Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kasztany. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kasztany. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 grudnia 2010

TU I TAM po raz 6. Goście, goście... I jak zdobyć Mont Blanc, czyli rzecz o kasztanach



Dla wielu z nas czas świąt to czas spotkań, zebrania się przy wspólnym stole, by pobyć razem z osobami, których na co dzień nie możemy zobaczyć. Dzieli nas odległość, praca, brak czasu. Aż nastaje pora kiedy nie ma tych barier. Znikają odległości i obowiązki. Ich miejsce zajmuje oczekiwanie i radość poprzedzone niejedną chwilą spędzoną w kuchni. Bo to właśnie tu łączymy zapachy i smaki, by rozpieścić podniebienia naszych bliskich i gości. Przyjemność jest przecież tym większa, jeśli możemy ją dzielić z innymi. 
I taka właśnie radość towarzyszyła nam podczas szóstego już spotkania w TU I TAM, wirtualnej (na razie) kuchni Amber  z Kuchennymi Drzwiami i mojej, Anny-Marii z Kucharni. Za nami niejedna już wspólna chwila gotowania, wciąż mamy ochotę na więcej i chętnie podejmujemy nowe wyzwania. Tym razem, by dzielić radość świątecznego czasu, do naszej kuchni zaprosiłyśmy gości, mieszkające  daleko od nas Kucharki, które stawiły się na zaproponowane przez Amber spotkanie z kasztanami. Udało nam się pokonać odległości i wspólnie zgromadzić w kuchni, by przygotować ... No właśnie, to zaraz się okaże. Każda z nas miała swój pomysł na kasztany i dopiero teraz zobaczymy co wyszło spod rąk każdej z gotujących. 
Aniu i Majko ogromnie Wam dziękujemy za to, że mogłyśmy spotkać się z Wami w kuchni, poznać bliżej i wspólnie zająć  kasztanami. Już się cieszymy na spotkania z kolejnymi gośćmi, a będą na pewno! Jeśli tylko zechcą przyjąć nasze zaproszenie.


Pierwszy raz jadłam kasztany w Wiedniu, podczas potwornie mroźnej nocy sylwestrowej. Gorące pieczone kasztany i grzane wino cudownie nas rozgrzewały i pozostały jednym z smaczniejszych wspomnień  tamtego spontanicznego i szalonego wyjazdu. I to właściwie tyle. Kilka lat kasztanowej ciszy aż do momentu, kiedy Amber napisała, że ma ochotę na kasztany. Ja też! - odpowiedziałam pełna zapału, i dopiero po chwili dotarło do mnie, że oprócz ochoty potrzebne są przede wszystkim kasztany! A ich nie ma! Nigdzie, to znaczy nigdzie tu gdzie mieszkam ani w okolicy... Ani jednego kasztana... No cóż, musiałam zdać się na zakupy internetowe, za którymi w przypadku jedzenia nie przepadam, bo lubię wąchać, dotykać, oglądać z każdej strony to co kupuję. Tym razem przyszło mi zadowolić się miniaturką zdjęcia i nadzieją, że za dzień, dwa do moich drzwi zastuka kurier, a wraz z nim kasztanowe produkty. Ale kurier się nie spieszył. Ani trochę. Goście zaproszeni, kuchnia już niemal gotowa, a jego nie ma!


Słyszałam wielokrotnie, że jednym z lepszych sposobów na stres są zakupy. Oddałam się tej terapii i jakież było moje zdziwienie kiedy po wejściu do sklepu stwierdziłam, że ta terapia naprawdę działa. I to jak! Przede mną w wielkich koszach piętrzyły się kasztany! I to ile! I jakie piękne! I za grosze! 
I wróciłam do domu z siatką kasztanów, by po chwili ... otworzyć drzwi beztrosko uśmiechniętemu kurierowi ... Albo się nie ma nic, albo ma się aż za dużo:)


W obliczu niespodziewanego kasztanowego urodzaju pojawił się dylemat czy nie przygotować kasztanów na kilka sposobów, na słodko i na wytrawnie. Tak to jest gdy ma się za dużo, człowiek nie umie sobie poradzić z nadmiarem :) Rozsądek podpowiadał jednak, żeby świeże kasztany zostawić na święta, upiec i popijać grzanym winem, a krem kasztanowy zamienić w deser. I posłuchałam tej rady. Smak pieczonych kasztanów jest niepowtarzalnie dobry i z wielką chęcią powrócę do niego za kilka dni. Ale już go znam. Czymś nowym był za to krem kasztanowy. Zawsze miałam wielką ochotę, by go spróbować. I w końcu nadarzyła się odpowiednia okazja.


Wybrałam deser, który łączy w sobie wszystko to co tak bardzo lubię - jest beza, karmel, brandy, bita śmietana i oczywiście krem kasztanowy. Mont Blanc, bo tak się nazywa, zawdzięcza swą nazwę wyglądowi - na bezowym spodzie piętrzy się krem kasztanowy zwieńczony kleksem bitej śmietany. Wyglądem deser nawiązuje do ośnieżonego szczytu Mont Blanc. Nazywany we Włoszech Monte Bianco, pojawił się we włoskiej książce kucharskiej już około 1475 roku, a we Francji zaczął być podawany w XVII wieku. I myślę, że pora najwyższa, by stał się znany i u nas, bo jest naprawdę cudowny! Nie jest typowo świątecznym deserem, ale tych mamy już od dłuższego czasu zatrzęsienie. Za to, dzięki "ośnieżonemu" szczytowi, ma zimowy charakter i myślę, że idealnie nadaje się karnawał. Taka lekka i niezwykle rozkoszna odmiana po ciężkich makowcach i piernikach.
Jest wiele wersji Mont Blanc,wybrałam taką, która najbardziej mi odpowiadała i jest najbardziej zbliżona do oryginału.


Tak więc udało się zaliczyć kolejny szczyt! Mont Blanc stał się dla mnie symbolem pokonanych przeszkód. Zdobyłam kasztany, poznałam nowe smaki, mimo świątecznej gorączki zdołałyśmy spotkać się z naszymi gośćmi we wspólnej kuchni, zdążymy pokazać Wam nasze kasztany jeszcze przed świętami, tak jak planowałyśmy i zdążę złożyć Wam życzenia zanim wszyscy usiądziemy przy wigilijnym stole.

Życzę Wam z całego serca cudownych, radosnych i pełnych miłości Świąt.
Niech ten czas połączy Was i wzmocni.
Niech doda sił, by w Nowym Roku zdobywać kolejne szczyty i dzielić się szczęściem z innymi.
Życzę Wam magii, prawdziwej, płynącej z serca. 
Niech Wam towarzyszy każdego dnia.


MONT BLANC
/na 5 porcji/

3 białka
160 g cukru
250 g kremu kasztanowego /użyłam gotowego z puszki/
2-3 łyżki soku z cytryny
3-4 łyżki brandy (może być rum)
150 ml śmietany kremówki
kilka świeżych upieczonych kasztanów do ozdobienia


Białka ubić na sztywną pianę. Pod koniec ubijania dosypywać stopniowo cukier i dalej ubijać aż do uzyskania gładkiej, sztywnej i lśniącej piany. 
Piekarnik rozgrzać do temperatury 140 stopni. Ubitą pianę przełożyć do szprycy lub rękawa cukierniczego. Na wyłożoną papierem do pieczenia blachę wyciskać spiralnie koła o średnicy ok.  5cm. Na obrzeżach koła wycisnąć małe kleksy (o średnicy 1 cm), które będą stanowiły "obramowanie" bezowej podstawy. Wstawić do nagrzanego piekarnika i piec przez ok. 50 minut. Po tym czasie wyłączyć piekarnik i trzymać w nim bezy do całkowitego wystudzenia.

Krem kasztanowy jest dość słodki, dlatego połączyłam go z sokiem z cytryny i alkoholem.  Pierre Herme sugeruje dodanie masła, ale wydaje mi się, że krem byłby wówczas za ciężki. Gotowy krem przełożyć do rękawa cukierniczego i wyciskać spiralnie na bezową podstawę, tworząc lekko spiczasty wierzchołek. 
Śmietanę ubić na sztywno i nakładać niewielki kleks na wierzch deseru. 
Mont Blanc przyozdobiłam nitkami z karmelu. Przygotowując karmel zanurzyłam w nim kilka świeżych kasztanów. Karmel pięknie je pokrył zamieniając w niezwykle smaczny i chrupiący dodatek do deseru.
Jak zrobić karmel przeczytacie tutaj (klik).

Do zobaczenia po świętach:)


Drukuj przepis

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails