Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obiad. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obiad. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 czerwca 2015

Risotto pomidorowe. Osobowość ziarnka.



Jak ugotować idealne risotto?
" ... posiekanej cebuli włóż, pół kostki masła,
postaw rondel na ogniu, co wesoło trzaska,
a gdy cebula zacznie się zrumieniać, 
surowego wsyp ryżu, ile ci potrzeba, 
by do dna nie przywarł, mieszaj bez wytchnienia, 
po czym rosół gorący zaczniesz doń dolewać. 
Dodawaj go po trochu, żeby stale wrzało, 
i na chwilę nawet by nie wysychało.
Na koniec dosyp parę szczypt szafranu, 
żeby wszystko żółtego odcienia nabrało.
Nie dolewaj rosołu niczym wody z kranu, 
by gęsty ryż był, gdy skończysz gotowanie, 
tartym parmezanem posyp wreszcie całość
i będziesz miał risotto, tak jak w Mediolanie. *

Czy wiecie, że Włoski Instytut Ryżu (!) przetestował dotychczas ponad 25 000 (!) jego odmian i przyporządkował je czterem kategoriom: riso comune (idealny do słodkich potraw), riso semifino (wskazany do zup), riso fino (najlepszy do risotto) i riso superfino, do którego należy m.in. popularna w Polsce odmiana Arborio - najczęściej używana do risotto. 


"Risotto to gadatliwa potrawa. Przyrządzać risotto, znaczy rozmawiać. Przede wszystkim dlatego, że gotowanie risotta kończy się w chwili, gdy zgłodniali biesiadnicy już są, a nawet tłoczą się w pobliżu kuchni.  Nie ulega wątpliwości, że przygotowanie risotta jest też po trosze czynnością, która sprzyja filozoficznej zadumie. Długie i monotonne zajęcie nieuchronnie rozjaśnia nasze myśli. 

Przyrządzenie dobrego risotta wymaga ryżu wysokiej jakości. (...) Po należytym ugotowaniu otrzymuje się z niego wspaniałe pożywne risotto, bogate w same witaminy. Klasycznym garnkiem do risotta jest okrągły albo owalny rondel z cynowanej miedzi ze stalową rączką. Do rondla, który trzymamy na ogniu lewą ręką za uchwyt owinięty filcem, wkładamy ćwiartki albo drobne kawałki miękkiej cebuli i wlewamy ćwierć wazowej łyżki do rosołu oraz dodajemy dobrego masła z Lodi, quantum prodest, to jest stosownie do liczby biesiadników.


Gdy tylko ta skromna maślano-cebulowa mieszanka się podsmaży, zaczynamy dodawać ryż: dosypujemy po trochu, aż jego ilość dojdzie do dwóch, trzech garści na osobę, w zależności od spodziewanego apetytu siedzących przy stole. Nie wolno dopuścić do wrzenia - zajęcie, polegające na bezustannym mieszaniu, znajdzie tu drewniana warząchew. 

Tymczasem, w tej fazie rytuału, ziarenka zaczną się podrumieniać i chwilami przywierać do gorącego dna, przy czym każde powinno zachować swoją "osobowość" - nie zlepiać się z innymi ani zbytnio nie "ścinać". Bardzo Was proszę, dodawajcie masło quantum sufficit, nie więcej, ryż nie powinien w nim pływać jak w jakimś sosie - każde ziarnko ma się tylko zwilżyć tłuszczem bez topienia się w nim. 
Jeśli chodzi o rosół, musi być ugotowany z wołowiny z marchewką i selerem, przy czym cała trójka powinna pochodzić z równin padańskich, ale nie z jakiegoś byka na emeryturze o bałkańskiej duszy i rogach. 


Risotta w żadnym wypadku nie wolno przegotować! Ryż, który znajdzie się na talerzu, powinien mieć konsystencję tylko odrobinę miększą niż al dente. Ziarnka powinny być nasiąknięte, nasycone sosami, ale sypkie, nie zlepione z innymi, nie zamienione w pływającą w sosie nieprzyjemną breję. 


Wzorem znawców przedmiotu, można je posypać ledwie odrobiną tartego parmezanu, tak aby zaznaczyć tylko z czułością wstrzemięźliwość i elegancję. Po pierwszych wrześniowych deszczach w rondlu może się znaleźć kilka świeżych grzybków albo gdy minie dzień świętego Marcina, na gotowym risotcie mogą skończyć swój żywot płatki suszonej trufli, otrzymane ze specjalnego przyrządu do ich cięcia, na życzenie upartego biesiadnika, który koniec końców został należycie wynagrodzony i odniósł wrażenie, że uczta była kompletna. " ** 


A co zrobić jeśli nie ma się rondla z cynowanej miedzi, masła z Lodi i nawet z tym bykiem na emeryturze morze być kłopot? Ja skorzystałam z bogactwa doskonałych włoskich produktów, jakie z okazji Tygodnia Włoskiego otrzymałam od Lidl Polska. Do tego dodałam odrobinę wyobraźni i wsparłam żelaznymi zasadami, jakie obowiązują przy gotowaniu risotto - nie zapominając przy tym o osobowości ziarna! Powstało pyszne, aromatyczne, pachnące słoneczną Italią risotto, w którym króluje aromat pomidorów i bazylii. Bardzo Wam polecam, tym bardziej, że Tydzień Włoski jeszcze trwa i możecie bez trudu zaopatrzyć się we wszystkie potrzebne składniki. 


RISOTTO POMIDOROWE
/na 2 porcje, pomysł własny/  
Pyszne, aromatyczne, pachnące wakacjami i słoneczną Italią. To risotto powinno jak najszybciej trafić na Wasze talerze!
 
2 szalotki
200 g ryżu arborio Italiamo
300 ml bulionu warzywnego 
ok. 70 ml czerwonego wina
4 łyżki masła
kilka łyżek oliwy extra vergine Italiamo
1 słoik sugo di Datterimi con Basilico Italiamo (sos z pomidorów daktylowych z bazylią)
1/2 słoika częściowo suszonych pomidorów czereśniowych Italiamo
sól, pieprz do smaku
spray chilli  Italiamo do smaku
garść świeżych listków bazylii
garść świeżo startego parmezanu


Szalotki obrać i drobno pokroić. Do garnka z grubym dnem dodać dwie łyżki masła i pokrojone szalotki i lekko podsmażyć, aż staną się szkliste. Wsypać ryż i cały czas mieszać. Trzeba pilnować, aby nie zaczął przywierać do dna. Kiedy ryż się zeszkli, wlać ok. 1/3 bulionu (oczywiście domowej roboty, nie z kostki!) i nadal mieszać. W momencie kiedy ryż wchłonie płyn, dolać kolejną porcję bulionu oraz stopniowo zacząć dolewać wino. Powtarzać tą czynność do momentu aż ryż ugotuje się al dente. Pod koniec gotowania dodać sos z pomidorów i wlać resztę wina oraz lekko odparować, a następnie na sam koniec wrzucić częściowo suszone pomidory czereśniowe, listki bazylii, resztę masła i odrobinę parmezanu. Garnek zdjąć z ognia i delikatnie zamieszać risotto, aby wszystkie składniki równo się rozeszły. Podawać od razu. Na talerzu dodatkowo skropić oliwą i posypać parmezanem. Można także skropić chilli - jeśli lubimy ostrzejsze smaki.

* cytuję wiersz autorstwa Giovanni Pascoli Il risotto in ai - znaleziony w książce Sekrety kuchni włoskiej, Eleny Kostioukovitch 
**cytuję fragmenty rozdziału Risotto z książki Sekrety kuchni włoskiej, Eleny Kostioukovitch 

Dziękuję LIDL Polska za pyszną i aromatyczną przesyłkę z produktami z Tygodnia Włoskiego.

piątek, 24 października 2014

Knedle z morelami? Tyrolski smak inaczej.



Czasem wszystko zaczyna się od tęsknoty. 
Za ciepłym latem i dojrzałymi owocami.
Za smakiem babcinych knedli i rumianą tartą bułką z patelni. 
Tęsknicie?
Ja bardzo. 
Za Babcią, nieustannie. 
Na tą tęsknotę nie pomoże żaden przepis. 
Ale z knedlami to już zupełnie inna historia.... 

środa, 16 maja 2012

Spanakopita z pokrzywą, bo wszystko się kręci wokół zieleni




Maj. 
Wszystko się kręci wokół zieleni. 
Kręcę się i ja.
W prawo na łąkę.
W lewo do ogrodu. 


Z łąki na prawo do potoku, dzikiej śliwy, jaśminu i starych wierzb.
Z ogrodu na lewo do wodospadu, paproci, bzów i akacji. 
Przebijam się przez ściany zieleni. 


Brodzę po kostki w rześkiej wodzie potoku. 
Siedmiomilowym krokiem przeskakuję polany stokrotek i ląduję wśród puchatych dmuchawców. 
Dywan łąki jest miękki i gruby, jaskrawy od kolorów, które co dzień układają się w nowy wzór. 


Kwitną pigwowce i borówki; widać już zalążki agrestu i porzeczek. 
W myślach układam je już w słoikach, rozsypuje na kruchych tartach i spijam z warg kropelki soku. 
Parasole rabarbaru aż się proszą o deszcz, choć ja wolę gdy nasiąkają wanilią mocząc się w wielkim garnku z kompotem. 


I jak co roku po łące kręci się czarny bocian, przy wodospadzie para dzikich kaczek kręcąc kuprami zażywa popołudniowej kąpieli, a w dziuplach starego pnia lipy  wiercą się kolejne pokolenia dzięciołów. 
Jak co roku czas zakręcił spiralę. 
I niby wszystko to samo i wszystko to znam, a jednak każdy maj witam tak, jakby nie istniał żaden inny. 
Bo to wszystko jest wyjątkowe. 


I przez swą powtarzalność,
i przez wyciekającą z każdego kąta ogrodu zieloność,
i przez to, że w maju, jak zawsze, króluje brzydula z piękna duszą - Pani Pokrzywa
Nie wiem czy jest druga tak bardzo nielubiana roślina - w dodatku zupełnie niesłusznie - przecież nawet piekące bąble to w istocie samo dobro. 


O magicznych właściwościach pokrzywy wiedzieli już dawno temu znachorzy i zielarze. Używali jej do wypędzenia z ciała całego zła: sok lub napar z pokrzywy oczyszcza bowiem krew, nerki, pomaga pozbyć się toksyn, a wywary stosowane zewnętrznie leczą artretyzm i nerwobóle. 
Dzięki olbrzymiej zawartości witamin i mikroelementów jej sok i młode liście zwiększają poziom hemoglobiny we krwi, a obniżają poziom cukru. Pokrzywa zapobiega anemii i awitaminozie - wiele osób dzięki niej przeżywało wojnę czy głód. Zupą z pokrzyw ratowali się na przednówku najbiedniejsi. 


Moja Babcia zawsze mawiała, że "trzeba się kłaniać pokrzywom". 
Tak też, jak co roku, zrobiłam - kręcąc się wczesnym rankiem po majowej łące kłaniałam się pokrzywom za każdym razem, gdy obrywałam im młode listki.


I tak mi ten maj i zieleń zakręciły w głowie, że i ja zakręciłam pokrzywami. 
Połączyłam je z fetą, nałożyłam na płaty filo i skręciłam w wielkiego ślimaka.  
Tak powstała moja majowa wersja greckiej spanakopity, choć wyglądem bardziej przypomina bułgarską banicę. I choć co do nazwy można się sprzeczać, to smak jest bezsprzecznie genialny!
A zatem ruszajcie do ogrodów pokręcić się wokół zieleni, za każdym razem kłaniając się pokrzywom. 


SPANAKOPITA Z POKRZYWĄ

1 opakowanie ciasta filo
ok. 200 g listków młodej pokrzywy (zbieramy 4 górne listki)
1-2 ząbki czosnku
1 opakowanie fety ( u mnie 250g)
1 jajko
ok. 50 masła
sól, pieprz
* kilka łyżek śmietany 18%


Młode liście pokrzyw delikatnie zblanszować, następnie odsączyć i dość drobno posiekać.  Przełożyć do miski razem z fetą, przeciśniętym przez praskę czosnkiem, jajkiem oraz przyprawami. Wymieszać razem tak, by powstała jednolita masa. Jeśli masa jest zbyt gęsta, można dodać kilka łyżek śmietany.


Masło stopić i smarować nim płaty ciasta filo - jedną warstwę powinny tworzyć 4 płaty ciasta. Tak przygotowane ciasto przeciąć na dwie części - powstaną dwa wąskie prostokąty. Na każdy z nich nałożyć nadzienie z pokrzyw i zwinąć w rulon, jak roladę. Przełożyć do wysmarowanej masłem formy zwijając na kształt ślimaka. Posmarować z wierzchu stopionym masłem i przełożyć do piekarnika nagrzanego to temperatury 200 stopni. Piec ok. 35-40 minut, do momentu aż ciasto ładnie się zrumieni. 
Świetnie smakuje zarówno na ciepło, jak i na zimno. 



* informacje o pokrzywie pochodzą z artykułu Pawła Reincholda z miesięcznika Magiczna KUCHNIA, nr 4/1998.
* dziękuję moim Chłopakom za udział ich rąk w sesji zdjęciowej;)



piątek, 30 marca 2012

TU I TAM nr 21. Zupa na stole! Bulion z kamyków i przykucanka Karolki. Z kwaśnego mleka.


Coś bulgocze pod pokrywką.
Coś ją lekko unosi.
To para wymyka się z garnka i roznosi wieści pisane zapachem.
Chochla staje na baczność gotowa rozpocząć ceremonię.
Na jej znak łyżki ustawiają się w orszaku, a talerze piętrzą jeden na drugim.
Panie, panowie na stół wkracza 
Jej Wysokość Zupa!
Parująca, ciepła, domowa, rozgrzewa i dodaje otuchy. Czasem zjadana tylko u Mamy, czasem odkryta podczas dalekiej podróży.
Zupa - przez wielu uwielbiana, bywa czasem traktowana bez należnego szacunku i usuwana z domowego menu.
Nie u nas. Dla Amber z Kuchennymi Drzwiami i dla mnie, Anny-Marii z Kucharni,  to ważne danie, pełne niezwykłych wcieleń, smaków i inspiracji.
Ugotowałyśmy dla Was zupę - siadajcie i częstujcie się! 


Bulion z kamyków - prawda czy fałsz?
Otóż, choć trudno w to uwierzyć, istnieje zupa, którą gotuje się z ... kamyków! Pisze o niej Pier Luigi Manachini w eseju " Bulion z kamyków" opublikowanym w książce "Slow Food - produkty regionalne robią karierę".


"Głównym składnikiem były 'gąbczaste' kamyki z Livorno. Po wydobyciu z morza natychmiast wkładano je do wiadra i zalewano wodą, aby nie weszły w kontakt z powietrzem, gdyż wtedy nabrałyby nieprzyjemnego zapachu. Giovanni Petagna, miłośnik tradycji kulinarnej Livorno, wspomina, jak oddawał wiadro kamyków  ciotce, a ta wkładała je do garnka, wlewała trochę wody morskiej, a potem dodawała świeżą wodę i kilka warzyw. Następnie zawartość garnka gotowano. W rezultacie otrzymywano rosół, który po ugotowaniu filtrowano przez kawałek materiału, aby usunąć ziarenka piasku i podawano bardzo gorący z dodatkiem krótkiego makaronu, a czasem także z niewielką ilością oliwy." *


Można zatem śmiało powiedzieć, że nie ma rzeczy, z której nie dałoby się ugotować zupy. To danie daje bowiem wyjątkowo duże, niemal nieograniczone pole do popisu. Nie wymaga ścisłych receptur, najczęściej bowiem kierujemy się własnym smakiem, intuicją i tym co mamy pod ręką.


Garnek na zupę jest chyba najbardziej tolerancyjnym naczyniem. Przyjmie najbardziej niezwykłe połączenia i pod warunkiem, że odpowiednio je doprawimy i ugotujemy z uczuciem, podaruje nam talerz pysznej, dymiącej smakiem zupy.


Myślę sobie, że bez względu na to, jak dziwne i egzotyczne zupy czasem jadamy, tak naprawdę ta najpyszniejsza, ulubiona jest tylko jedna. U jednych to pomidorowa Mamy, u innych niedzielny rosół u Babci. To smaki, które niełatwo odtworzyć, zwłaszcza jeśli brakuje najważniejszego składnika - atmosfery, domu lub Osoby, która tą zupę gotowała.


Jadłam wiele zup - bogatych, dziwnych, podanych i udekorowanych tak, że czasem aż szkoda było je zjadać, ale żadna z nich nigdy nie smakowała mi tak, jak Karolkowa zupa biedaków. To zupa, którą tradycyjnie gotowało się w naszym domu na św. Jana, kiedy zaczynały się pierwsze wykopki młodych ziemniaków.


Wielkim szczęściem jest dla mnie to, że w niejednych wykopkach zdążyłam Karolce pomagać. Cudowne to były chwile. Nie wiem jak to działało, ale w dniu, w którym Karolka  zarządzała wykopki, z okolicznych domostw nagle zaczynały schodzić się do nas polnymi dróżkami drobniutkie Babulinki. Każda w chusteczce na głowie, w fartuszku, dziarsko kroczyły z kopaczkami, by pomóc sąsiadce.


Uwielbiałam je wszystkie, ich historie, pomarszczone twarze, śmiechy, żarty, po prostu magiczną obecność, atmosferę, której dziś nie da się już odtworzyć. Większość z nas nawet nie zna swoich sąsiadów i już z pewnością nie wyobraża sobie, że mogliby przyjść bez zapowiedzi i przesiedzieć pół dnia lub dłużej, zjeść razem obiad, popracować w ogródku, po prostu być razem.


Do jednej z tych Babulinek chodziło się z bańką po mleko i masło. Później na parapecie kuchennego okna stawiało się gliniany garnek na zsiadłe mleko. Śmietaną, która zbierała się na wierzchu, Babcia smarowała kromki świeżego chleba.  Gdy wszyscy zajęci byli pracą w polu, nie było czasu na wymyślne gotowanie, a trzeba było nakarmić pomocników. Co najlepiej pasuje do młodych ziemniaczków? Oczywiście kwaśne mleko!


Skąd Karolka miała przepis na zupę z kwaśnego mleka? Może zasłyszała od jednej z Babulinek, a może wpadła na ten pomysł robiąc domowy twaróg? Tego nie wiem. Nie wiem też czy zupa biedaków, jak ją nazywała Karolka,  gotowana była w innych domach. A może ktoś z Was ją zna? **


To prosta zupa. Z minimum składników. Trzeba tylko pamiętać, by parę dni wcześniej odstawić w ciepłe miejsce garnek z tłustym mlekiem, takim prawdziwym, od gospodarza. Gotowe kwaśne mleko podgrzewa się bardzo powoli na małym ogniu aż zacznie oddzielać się serwatka i powstaną grudki, jak przy robieniu twarogu. Pod koniec gotowania, gdy grudki stwardnieją dodaje się zebraną z kwaśnego mleka śmietanę, szczyptę soli, sporo kminku i na koniec koperek.


Do tego młode ziemniaczki. U Karolki były to zawsze te najmniejsze, najdrobniejsze, gotowane w całości ze skórką. Tylko tyle i aż tak wiele.
Powstaje zupa o smaku cudownym, prostym, wyrazistym. Wspaniale smakuje na ciepło, choć latem podczas upałów uwielbiam zjadać ją na zimno, jak orzeźwiający chłodnik.


Zupę biedaków nauczyła mnie gotować Mama, którą wcześniej uczyła Karolka. Wszystkie naczynia i sztućce, które widzicie na zdjęciach należały jeszcze do mojej Prababci. Z najmniejszego glinianego garnka pewna Babulinka, którą Pradziadkowie przygarnęli do domu, karmiła w dzieciństwie moją Mamę-niejadka. Pokój na strychu, w którym po wojnie mieszkała ta Babulinka stanowi teraz część mojej kuchni.


** Wszystko ma swoje miejsce i czas, ludzie i wydarzenia pojawiają się w naszym życiu zgodnie z jakimś tajemniczym porządkiem, który nie przestaje mnie zaskakiwać. Kilka godzin po napisaniu tego posta spotkałam Znajomą, z którą łączy mnie uwielbienie do jedzenia i gotowania. Opowiedziałam jej o tej zupie będąc pewna, że nigdy o niej nie słyszała. Myliłam się! To także zupa jej dzieciństwa, do której co roku powraca! Gotowana kiedyś w jej domu wyłącznie przez prababcię, nazywana była ... przykucanką! Co za nazwa, co za historia! Będę szukać dalej - może znajdę jeszcze kolejnych przykucankowych wielbicieli... 


KAROLKOWA ZUPA Z KWAŚNEGO MLEKA, PRZYKUCANKĄ ZWANA

tłuste świeże mleko
kminek
sól do smaku 
garść koperku
młode ziemniaki

Nie podaję proporcji - zupy będzie tyle, ile użyjecie zsiadłego mleka.Cała reszta - do smaku, na oko, jak kto woli. 
Tłuste, świeże mleko (nie UHT, ani inne z kartonika - tylko prawdziwe!) przelać do garnka i ustawić w ciepłym miejscu na kilka dni. W zależności od temperatury kwaśne mleko będzie się zsiadało ok.3-4 dni, czasem szybciej - np. latem. W tym czasie nie ruszać garnka, dać mleku spokój - zrobi samo to, co trzeba. Śmietanę, która zbierze się na wierzchu zebrać i odłożyć - będzie potrzebna do zabielenia zupy. 


Kwaśne mleko przelać do garnka i wstawić na mały ogień. Nie mieszać. Po chwili zacznie oddzielać się serwatka, a w mleku zaczną powstawać grudki. Nadal nie mieszać, trzymać dalej na średnim ogniu, aby wolno się gotowało, a grudki stawały się coraz bardziej drobne i twardsze. Trwa to ok. 15-20 minut. Pod koniec gotowania dodać szczyptę soli i kminek. Zamieszać i dodać śmietanę zebraną z kwaśnego mleka - zabieli zupę. Zamieszać, zagotować i zdjąć z ognia. Dodać świeżo siekany koperek. 
Podawać z młodymi ziemniaczkami. Pycha! 


* cytat pochodzi z książki Slow Food - produkty regionalne robią karierę, Carlo Petrini & Ben Watson, wyd. aBa

piątek, 19 sierpnia 2011

Co Wam mogę podarować? Słone krople i fenkuł. Rustic fennel pizza.



Zaczyna się niewinnie.
Nikt inny tego nie widzi. 
Ale Ty już czujesz.
Najpierw broda.
Lekkie drżenie.
Potem gardło.
Ściska coraz mocniej.
Później oddech.
Trzeba szybko złapać kolejny.
Powieki są już bezradne. 
Zaczęło się.


Pierwsza spływa jeszcze powoli.
Trochę łaskocze, gdy dociera do szyi. 
Kolejne zdają się cięższe.
Bardziej zdecydowane.
Jakby pewniejsze siebie. 
I już nie nadążasz z ich wycieraniem.


Łzy.
Wzruszenia.
Radości. 
I odruch, którego nie da się powstrzymać, bo przebiegła cebula jest bezlitośnie nieugięta.
Cebula. 
Od niej niemal wszystko się zaczyna.
Zupa.
Potrawka.
Sos.
Całe kuchenne przedstawienie.


Taki rytuał - ostry nóż i strumień łez. 
Jak inicjacja, początek.
Potem wszystko się zmieni. 
Cebula złagodnieje.
Łzy obeschną. 
I przyjdzie pora niewidzialnego.
Subtelnie rosnącego w siłę.
Docierającego wszędzie i zmieniającego powietrze w kuszącą zapowiedź.
To pora zapachu.


I pora próby - zbudzony apetyt staje się coraz bardziej niecierpliwy.
Zmysły w pełnej gotowości nie chcą czekać ani chwili dłużej. 
I tylko rozsądek podpowiada, że warto. 
I dźwięki.
Łagodzą i uspokajają.
Brzdęk sztućców.
Stukot talerzy.
Akompaniament szkła i rytmiczna perkusja stóp drepczących wokół stołu.


A wszystko w oczekiwaniu na wielki finał. 
Ucztę na cztery zmysły. 
Oczy widzą już wszystko.
Zapach rozgrzewa i kusi.
Teraz pierwsze skrzypce gra smak.


Kawałek po kawałku, jak strony książki, przyprawy i dodatki łączą się w opowieść. 
Od pierwszej łzy po ostatni kęs wszystko układa się w doskonałą całość. 
Prostą, chrupiącą, z nutą słodyczy, subtelnym aromatem anyżu, ostrością pieprzu i łagodnością śmietany.


Rustic fennel pizza. Rustykalna pizza z karmelizowanym fenkułem i cebulą. 
Który to raz prostota nie pozwala o sobie zapomnieć....
A wszystko zaczęło się w pewien sobotni poranek.  
Dzwonek do drzwi wcześnie rano. Kto lubi takie pobudki? Ja nie!
W drzwiach listonosz. Trzyma paczkę.
Dla mnie!
I już zaczynam lubić ten dzień;)


To nic, że stoję w piżamie z fryzurą mocno free-stylową. To nic, że listonosz patrzy na mnie lekko oburzony, bo on w pełnym umundurowaniu pracuje już od przynajmniej godziny. 
Liczy się paczka. I ta rosnąca ciekawość - Kto ją wysłał? Co jest w środku?
I wiecie co to było? Podpowiem, że nie cebula...
Piękny, pachnący i najbardziej zaskakujący prezent jaki dostałam.

Tak! Fenkuł! 
Od Amber. Wiedziała, że mam na niego ochotę, ale wtedy był u mnie nieosiągalny. 
Kupiła więc, zawinęła w papier i wyprawiła w podróż.
Wielka radość i parę słonych kropli wzruszenia...
Zostawiam Was z rustykalną pizzą z karmelizowaną cebulą i fenkułem, który przebył sporo kilometrów, by doczekać się wyjątkowo pysznego zakończenia. Nie jedną łzę uroniłam nad tą pizzą, ale uwierzcie mi - warto było!


Zanim jednak spróbujecie, napiszcie mi o najbardziej zaskakującym prezencie lub przesyłce jakie dostaliście. Wybiorę jedną osobę, której prześlę niespodziankę - mam nadzieję, że równie zaskakującą. Możecie też sami napisać, na jaki prezent ode mnie mielibyście ochotę - nie obiecuję, ale kto wie, może uda się spełnić jakieś marzenie...  Na Wasze wpisy czekam do 25 sierpnia.
 
A teraz szykujcie się na strumień łez - najwyższa pora kroić cebulę;)


RUSTYKALNA PIZZA Z KARMELIZOWANYM FENKUŁEM I CEBULĄ

Na spód
15 g świeżych drożdży lub 7 g suchych  
150 ml ciepłej wody  
1/2 łyżeczki cukru  
250 g mąki pszennej  
1 pełna łyżeczka soli  
1 łyżka oliwy z oliwek


Drożdże wymieszać w kubku z 60 ml ciepłej wody, cukrem i 1 łyżką mąki. Odstawić na 15 - 20 minut w ciepłe miejsce do wyrośnięcia. Mąkę przesiać do miski, dodać sól, rozczyn drożdży, oliwę oraz resztę ciepłej wody. Wyrabiać ciasto przez 10 - 15 minut. Przykryć ściereczką i odstawić do wyrośnięcia na około 1 i 1/2 godziny ( u mnie wyrastało niecałą godzinę).


Wyrośnięte ciasto podzielić na 3 równe części, obsypać mąką, rozwałkować na owalne lub okrągłe placki. Ułożyć je na posmarowanej oliwą blasze lub papierze do pieczenie, odstawić na 1/2 godziny do podrośnięcia w ciepłe miejsce (pominęłam ten etap bez szkody dla pizzy).


Na nadzienie

1-2 bulwy kopru włoskiego
2-4 cebula (w zależności od wielkości)
oliwa z oliwek
sporo świeżo mielonego pierzu
sól do smaku
1 kubek gęstej śmietany
opcjonalnie drobno posiekany boczek 


Fenkuł posiekać w piórka. Na patelni rozgrzać oliwę, wrzucić koper i trzymając na średnim ogniu karmelizować przez ok. 20-25 minut, do momentu aż nabierze lekko złotego koloru, stanie się miękki i niemal szklisty. Na osobnej patelni tak samo postępować z cebulą. Smak fenkułu lub cebuli można lekko "podkręcić" dodając pod koniec kilka kropli octu balsamicznego.


Przygotowane spody pizzy posmarować śmietaną, nałożyć na nią porcję karmelizowanego fenkułu i cebuli. Obficie doprawić świeżo mielonym pieprzem, ewentualnie odrobiną soli. Można także dodać drobno krojony boczek. Wstawić do piekarnika nagrzanego do temperatury 250 stopni i piec przez 10-15 minut. Smacznego! 


* przepis na spód do pizzy pochodzi z tej strony - klik 

Drukuj przepis

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails