczami.


To właśnie dlatego, kupując arbuzy zawsze szeroko się uśmiecham. Część uśmiechu to porcja powitalna dla Kiwaczka, na wypadek, gdyby jednak się pojawił, a druga to śmiech z samej siebie - taka duża, a taka ... niemądra?!


A arbuz? Kojarzy mi się z ... watą cukrową.
Takie dziecięce obiekty pożądania.
Duże, słodkie (co w wypadku arbuza akurat nie zawsze jest regułą) i jednoskładnikowe.
Arbuz pęka od wody, wata lepi się cukrem.


I jeszcze jedno - zjadanie ich nie jest wcale takie łatwe.
Wata cukrowa, niesforna słodka chmura, ucieka przed ustami, a złapana mści się słodko lepiąc buzię i ręce. Kto z Was nie miał białych wąsów i zlepionych palców?
Ale za szklankę cukru owiniętą wokół drewnianego patyka gotowi byliśmy na takie "poświęcenie" - i pewnie część z nas nadal jest;)


Arbuz z kolei to twarda sztuka. Nie tylko dosłownie.
Trzeba wiedzieć jak stuknąć, gdzie i kiedy, żeby usłyszeć potwierdzenie - dojrzały!
Nie znam się zupełnie na arbuziej mowie, dlatego rzadko sama kupuję arbuzy, przynajmniej tu w Polsce.


Jednak na południu, tam gdzie są najsłodsze, gdy już upewnię się, że nie ma w pobliżu Kiwaczka, lubię, gdy owoc kroi dla mnie sprzedawca, a po pierwszym kęsie sok spływa mi już po brodzie.


I już wiem, że wkrótce rozpocznie się spektakl strzelania pestkami i tryskającego sokiem wgryzania się w grube plastry soczystej czerwieni.
Niektórzy będą obgryzać aż do białego, ja zatrzymam się jakieś 2 cm wcześniej; dalej się nie rozpędzam, bo smak już nie ten, jaki lubię najbardziej.


Wciąż nie umiem się zdecydować czy lubię arbuz taki prosto ze słońca czy zimny, schłodzony w lodówce.
Pewne jest, że uwielbiam "bawić się w doktora" i przy pomocy strzykawki nasączać go dobrym winem lub szampanem - kto próbował wie, jakie to pyszne i jak łatwo stracić przy tym głowę;)

Wersja w sałatce z fetą i miętą, wspaniałomyślnie rozpowszechniona przez Nigellę, to już klasyka w naszym letnim menu. 
Nie licząc drinków, koktajli i chłodnika, arbuz jawi się jako dość mało użyteczny w kuchni.
Wiem, wiem, że najchętniej wszyscy zjadają go "na golasa", ale przyszła mi ochota na jakąś nową, ciekawą kreację.


Sauteed watermelon brzmiało co najmniej tak kusząco jak zapowiedź nowej kolekcji Burberry.
Mając pod ręką wielki okaz wprost z południowego, sprawdzonego straganu, musiałam spróbować. 
Mięta, miód, ocet winny sherry, oliwa z oliwek  i rozgrzana patelnia - czy arbuzowi będzie w nich do twarzy? 


Uwierzcie, że tak! A najlepiej będzie, jeśli przekonacie się sami.
Jest słodko, soczyście, rześko i arbuzowo. Pysznie! Intrygująco! Inaczej!
Sauteed watermelon to nic innego jak arbuz z patelni i jako nowoczesna wersja tapas podawany jest w niemal we wszystkich dobrych restauracjach na Maladze, i nie tylko.
Myślę, że najwyższa pora, aby trafił także na nasze stoły!

A! Jeśli na straganie z arbuzami spotkacie jakimś cudem Kiwaczka, dajcie mi koniecznie znać!

SAUTEED WATERMELON
/składniki na 2 porcje/ 

2 grube plastry arbuza
1 łyżka miodu (dałam więcej)
2 łyżki octu winnego sherry
garść siekanych świeżych liści mięty
oliwa z oliwek


Ukroić dwa grube plastry dojrzałego arbuza. Odkroić skórkę i w miarę możliwość usunąć pestki. Ułożyć w płaskim naczyniu. 
Wymieszać miód z sherry. Dodać posiekane listki mięty.  Tak przygotowaną marynatą zalać plastry arbuza i odstawić przynajmniej na 15 minut. 
Rozgrzać patelnię, natłuścić ją delikatnie oliwą i ułożyć na niej zamarynowane wcześniej plastry arbuza. Trzymać po 3-4 minuty na każdej stronie. Arbuz tylko nieznacznie zmieni kolor. Przełożyć na talerz, polać resztką sosu z patelni. Pokroić na mniejsze kawałki.


* przepis na takie podanie arbuza pochodzi z tej strony - klik 
**zdjęcie straganu, na którym kupiony został pokazany tu arbuz autorstwa W.

poniedziałek, 30 stycznia 2012

TU I TAM nr 19. Pasta nie jedno ma imię. Pappardelle e maltagliati. List o szczęściu.




Tak niewiele potrzeba.
Mąka, jajka, oliwa.
I dłonie.
One są tu najważniejsze.
Kilka chwil zamkniętych w krawędziach stolnicy.
Ruchy miarowe, czułe, gdy trzeba stanowcze.
Wytrwałość nagrodzona cieniutkim arkuszem.
Niczym kupon materiału, czeka na skrojenie.
Pasta fresca.
 A przy stolnicy Amber i ja.
Zobaczcie co wyszło spod naszych rąk. 


Czy wiecie, że słowo maccheroni (makaron) pochodzi od greckiego słowa macarios oznaczającego szczęśliwy?
Niezmiennie zachwyca mnie to, jak słowa i ich historia potrafią pięknie definiować zjawiska, przedmioty, a przede wszystkim jedzenie.


Zapyta ktoś, ale co ma wspólnego zwykły makaron ze szczęściem?
Trzeba zacząć od tego, że makaron nie jest zwykły, choć wyróżnia go niezwykła prostota. 
Ale to ona właśnie decyduje o jego wyjątkowości. 


Nie trzeba przecież wiele, by rozłożyć na stole wielki arkusz ciasta.
Kopczyk mąki, kilka jajek, parę kropel oliwy. 
Wszystko razem zawinięte w dłonie. 


Masaż, dotyk, czułość.
Kilka chwil zgarniętych w całość.
Ciepło dłoni odciśnięte w kulce ciasta. 
Szczęście łaskocze już powieki i rozsiada się w kącikach ust. 


Zaczynam zbierać myśli, jak przed pisaniem listu.
Chcę być gotowa.
Za chwilę spod wałka wyjdzie cieniutkie jak pergamin, gotowe do skrojenia ciasto. 
Lubię tą chwilę.


W głowie szumi od szczęścia. 
Choć to przecież nie koniec. 
Pora wybrać fason, krój, dodatki. 
Linijka za linijką, kartka za kartką mój list się zapełnia. 


Zaczynam myślami otulać Adresata. 
Zawijam list w jego ulubione smaki, dorzucam szczyptę niespodzianki, odrobinę zaskoczenia. 
Wysyłam. 


Z koperty białego talerza unosi się zapach. 
Widzę jak Adresat pochyla nad nim głowę i zamyka oczy.
Wiem, że właśnie zaczął czytać mój list. 


Najpierw aromat - subtelny, wciągający wstęp, od którego nie można się już uwolnić. 
Linijka za linijką, kartka za kartką pochłania kolejne smaki. 
Opowiadam mu o wiosennej polanie porośniętej niedźwiedzim czosnkiem. 


O gorących sierpniowym słońcu, w którym suszyłam pomidory.
O kwiatach nasturcji, których pąki cudownie udają kapary.
O podróży do ciepłych krajów, w których dojrzewają cytryny.


I o Prowansji, skąd płynie jego ulubiona oliwa. 
Gdy kończy wiem, że wkrótce znów wyślę do niego list.
I wiem, że ten list też będzie o szczęściu. 


Wiem też, że coraz mniej z nas pisze listy na papierze. 
Równie niewiele robi domowy makaron. 
A przecież jedno i drugie wymaga tak niewiele wysiłku, a daje tak dużo - szczęścia właśnie!


Może tym postem uda nam się się z Amber namówić Was do powrotu?
Do prostych czynności, które jeszcze niedawno były tak samo powszechne, jak dzisiejsze wpisy na portalach internetowych i "domowy rosół" instant z gorącego kubka....


Mój list o szczęściu pisałam na grubych linijkach pappardelle i dużych płatach maltagliati.
Do ciasta na makaron dodałam garść czosnku niedźwiedziego, którego zapas nadal znacznie podnosi wartość mojej zamrażarki.


Po rozwałkowaniu nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że ciasto przypomina piękny arkusz papieru czerpanego ...
Chciałam, żeby pasta była najważniejsza, a dodatki jedynie podkreślały jej wyjątkowość. Dlatego zrezygnowałam z przygotowania sosu. 


Grube wstążki pappardelle podałam z oliwą zmieszaną z łyżką czosnkowego confit (przepis tu - klik), posypałam kaparami, świeżo startą skórką z cytryny oraz odrobiną parmezanu. Cudowne, rześkie, uzależniające!


Płaty maltagliati skropiłam obficie oliwą, w której od sierpnia moczyły się suszone pomidory. Stamtąd pochodzą też listki bazylii i oczywiście same pomidory, drobno pokrojone. Nie umiem zdecydować, która wersja jest smaczniejsza - obie w swej prostocie okazały się genialne w smaku. 


PASTA FRESCA Z CZOSNKIEM NIEDŹWIEDZIM 

3 jajka
190 g semoliny 
60 g mąki pszennej
szczypta soli
1-2 łyżki oliwy
garść czosnku niedźwiedziego (użyłam mrożonego, odparowanego)


Na stolnicę wsypać obie mąki,  w środku zrobić wgłębienie i wbić do niego jajka oraz dodać szczyptę soli.  Palcami powoli zgarniać mąkę z brzegów i łączyć z jajkami. Wyrabiać do momentu aż ciasto zacznie formować grudki. Dodać posiekany i odparowany na patelni czosnek niedźwiedzi (podobnie jak szpinak zawiera dużą ilość wody, więc odparowania, zwłaszcza w przypadku mrożonego, jest konieczne). Wyrabiać do momentu uzyskania gładkiego elastycznego ciasta, które nie lepi się do rąk.  Przełożyć do miski, nakryć ściereczką lub folią i odstawić na ok. 30 minut.


Zagniecione ciasto wyłożyć na posypaną mąka stolnicę i wałkować do otrzymania bardzo cienkiego arkusza. Można wykonywać tą czynność za pomocą maszynki do makaronu, ja jednak wolę prace ręczną. Cieniutko rozwałkowane ciasto podzieliłam na dwie części. Z jednej wycięłam paski pappardelle o szerokości ok. 1 cm, drugą pocięłam na prostokąty, choć maltagliati nie muszą mieć regularnych kształtów.
Jak przystało na pasta fresca, oba makarony gotowałam al dente w osolonej wodzie.
Po ugotowaniu odcedziłam i połączyłam z wybranymi dodatkami.


PAPPARDELLE Z KAPARAMI I CYTRYNĄ 

oliwa z oliwek
świeżo starta skórka z cytryny
kapary
1 łyżka czosnkowego confit (ewentualnie można pominąć, ale to już nie to samo)
świeżo starty parmezan do posypania

Ugotowany i odsączony makaron przełożyć do miski. Zalać oliwą zmieszaną z confit, wymieszać i przełożyć na talerze. Posypać kaparami, skórką cytrynową i parmezanem.




MALTAGLIATI Z SUSZONYMI POMIDORAMI

suszone pomidory
oliwa, w której zalane były pomidory
bazylia i czosnek z zalewy

Ugotowany i odsączony makaron przełożyć do miski. Zalać oliwą z suszonych pomidorów. Dodać drobno pokrojone suszone pomidory oraz listki bazylii i płatki czosnku - zawsze dodaje je do oliwy, którą zalewam suszone pomidory. Wymieszać, przełożyć na talerz i zjadać z apetytem;)


Jeśli lubicie prace ręczne, polecam Wam także bardzo domowe orecchiette - przepis tu - klik.

piątek, 18 marca 2011

Pierwsze urodziny bloga. Gateau au chocolat à la fleur de sel et huile d’olive.



Rok.
To dużo czy mało?
Jaki był?
Jak minął?
Co się wydarzyło?
Co zmieniło?
I co przyniesie kolejny?


Pierwszy rok jest przełomowy. Podobnie jak w życiu dziecka, które uczy się podnosić głowę, chwytać przedmioty, raczkować, by w końcu wstać i zrobić pierwszy krok. Zrobiłam pierwszy krok i wciąż się uczę, jak iść dalej. 
Myśli o blogu długo krążyły nad moją głową. Zebrałam je w końcu w jeden krótki wpis, który pojawił się na blogu we wrześniu 2009 roku. Od tamtej pory "ziarenko blogowe" zimowało przez długie miesiące, by w końcu 18 marca, wraz z nadejściem wiosny, wykiełkować pierwszym zielonym (bo szpinakowym) postem.


Nie sądziłam, że blog stanie się dla mnie tak ważny. Jest częścią mnie, mojego  patrzenia na świat, który wciąż poznaję wędrując po wspomnieniach i odkrywając smaki. 
Zawsze chciałam zapisać historię z mojego 100-letniego domu, niezwykłych osób, jakie były i są z nim związane. Nie przypuszczałam, że uda się to właśnie w tym miejscu. A jednak pisanie o kuchni, która jest sercem domu i przywoływanie wspomnień połączyły się w całość i płyną naturalnym strumieniem, w którym odbija się mój świat.


Na początku miałam obawy, czy starczy mi wytrwałości, by wejść w stały związek z Kucharnią. Teraz trudno mi sobie wyobrazić życie bez bloga. Zmienił tak wiele. Na dobre. Przede wszystkim zamienił moje oczy w aparat fotograficzny. Nieustanie robię zdjęcia - w myślach, na straganie, przy stole, w sklepie z talerzykami - wszędzie! Zbieram te kadry i staram się później odtworzyć. Nie zawsze się udaje, ale wciąż się uczę.


Pojawiło się też pudełko z pięknym wieczkiem (dziękuję M.). Tam chowam Wasze liściki, zdjęcia, nadesłane przepisy i koperty ze zwrotnym adresem. Cudownie, że wciąż tak wiele z Was pisze na papierze i wspaniale, że te listy trafiają też do mnie!


Biblioteczka wzbogaciła się o ciekawe tytuły. W półce z przyprawami króluje zapach tonki, na innej wonna lawenda. Urocze słoiki z przetworami, których wciąż nie otwieram, bo chcę zachować je na dłużej. Egzotyczne składniki,  uzależniające czekolady i aromatyczne kawy, które popijam podziwiając Wasze hafty. To wszystko prezenty. Nadesłane najczęściej bez okazji. Po prostu. Z serca. Szczęście i oszałamiające chwile radości, gdy otwieram koperty, w których odkrywam coś o czym skrycie marzyłam. Niezwykła blogowa intuicja i telepatia, której magii już nie raz doświadczyłam.


Jednak prezenty, choć tak bardzo miłe, nie są najważniejsze. Ponad wszystko cenię sobie znajomości, ba, kto wie, może już nawet przyjaźnie, jakie dzięki blogowi połączyły mnie z wieloma wyjątkowymi osobami. Pasja, którą wspólnie dzielimy, spojrzenie na świat, Wasza wiedza i poczucie humoru niezwykle mnie wzbogaciły. To wartość największa i bezcenna.


Podobnie jak bezcenne i ogromnie miłe są wszystkie odwiedziny na blogu. Z wielką radością witam zawsze stałych i nowych Gości. Cieszy mnie ogromnie, że rozmawiacie ze mną w komentarzach, dzielicie swoimi wspomnieniami i pokazujecie kawałek swojego świata. Zawsze równie ciepło myślę o wszystkich "cichych Czytelnikach" - sama Wasza obecność jest już da mnie bardzo ważna. Choć nie ukrywam, że mam wielką ochotę Was poznać! Może właśnie dziś?


DZIĘKUJĘ!
To jedyne właściwe słowo w tym momencie.

Już kiedyś wspominałam, że chciałam pisać "krótko i na temat" , ale jak widać - nie umiem! Pozostaje mi więc nadzieja, że przyzwyczajeni do objętości postów będziecie mnie nadal odwiedzać.


Nie mam dziś dla Was tortu, chociaż był w planach. Wybrałam ciasto, które jest cudownie zaskakujące i absolutnie uzależniające. Tak samo jak pisanie bloga, które stało się moim prawdziwym uzależnieniem. To ciasto jest dowodem na to, że łączenie smaków ma nieograniczone możliwości, że warto szukać i odkrywać takie połączenia, by po pierwszym kęsie po prostu oderwać się zmysłami od ziemi i poszybować wysoko. To ciasto jest doprawdy nieziemskie. Jest kwintesencją tego czym jest dla mnie gotowanie - nieustannym poszukiwaniem i podróżą pełną niespodzianek.  Autorem przepisu jest francuski szef Inaki Aizpitarte.


Ciasto w  smaku przypomina brownie, choć jest od niego znacznie lżejsze i bardziej puszyste. Ta lekkość jest zaskakująca. Gładkość oliwy niejako szykuje podniebienie na spotkanie ze smakiem niezwykłym, stworzonym przez chrupkość i wyrazistość kryształków soli rozpływających się w ustach i ustępujących miejsca czekoladowej rozkoszy. Pierwszy kęs jest jak pierwszy pocałunek - towarzyszy mu podekscytowanie i ciekawość, później oczy i usta zamykają się same, by pozostać z tą rozkoszą sam na sam i dać ponieść zmysłom...hmm. Cudowne .....

Ten rok był wyjątkowy. Stąd wyjątkowe ciasto. Dla wyjątkowych Gości - dla Was!


CIASTO CZEKOLADOWE Z SOLĄ MORSKĄ I OLIWĄ Z OLIWEK
Gateau au chocolat à la fleur de sel et huile d’olive
200 g dobrej jakości czekolady gorzkiej o zawartości kakao min. 70%
200 g masła
4 średnie jajka
150 g cukru
60 mąki
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
oliwa z oliwek najlepszej jakości
sól morska 


W kąpieli wodnej stopić czekoladę z masłem i wymieszać, by powstała gładka masa. Jajka ubić z cukrem do białości. Dosypywać po łyżeczce mąki z proszkiem do pieczenia. Na końcu powoli, cienką strużką wlewać masę czekoladową, tak by dobrze połączyła się z resztą składników. Formę do pieczenia (u mnie kwadratowa o średnicy 22 cm) wyłożyć papierem do pieczenia. Przelać do niej gotową masę i wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 stopni (oryginał podaje temperaturę 200 stopni, ale uważam, że jest zbyt wysoka jak na ten rodzaj ciasta).


Piec ok. 20-25 minut - należy sprawdzać patyczkiem czy ciasto jest już gotowe. Dłuższe pieczenie spowoduje nadmierne wysuszenie ciasta i pozbawi go koniecznej w tym wypadku wilgotności. Po wyjęciu z piekarnika wystudzić. Kroić na podłużne kawałki, każdy posypać z wierzchu solą morską i skropić oliwą. Sól morską i oliwę można podać dodatkowo z boku w oddzielnych naczynkach, aby każdy mógł dozować ich ilość według uznania. 
Smakuje naprawdę "nieziemsko" - polecam! 
 

*przepis pochodzi z tej strony (klik)

Drukuj przepis

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails