Widzę je codziennie.
Patrzę na nie przez okno w kuchni.
Są dwie.
Niebyt wysokie, raczej krępe. Coraz bardziej przygarbione.
Razem od lat... Sama nie wiem ilu...
Stały tak, gdy byłam małą dziewczynką.
Chciałabym patrzeć na nie, gdy będę już staruszką.
Splecione korony rzucają na łąkę rozłożysty cień. By skryć się na jego dywanie, trzeba pochylić głowę i skłonić się gałęziom.
Z szacunkiem. Zasłużonym.
Kłaniam się tym jabłoniom za każdym razem, gdy przechodzę obok i gdy sięgam po kolejny owoc.
Nie są doskonałe.
Obite, o kształtach nieregularnych, dalekich od tych modelowych.
A jednak idealne.
I te zrywane zbyt wcześnie z zachłanną niecierpliwością, jeszcze zielone. Kochane za kwaśność wykrzywiającą buzie.
I te zbierane z trawy, pastelowo-żółte, soczyste jak żadne inne. Pachnące latem, nawet teraz, gdy deszcz uparcie spływa po liściach.
Czy Wy też kochacie papierówki?
Czy lubicie te rwane prosto z drzewa czy raczej te, które dojrzałość ściąga na ziemię?
Czy z tych pierwszych pieczecie szarlotkę?
Czy w wielkim garnku gotujecie kompot i chłodny wypijacie wprost z chochli?
Odpowiadam - tak - na każde z tych pytań.
Odkąd pamiętam każde lato usłane jest papierówkami.
Jabłonie są hojne.
Gałęzie uginają się od owoców, których obfitość zawsze nas zaskakuje. Choć przecież nie zmienia się od lat. A jednak co roku wypatruję wiosennych pączków spekulując czy tego lata także obrodzą.
Wrosły w nasz ogród bardziej niż inne drzewa, których wiele rozkwita już tylko w naszej pamięci.
Splotły korony, jakby chciały powiedzieć, że chcą zawsze być razem.
Ja też tego chcę.
Chcę być z nimi i z nimi dojrzewać.
Czy drzewa kochają?
Czy wiedzą, że są kochane?
Czy moje jabłonie wiedzą, że patrząc na nie za każdym razem oglądam film?
Kadry są różne, nie zawsze te same, ale za każdym razem widać na nich małą dziewczynkę z warkoczami i jej ukochaną Prababcię.
Dziewczynka chodzi za Babcią krok w krok. Patrzy, słucha, wypytuje i kocha najmocniej jak można.
Babcia odpowiada. Zawsze cierpliwie, zawsze mądrze.
Idą pod jabłonie.
Dziewczynka schyla się po kolejne jabłka i wkłada je do babcinego fartucha. Babcia coraz mocniej trzyma jego końce, by kwiecisty materiał pomieścił jak najwięcej owoców.
Wracają z uśmiechem na ustach.
W kuchni czeka już wielki garnek i szereg dużych weków, które Babcia przyniosła z piwnicy.
Duże jabłka kroją na ćwiartki i wrzucają do garnka. Małe układają ciasno w słoikach.
Za chwilę kuchnię przepełni zapach, za którym tęsknię co roku.
Papierówki, goździki, cytryna, cukier, wanilia...
Kompot z papierówek.
Pachnie i smakuje tak, jakbym właśnie skończyła wrzucać jabłka do babcinego fartucha.
Jak zawsze nie mogę się powstrzymać i pierwsze łyki wypijam haustem wprost z chochli.
Jest doskonały.
Tak jak doskonałe są papierówki. Choć z zewnątrz pełne niedoskonałości.
Kompot.
Cząstka lata zamknięta słoiku.
Czemu stał się retro i staromodny?
W czym mogą mu dorównać napoje zamknięte w kartonach i plastikowych butelkach.
Rzadko trafia na stół.
Coraz rzadziej, a może wcale, nie mamy już dylematu, który słoik z kompotem przynieść z piwnicy do niedzielnego obiadu.
Coraz mniej sprzeczek o to, komu trafią się owoce z dna...
Słoje z kompotem z papierówek układam na parapecie w kuchni.
Będę na nie patrzeć, gdy moje jabłonie zaczną zrzucać liście, gdy w środku zimy zamarzą mi się soczyste papierówki.
Serce bije mi mocniej, gdy częstując Tatę słyszę " Smakuje jak ten od Karolki. Babcia gotowała go tak samo...".
Kiedy ostatnio piliście domowy kompot?
KOMPOT Z PAPIERÓWEK
/w garnku, do picia od razu/
papierówki
cukier
wanilia lub cukier waniliowy
cytryna
goździki
Nie podam proporcji, jedynie składniki. Taki kompot zawsze gotuję "na oko" i "do smaku". Wszystko zależy od tego jak duży jest garnek, czy owoce są dojrzałe i słodkie, a przede wszystkim od tego, jaki sami lubicie.
W garnku zagotować wodę z cukrem, wanilią i goździkami. Wrzucić połówkę cytryny. Gdy zacznie wrzeć, wrzucić obrane i pokrojone w ćwiartki jabłka. Gotować ok. 5 minut. Podawać schłodzony.
Z doświadczenia wiem, że najlepiej smakuje wprost z chochli;)
KOMPOT Z PAPIERÓWEK
/w słojach, na zimę/
Należy zebrać jak najmniejsze papierówki, najlepiej jeszcze nie do końca dojrzałe, prosto z drzewa. Umyć i układać ciasno w wyparzonych słojach. W dużym garnku zagotować wodę z cukrem i goździkami. Zdjąć z ognia i przelać do słoi tak, by zakryła ułożone w nich owoce. Dokładnie zamknąć.
Kompoty pasteryzuję sposobem Babci - po kilka słoi przekładam do wyłożonego lnianą ściereczką DUŻEGO garnka. Słoje ustawiam tak, by nie stykały się ze sobą i każdy owijam ściereczką. Zalewam zimną wodą i gotuję na średnim ogniu pod przykryciem przez ok. 10-15 minut od momentu zagotowania.
























































