wtorek, 2 sierpnia 2011

Doskonała niedoskonałość. Papierówki i kompot.




Widzę je codziennie. 
Patrzę na nie przez okno w kuchni.
Są dwie.
Niebyt wysokie, raczej krępe. Coraz bardziej przygarbione. 
Razem od lat... Sama nie wiem ilu...
Stały tak, gdy byłam małą dziewczynką. 
Chciałabym patrzeć na nie, gdy będę już staruszką.

Splecione korony rzucają na łąkę rozłożysty cień. By skryć się na jego dywanie, trzeba pochylić głowę i skłonić się gałęziom. 
Z szacunkiem. Zasłużonym.
Kłaniam się tym jabłoniom za każdym razem, gdy przechodzę obok i gdy sięgam po kolejny owoc.

Nie są doskonałe. 
Obite, o kształtach nieregularnych, dalekich od tych modelowych.
A jednak  idealne. 
I te zrywane zbyt wcześnie z zachłanną niecierpliwością, jeszcze zielone. Kochane za kwaśność wykrzywiającą buzie.  
I te zbierane z trawy, pastelowo-żółte, soczyste jak żadne inne. Pachnące latem, nawet teraz, gdy deszcz uparcie spływa po liściach. 


Czy Wy też kochacie papierówki?
Czy lubicie te rwane prosto z drzewa czy raczej te, które dojrzałość ściąga na ziemię?
Czy z tych pierwszych pieczecie szarlotkę?
Czy w wielkim garnku gotujecie kompot i chłodny wypijacie wprost z chochli?


Odpowiadam - tak - na każde z tych pytań. 
Odkąd pamiętam każde lato usłane jest papierówkami. 
Jabłonie są hojne.
Gałęzie uginają się od owoców, których obfitość zawsze nas zaskakuje. Choć przecież nie zmienia się od lat. A jednak co roku wypatruję wiosennych pączków spekulując czy tego lata także obrodzą. 


Wrosły w nasz ogród bardziej niż inne drzewa, których wiele rozkwita już tylko w naszej pamięci. 
Splotły korony, jakby chciały powiedzieć, że chcą zawsze być razem. 
Ja też tego chcę.
Chcę być  z nimi i z nimi dojrzewać. 


Czy drzewa kochają?
Czy wiedzą, że są kochane?
Czy moje jabłonie wiedzą, że patrząc na nie za każdym razem oglądam film?
Kadry są różne, nie zawsze te same, ale za każdym razem widać na nich małą dziewczynkę z warkoczami i jej ukochaną Prababcię. 


Dziewczynka chodzi za Babcią krok w krok. Patrzy, słucha, wypytuje i kocha najmocniej jak można. 
Babcia odpowiada. Zawsze cierpliwie, zawsze mądrze. 
Idą pod jabłonie.
Dziewczynka schyla się po kolejne jabłka i wkłada je do babcinego fartucha. Babcia coraz mocniej trzyma jego końce, by kwiecisty materiał pomieścił jak najwięcej owoców. 


Wracają z uśmiechem na ustach.
W kuchni czeka już wielki garnek i szereg dużych weków, które Babcia przyniosła z piwnicy. 
Duże jabłka kroją na ćwiartki i wrzucają do garnka. Małe układają ciasno w słoikach. 
Za chwilę kuchnię przepełni  zapach, za którym tęsknię co roku.
Papierówki, goździki, cytryna, cukier, wanilia...


Kompot z papierówek. 
Pachnie i smakuje tak, jakbym właśnie skończyła wrzucać jabłka do babcinego fartucha. 
Jak zawsze nie mogę się powstrzymać i pierwsze łyki wypijam haustem wprost z chochli. 
Jest doskonały. 
Tak jak doskonałe są papierówki. Choć z zewnątrz pełne niedoskonałości. 


Kompot.
Cząstka lata zamknięta  słoiku. 
Czemu stał się retro i staromodny?
W czym mogą mu dorównać napoje zamknięte w kartonach i plastikowych butelkach. 


Rzadko trafia na stół.
Coraz rzadziej, a może wcale, nie mamy już dylematu, który słoik z kompotem przynieść z piwnicy do niedzielnego obiadu. 
Coraz mniej sprzeczek o to, komu trafią się owoce z dna... 


Słoje z kompotem z papierówek układam na parapecie w kuchni. 
Będę na nie patrzeć, gdy moje jabłonie zaczną zrzucać liście, gdy w środku zimy zamarzą mi się soczyste papierówki. 
Serce bije mi mocniej, gdy częstując Tatę słyszę " Smakuje jak ten od Karolki. Babcia gotowała go tak samo...". 


Kiedy ostatnio piliście domowy kompot?

KOMPOT  Z PAPIERÓWEK
/w garnku, do picia od razu/
papierówki
cukier
wanilia lub cukier waniliowy
cytryna
goździki


Nie podam proporcji, jedynie składniki. Taki kompot zawsze gotuję "na oko" i "do smaku". Wszystko zależy od tego jak duży jest garnek, czy owoce są dojrzałe i słodkie, a przede wszystkim od tego, jaki sami lubicie. 


W garnku zagotować wodę z cukrem, wanilią i goździkami. Wrzucić połówkę cytryny. Gdy zacznie wrzeć, wrzucić obrane i pokrojone w ćwiartki jabłka. Gotować ok. 5 minut. Podawać schłodzony. 
Z doświadczenia wiem, że najlepiej smakuje wprost z chochli;)


KOMPOT Z PAPIERÓWEK 
/w słojach, na zimę/ 

Należy zebrać jak najmniejsze papierówki, najlepiej jeszcze nie do końca dojrzałe, prosto z drzewa. Umyć i układać ciasno w wyparzonych słojach. W dużym garnku zagotować wodę z cukrem i goździkami. Zdjąć z ognia i przelać do słoi tak, by zakryła ułożone w nich owoce. Dokładnie zamknąć. 


Kompoty pasteryzuję sposobem Babci - po kilka słoi przekładam do wyłożonego lnianą ściereczką DUŻEGO garnka. Słoje ustawiam tak, by nie stykały się ze sobą i każdy owijam ściereczką. Zalewam zimną wodą i gotuję na średnim ogniu pod przykryciem przez ok. 10-15 minut od momentu zagotowania. 


środa, 27 lipca 2011

TU I TAM nr 13. Z nadzieją o zielonym. Zakręcony groszek i lody.



Kolory.
Zielony.
Powiadają, że zielony jest kolorem nadziei.
I symbolem nowego.
Każde nasze spotkanie z Amber w TU I TAM zawsze budzi nadzieję. Na coś wyjątkowego, innego, nowego. Z nadzieją czekamy na ten moment, gdy możemy nareszcie zobaczyć co zrodziło się w naszych kuchniach. Prawdą jest bowiem, iż "nadzieja przychodzi do człowieka z drugim człowiekiem".* 
Dziś, ukryta w ziarenkach zielonego groszku, porusza naszą wyobraźnię i pozwala kiełkować kolejnym pomysłom. Co z nich powstało?
Zobaczcie. Z nadzieją zapraszamy na nasze spotkanie z zielonym groszkiem


Nadzieja.
Budzi się ze mną, gdy tylko otwieram oczy. 
Rozglądam się wokół.
Witam z pierwszym promieniem słońca. 
Wsłuchuję w rytm porannego grania deszczu.
Odgaduję  kształt pędzącej chmury. 
I próbuję zrozumieć o czym szepcą głaskane wiatrem liście. 
Wszystko z nadzieją.


Jest moim powietrzem.
Oddycham nią.
Jest szukaniem.
Gestów, słów, znaków.
Czarodziejskiego kręgu, który ją wyzwala i podtrzymuje.
Jak ogień. By zawsze ogrzewała.
Tam w środku. Tam, gdzie wszystko powstaje, z nadziei...


Nie spuszczajcie jej z oka.
Raz zgubiona, nie łatwo powraca. 
By ją odszukać, potrzeba choć odrobiny schowanej głęboko, tam gdzie nigdy nie wygasa.
Nawet jeśli jest maleńką iskierką, jej żar potrafi uczynić cuda.


Czasami myślę, że jest skrzydłami, które niosą mnie tam, gdzie chcę dotrzeć. 
I lecimy.
Pod wiatr, pod prąd, na przekór wszystkiemu.
A jednak zawsze do celu. I początku kolejnej podróży.



Bo ona jest podróżą.
Niekończącą się. Z ciemnego lasu na skąpaną słońcem łąkę.
Z pustej uliczki na tętniący życiem plac. 
Z plątaniny dróg na ścieżkę, która nigdzie nie błądzi.

Jestem wędrowcem.
A ona kompasem.
Pytam.
A ona znajduje odpowiedź. 
Nie rozumiem.
A ona wiele tłumaczy.


Upadam.
Podaje mi rękę.
Mam marzenie.
A ona je spełnia.
Mam nadzieję.
I ona nigdy nie gaśnie.


Jest wszędzie, choć jej nie widać. 
Zawsze kilka kroków przede mną.
Woła, choć inni tego nie słyszą. 
Czasami się ze mnie śmieje.
Mówi, że jestem naiwna, ale nawet wtedy mnie nie opuszcza.


Czy o nią dbam?
Oczywiście!
Przesyłam bukiety uśmiechów, gdy czuję, że słabnie.
Wybieram dla niej marzenia. Te najpiękniejsze.
Bywa, że pozwalam jej odpocząć, ale tylko wtedy, gdy wiem, że i tak nie zaśnie.
I wszędzie ją ze sobą zabieram.


Zabrałam ją też na lipcowy targ, by szukać łupinek kryjących słodkie ziarenka.
W jej ulubionym kolorze.
I podobnych do niej - trzeba je wyłuskać, by zobaczyć ich piękno.
Zielony groszek. Łupinki pełne wspomnień i marzeń.


W dzieciństwie ulubiony przysmak. Rwany z krzaczków w ogrodzie i chrupany beztrosko. Dziś marzy mi się choć kilka świeżo zerwanych łupinek, ale nie mam ich już w ogrodzie, nie ma u sąsiadów, nigdzie nie znajduję.
Ale nie tracę nadziei.

I są!
Soczysta zieleń usypanych w kopczyk ziarenek rozpala apetyt i pobudza wyobraźnię.
Garść zjadam od razu, by zaspokoić marzenie. Resztę zabieram do domu, z nadzieją, że powstanie z nich coś wyjątkowego.


Lody z zielonego groszku. W kolorze nadziei. O smaku subtelnym, rześkim, dzięki listkom świeżej mięty i orzeźwiającym za sprawą cytryny.  Zakręcony groszek smakuje wspaniale. Mam nadzieję, że i Wam się spodoba. 
I pamiętajcie "nadzieja nie jest marzeniem, lecz sposobem przekształcania marzeń w rzeczywistość". **


LODY Z ZIELONEGO GROSZKU 

2 żółtka
50 g cukru
100 ml mleka (3,2%)
150 ml śmietany kremówki (użyłam 30%)
350 g zielonego groszku 
garść świeżej mięty (do smaku)
łyżeczka soku z cytryny


Groszek ugotować w lekko osolonej wodzie. Gotować nie dłużej niż 5-6 minut. Po ugotowaniu przecedzić i zalać zimną wodą, by zachował soczystą zieloną barwę. Ponownie odcedzić i zmiksować na pure w blenderze lub mikserze, a następnie przetrzeć przez sito, by otrzymać gładką, kremową masę pozbawioną łupinek. 
Mleko zagotować wraz ze śmietaną. Zdjąć z ognia. Żółtka ubić razem z cukrem do uzyskania spienionej masy. Ubijając nadal powoli wlewać mleko ze śmietaną. Przelać do rondelka i gotować na małym ogniu przez ok. 10 minut, cały czas mieszając. Całość nie może się zagotować. Zdjąć z ognia, lekko przestudzić i wstawić do lodówki. 


Kiedy masa żółtkowo-śmietanowa jest zimna, dodać pure z groszku i dokładnie wymieszać. Doprawić do smaku cytryną oraz drobniutko posiekaną świeżą miętą. Przelać do maszynki do robienia lodów i postępować dalej zgodnie z instrukcją producenta. 

* autorem cytatu jest Alighieri Dante  
** autorem cytatu jest Léon-Joseph Suenens
*** przepis pochodzi z tej strony - klik 


Bardzo dziękuję za wyróżnienie One Lovely Blog Award otrzymane od Aleex, Kamili, Sue, Asix, KasiGosi, Basi, CookingJ, Turlaczka, ka.wo, mnemonique, MałgosiZ , TilianaryCynthii i Magdy
 Wybaczcie, że nie będę kontynuować zabawy.
Uwielbiam setki blogów, wszystkie z nich są wyjątkowe i zasługują na wyróżnienie. 
Piszę o sobie nieustannie i mam wrażenie, że wszystko już o mnie wiecie...

środa, 20 lipca 2011

Wakacje. Tort czy naleśniki? Crepes Suzette.



Wakacje.
Czyli co?
Urlop? 
Wolne?
Wyjazd nad morze, w góry, nad jezioro? 
Co to znaczy dla mnie, bo przecież każdy ma swoją definicję wakacji.
 

Spanie do późna i długie rozmowy do nocy.
Palce w kolorach owoców.
Krople kompotu spływające po brodzie.
Nogi sparzone od pokrzyw.
Odrapane łokcie i kolana.


Wybity palec u nogi i w ręce i nauczka, by już nigdy więcej do meczu piłkarskiego "Ośmiolatki" kontra "Reszta świata" (czyli ja) nie przystępować w za luźnych crocsach.
Ubrania w kolorach tęczy, tej na niebie po deszczu i tej od kolorowej kredy, którą właśnie zmył deszcz.


Ognisko.
Namiot na łące.
Biwak pod jabłoniami.
Kolejna tama w rzece.
Piłka na dachu z nadzieją wyczekująca kominiarza-wybawiciela. 
Świst lotki badmintona, gdy nagle wpada przez okno do kuchni. 


Lepkie od lukru palce sięgające po kolejną, jeszcze ciepłą, jagodziankę i najpiękniejszy odcień fioletu na zębach. 
Szalony berek wśród drzew i coraz trudniejsze skrytki podczas zabawy w chowanego. 


Kalejdoskop słoików na półkach spiżarki. 
Ciągle rosnąca liczba przetworów pod hasłem "To już na pewno ostatnie, jakie robię w tym roku", czyli wiadomo, że będzie zupełnie na odwrót. 
Zapach ziół na parapecie i coraz słodszy smak ukochanych pomidorów.
Rozkoszna kwaskowatość papierówek  o najpiękniejszym aromacie lata.


Duchy.
A jakże! W najlepszym wydaniu z wielkiego babcinego prześcieradła. Bo czy codziennie czytanie wieczorem wspaniałych "Wakacji z duchami" może skończyć się inaczej?! 
I wielka chęć na podróż autostopem, jak Poldek i Duduś z odkrywanej znów po latach "Podróży za jeden uśmiech" (pamiętacie?). 


Lody.
Mnóstwo lodów. Pysznych, domowych. 
O smakach nowych, wymyślanych, ulubionych. Zjadane późną nocą wprost z maszynki, która na próżno chce odpocząć. 


Zmęczenie. 
Ogromne i pełne szczęścia od wszystkich przygód, zabaw, słów, smaków i widoków, którymi cudownie przyprawiony jest każdy dzień. 
I piętrzący się stos książek, które wciąż czekają na swój czas. Ale on po paru znanych już na pamięć linijkach sam zamyka oczy i wysuwa książkę z sennie opadających na kołdrę rąk.


Cudowne beztroskie życie w "bezczasie". 
Pozbawione baterii zegary zatrzymały się w porach tak różnych, że czas odmierza jedynie poranne pragnienie kawy, wilczy głód popołudnia i ilość gwiazd na wieczornym niebie. 
Jak zwykle o tej porze zniknęły daty i dni tygodnia.
Czy to już środa czy dopiero poniedziałek. Wycieczka w weekend. To znaczy kiedy? Dziś, jutro czy za tydzień?
Jak i przede wszystkim po co odliczać dni skoro wszystkie zmieniły się w nieustające wakacje.


Spijam każdą kroplę tej cudownej mieszanki, z każdą chwilą zamieniam się w coraz szczęśliwsze dziecko.
Moja wakacyjna wyliczanka zdaje się nie mieć końca i zdaje mi się, że to nawet nie połowa. Podobnie jak nie ma końca ilość wspaniałych i wyjątkowych chwil z jakich utkane są wakacje. 


A jaka jest Wasza wakacyjna wyliczanka?
Czy znajdzie się w niej miejsce na naleśniki?
U nas to punkt żelazny wakacyjnego menu. Zjadane na późne śniadanie lub obiad we wszystkich możliwych wersjach wydają się być jedną z ulubionych potraw dzieci. Przynajmniej tych, które znam i które u nas bywają, także tych DUŻYCH dzieci;) 


Tym bardziej zaskoczyło mnie zdanie, którym Jan Kościuszko otwiera swój felieton w jednym ze starych numerów KUCHNI - " Naleśniki zazwyczaj nie kojarzą się nam zbyt dobrze, a te z serem czy dżemem przypominają nam niemalże obowiązkowe pozycje kolonijnych jadłospisów"* 


Nie wiem, jakie pan Jan ma  wspomnienia, ale u mnie naleśniki w wakacyjnym jadłospisie były i są zawsze przyjmowane z wielkim entuzjazmem, a kiedy sięgam pamięcią do moich czasów stołówkowych, jak dziś widzę euforię, z jaką były witane po szarych i bezpłciowych mielonych, bigosie i innych "daniach-wrzutach". 


Wakacje są nie tylko dla dzieci. Podobnie jak naleśniki. Dlatego smażę wielki stos. Część przełożona lipcowymi konfiturami znika rozchwytywana przez małe łapki. Drugi stos zostawiam tylko dla dorosłych. Sięgam po pomarańczówkę, ścieram skórkę z pomarańczy. Gotuję cudowny sos, smaruję nim piętrzące się w górę naleśniki, zapiekam i podaję jak tort. To moja wersja ukochanych Crepes Suzette. Pyszna, uzależniająca, wielowarstwowa. Zupełnie jak tegoroczne wakacje. 


NALEŚNIKOWY TORT a'la CREPES SUZETTE

30-40 naleśników (u mnie średnicy 14 cm)
80 g masła 
1/4 szklanki cukru 
sok i skórka starta z jednej pomarańczy
sok i skórka starta z jednej cytryny
2/3 szklanki świeżego soku pomarańczowego dodatkowo
4 łyżki (lub więcej) likieru pomarańczowego - najlepiej Grand Marnier, ja używam domowej pomarańczówki plus dodatkowo kilka łyżek do serwowania


Przepisu na naleśniki nie podaję. Każdy ma swój ulubiony i sprawdzony i taki wykorzystajcie. Mój przepis kieruje się podstawową zasadą, czyli odmierzaniem na oko;). 
W celu przygotowania sosu, w rondelku należy stopić masło razem z cukrem, skórką i sokiem z pomarańczy i cytryny wraz z dodatkowym sokiem pomarańczowym i likierem. Wszystko razem wymieszać. Zagotować i odstawić. 

 
Przygotować naczynie do zapiekania o średnicy zbliżonej do wielkości naleśników. U mnie była to forma na suflet. Naczynie wysmarować masłem i obsypać lekko bułką tartą. Na dnie położyć jeden naleśnik, posmarować go sosem (dość obficie) i postępować dalej tak samo aż do ostatniego naleśnika. Polać go z wierzchu resztką sosu i wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 stopni. 


Zapiekać przez ok. 30 minut, aż wierzch się zrumieni i stanie się chrupiący. Po wyjęciu z piekarnika przełożyć na talerz lub paterę i kroić jak tort. Sos cudownie przenika naleśniki, których brzegi od zapiekania są rozkosznie chrupiące, a środek rozpływa się w ustach. Polane dodatkową porcją pomarańczówki przenoszą w krainę wielkiego szczęścia;)


* cytat z czasopisma KUCHNIA, nr 7(137)/lipiec 2006
** inspiracją był przepis znaleziony w KUCHNI, nr1(131)/2006


Drukuj przepis

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails