poniedziałek, 7 listopada 2011

Jesienna poczta w kolorze złota. Karmel, sól i czekolada. Mus.




Listy.
Wszędzie. Dla każdego.
Listopadowa poczta. 
Jesienna korespondencja. 
Wypisana promieniami słońca złotą czcionką. 
Zbieracie te listy?
Czytacie? 


Liście,
jak złote uśmiechy słońca.
Fruwają, unoszą się, opadają. 
Łapię te uśmiechy i wkładam między kartki  książek. 
Lubię odnaleźć zagubiony uśmiech schowany między słowami. 
Ze zmarszczek liścia odczytuję chwile jakie zachował w zasuszonym wspomnieniu. 


Zanurzam stopy w liściach. 
Krok za krokiem szelest wzrasta, roznosi się wokół. Liście unoszą się, tańczą w powietrzu. 
Ten szelest jest jak szept stygnącego karmelu. 
Trzeba się pospieszyć, karmel jest małomówny - słowo, dwa, trzy - krótka, szeptana tajemnica. 


Jeśli nie zdążycie, zastygnie i już się nie dowiecie, co chciał powiedzieć. 
Pozostanie tylko echo niesione dźwiękiem łamanego i kruszonego złota. 
I złote refleksy światła.
Migoczące uśmiechy słońca. 


Jesień się do nas uśmiecha. 
Szepce nieustannie.
Opowiada. 
I śle listy. 
Przesyła je listonoszem.
To jesień ubrana w karmel podróżuje z wiatrem. 
Roznosi słoneczne listy. 
Na każdym zapisana inna historia. 


Lubię historie. 
Te zasłyszane i znalezione przypadkiem. 
I te pisane złotą czcionką na papierze z liści. 
Wkładam je w książki. 
Powstaje coś nadzwyczajnego, magicznego.


Książka kryje drugą książkę. 
Chowa ją między stronami i strzeże. 
To jesienne tajemnice.
Skarby.
Ukryte złoto. 
Kruche i wyjątkowe
Każdy inny. Niepowtarzalne. 
Jak odciski palców. 
Odcisk czasu. Kolejnej wiosny, lata i ostatnich jesiennych uśmiechów słońca. 


Zastanawialiście się kiedyś nad tym, że zasuszone liście są jak zastygnięty karmel?  Nawet krusząc się wydają podobny dźwięk. Lubię wtedy zamknąć oczy i wsłuchać się w ten głos. I zawsze, niezmiennie marzę, by móc kiedyś odczytać tą tajemnicę. 


Ale to nie jest proste. Próbuję się dowiedzieć za każdym razem, gdy biorę do ręki znaleziony w książce liść i zawsze wtedy, gdy kruszę karmel przed słodką ucztą.


Myśli są jak huragan jesiennych liści. 
Chciałam napisać coś zupełnie innego, ale niespodziewanie wiatr przywiał zupełnie inne, złote i karmelowe myśli. Szłam i zbierałam liście i myśli. 
Biegłam za nimi, zatrzymywałam się, pochylałam, by je zebrać i zapisać. I nie zgubić. 
Cały bukiet. 


A później wiatr ustał. 
Zebrałam dość myśli, by starczyło na jedną jesienną opowieść o karmelu.
I tak sobie myślę, że pisanie bloga jest jak to zbieranie liści. Łapię myśli i chowam je tu, między dniami i kolejnymi historiami. Zostaną tu na zawsze. Z moimi słowami i z moją miłością do karmelu. 


SOLONY MUS KARMELOWO-CZEKOLADOWY
Salted caramel chocolate mousse  - potwierdzam zdanie: "The stuff is sexy" ! *
Ilość soli można odrobinę zwiększyć - ja tak zrobiłam. Mus jest kwintesencją "musowatości" - jest lekki, puszysty i nieziemsko pyszny. Najlepiej smakuje wyjadany z pucharków za pomocą dużych kawałków karmelu. Skuście się!


Składniki na 6 porcji:

1/2 filiżanki cukru 
3/4 filiżanki i 1,5 łyżki śmietany kremówki 36%
2,5 łyżki masła solonego o temperaturze pokojowej (można zastąpić zwykłym masłem i zmieszać z nim 1/4 łyżeczki soli)
200 g gorzkiej czekolady dobrej jakości (użyłam Lindt 70%)
3 jajka, oddzielnie żółtka i białka
opcjonalnie 1/2 filiżanki śmietany kremówki do przybrania deseru
krokant migdałowy (przepis znajdziecie tu - klik)


Do rondelka z grubym dnem wsypać cukier i dodać 2 łyżki zimnej wody. Nie mieszać. Wstawić na średni ogień i gotować do momentu aż powstanie ciemnozłoty karmel. W oddzielnym naczyniu podgrzać lekko kremówkę, nie doprowadzić do wrzenia, powinna być ciepła.


Karmel zdjąć z ognia i dodać masło. Należy uważać - gorący karmel może w tym czasie pryskać.  Dodać podgrzaną śmietanę i dokładnie wymieszać. Jeśli powstaną grudki, wstawić ponownie na średni ogień i mieszać do czasu aż się rozpuszczą. 


Do gorącej masy dodać połamaną na kawałki czekoladę i mieszać tak, by dokładnie połączyła się z resztą.  W tym momencie należy dodać żółtka  - jeśli boicie się, że mogą się zważyć, dodajcie odrobinę czekoladowej masy do żółtek i wymieszajcie, a następnie wlejcie z powrotem do masy czekoladowej i dokładnie wymieszajcie razem. Tak przygotowaną masę należy odstawić do przestudzenia.


W tym czasie w osobnym naczyniu ubić na sztywno pianę z białek, a następnie delikatnie połączyć ją z przestudzoną masą karmelowo-czekoladową. Przelać do przygotowanych naczynek i chłodzić przynajmniej przez 6 godzin, a najlepiej całą noc.  

 
Przed podaniem można przybrać kleksem bitej śmietany i koniecznie dużym kawałkiem migdałowego karmelu! 
* cytat i przepis pochodzi z tej strony - klik  

poniedziałek, 31 października 2011

TU I TAM nr 16. Bakłażan i ciasto czekoladowe? Ależ tak!


Jesienna martwa natura.
Na pierwszym planie gładki i lśniący bakłażan.
Idealnie smukły kształt.
Dekadencki fiolet.
Zwany też oberżyną.
Swoją uniwersalność  w kuchni potwierdza łatwością, z jaką wchodzi w ciekawe związki z całą paletą martwej natury.
Wszystkie gamy smaków są mu przyjazne.
Bakłażan u Amber w Kuchennymi Drzwiami i u mnie, w Kucharni
Smakujmy!



Mezalians.
Czy mi się zdaje, czy coraz rzadziej się zdarza?
Czy może odwrotnie - jest tak częsty, że przestaje zadziwiać?
Przeciwieństwa.
Skrajności.
Różne poglądy.
Odległe światy.
A jednak coś nagle je łączy. 
Coś sprawia, że mimo powszechnie panujących przekonań, pasują do siebie, jak kawałki puzzli w ogromnej układance, jaką jest świat.


Mezalians ma w sobie jakiś magnetyzm. 
Oślepiające fascynacją emocje PLUSA i sprowadzający na ziemię racjonalizm MINUSA.
Dwa bieguny.
Dwójka bohaterów.
Pozornie odległych.
Pozornie mających nigdy się nie spotkać. 
Pozornie....


Mezalians od zawsze mnie intrygował.
Nie dlatego, że mój świat jest poukładany i nie dopuszczam żadnych skrajności.
Wręcz przeciwnie.
Uwielbiam przeciwieństwa. 


Fascynują mnie światy odległe, bo wiem, że im lepiej je poznam, tym bardziej stają się bliskie. 
A jeśli nie poznam ich do końca, to tajemnica będzie zawsze rozpalać ogień fascynacji i namawiać do kolejnych poszukiwań.
I do kolejnej intrygi. 


Te plotkarskie, obyczajowe zupełnie mnie nie obchodzą. Nauczyłam się nie oceniać innych. 
Sama wciąż pobieram lekcje życia, więc do wystawiania ocen mi daleko. 
Ale intrygi kuchenne?! To jest zdecydowanie mój świat!


Nieustannie wsłuchuję się w podszepty, ploteczki - co z czym, jak i kiedy, gdzie....
Trochę jak swatka sprawdzam czy on i ona do siebie pasują i co zrobić, by poczuli do siebie miętę. 
Im bardziej odległy rodowód, tym lepiej. Bo jak już nie raz się przekonałam, kuchenny mezalians to najsmaczniejsza interpretacja intrygi. 


Awokado zamiast masła? Jasne, że tak! (klik)
Sól morska i oliwa z ciastem czekoladowym? Rozkosz! (klik)
Kozi ser i brownie? O tak, uwierzcie!
Lody z camemberta? To dopiero rewelacja! (klik)


A bakłażan?!
Jaką mu dobrać partnerkę, by zaiskrzyło, mimo pozorów, uprzedzeń i przyzwyczajeń?
Zaczynam od koloru - tu będzie zgodnie, bez kontrastu, choć nieco mrocznie, dekadencko, jak na bakłażana przystało. 
Gruszkę miłości połączę z czekoladą. Ciemną, gorzką i gotową na wiele niestandardowych związków. 


Ale bakłażan i czekolada?! 
Czy prócz kryjącego tajemnicę koloru może ich coś połączyć? I czy taki związek da się skonsumować?
Ja już wiem, że tak. Wy musicie mi uwierzyć albo spróbować sami, pod warunkiem, że fascynuje Was świat kuchennych intryg i mezaliansów. 
Mam nadzieję, że Amber spodoba się ten związek, bo skoro sama wypija kawę z kawałkiem camemberta, to ciasto czekoladowe z bakłażanem tym bardziej polubi. 


Jak to smakuje? Cudownie!
Wyobraźcie sobie upieczony mus czekoladowy ...
Znalazłam opinię, która nazywa to ciasto dzieckiem Victoria Sponge Cake i musu czekoladowego, i takie właśnie jest - wilgotne, puszyste, lekkie i intensywnie czekoladowe. 



I nie bójcie się sięgnąć po kolejny kawałek - to ciasto bez masła i cukru, więc można, a wręcz należy, pozwolić sobie na dekadencką rozpustę. Cudowny czekoladowy otulacz na chłodne i szare popołudnie. 
Oczywiście można je dekorować, ubrać w polewę - co kto woli; ja  z tego zrezygnowałam - miałam ochotę na mezalians w najprostszej formie. 


I po raz kolejny przekonałam się, że kuchenny świat nigdy nie przestanie mnie fascynować i zaskakiwać. Kojąca i intrygująca jednocześnie jest myśl, jak wiele jeszcze mezaliansów można popełnić i jak bardzo smaczny mogą mieć finał! 


CIASTO CZEKOLADOWE Z BAKŁAŻANEM
Przepis pochodzi z książki  Red Velvet and Chocolate Heartache, pokazującej, iż używając warzyw do słodkich wypieków można piec bez masła i często bez użycia cukru. Ich rolę spełniają bowiem naturalne składniki zawarte w większości warzywach.

400 g bakłażana
300 g ciemnej czekolady dobrej jakości, użyłam Lindt
50 g kakao
3 jajka
200 g miodu
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki soli 
od siebie dodałam skórkę z pomarańczy


Bakłażany ugotować na parze do miękkości. Odsączyć na sicie i oddzielić miąższ od skórki i zmiksować na pure. Do jeszcze ciepłego bakłażana dodać połamaną na kawałki czekoladę i mieszać aż się rozpuści i dokładnie połączy z miąższem. 
Pozostałe składnik połączyć i ubić w oddzielnej misce. Dodać masę bakłażanowo-czekoladową i ponownie dokładnie wymieszać.
Przełożyć do foremki o średnicy 23 cm wyłożonej papierem do pieczenia. Wstawić do piekarnika nagrzanego do temperatury 180 stopni i piec przez ok. 30-40 minut. 
Polecam!


* przepis pochodzi z tej strony - klik

poniedziałek, 24 października 2011

Let's twist! Precle z dynią.




Taniec.
Lubicie?
Ja uwielbiam.
Skłony, piruety, obroty, unoszenia na palcach.
Szybko, wolno.
W przód, do tyłu.
Dwa kroki w prawo, jeden w lewo.
I obrót.
I rama. Rama.


Tak, trzymam ramę. Czasami nachodzi mnie nawet odważna myśl, że ja tą ramę mam we krwi.
I taniec.
I zawsze trzymam wysoko uniesioną głowę, gdy z zamkniętymi oczyma chłonę zapach tego tańca.


Tak. Ten taniec pachnie.
Kusi.
Nie pozwala o sobie zapomnieć.
Jest niekończącym się zaproszeniem.


Do kuchni.
To mój parkiet.
Moja scena.
Wybieram melodię i instrumenty, a potrawa nadaje rytm.


Bo gotowanie jest tańcem. 
Kroki i ruchy, tempo i smak.
To wszystko wiruje, łączy się i chwyta w objęcia.


W takcie na 3/4, niespiesznie wyrabiam ciasto drożdżowe. Myśli i ruchy ponownie układają się do tańca. 
To walc angielski. Bez pośpiechu.
Wszystko jest wyważone, umiarkowane. Pozwala myślom unosić się swobodnie i gładko. 
Delikatne piruety dłoni. Ciasto oddycha cichutko, miarowo.


Powoli dosypuję mąkę, obracam, pozwalam odpocząć. 
A w myślach widzę tiulową suknię, która jak mgiełka otula tancerkę przy ostatnim obrocie ...
Melodia cichnie, kuchnia odbija ostatnie cichutkie echo...
Klasyka nie lubi hałasu. Choć ta cisza wkrótce zrodzi coś zupełnie nowego. 


Już  nie będzie klasycznie i powoli.
Będzie szybciej, kolorowo, no i będzie skręt za skrętem. 
Jednym słowem zatańczę twista. 
Tu ruchy będą energiczne i, choć, jak to w twiście, tańczę w miejscu, i tak wykonuję skręt za skrętem. 


A jest co skręcać, jeśli ma się ochotę na precle.
W dodatku z dyniowym nadzieniem, które też nie jednego skrętu i obrotu wymaga. 
Mówię Wam, to dopiero jest taniec! 


Ruchy proste, łatwe do opanowania, a na koniec niczym confetti, błyszczą i migocą kryształki soli morskiej. 
No to co? Tańczymy?
Let's twist again!


A skąd się wzięły precle? Precle miękkie (nie mylić z twardymi, które jak większość smakołyków są dziełem przypadku), powstały już w średniowieczu. Jak głosi legenda, pewien mnich w północnych Włoszech, bądź w południowej Francji piekł chleb. Zostało mu trochę ciasta, więc postanowił zrobić z niego przekąskę dla dzieci, które nauczyły się nowej modlitwy. Ciasto uformował na kształt rąk złożonych do modlitwy (w tamtych czasach modlono się z rękami skrzyżowanymi na piersi), stąd charakterystyczny wygląd precli. Stworzone przez mnicha precle były miękkie. 


Historia tzw. precli twardych jest o wiele młodsza. Ponoć podczas pieczenia precli miękkich, pewien piekarz przysnął i kiedy się obudził wstawił precle ponownie do pieca i upiekł je drugi raz. Gdy odkrył pomyłkę, zdenerwował się, ale po spróbowaniu zrozumiał, że stworzył nowy rodzaj pieczywa.*


Przepis i inspiracja do nadziewanych precli pochodzi z tej strony - klik. Ciasto wyrabia się bardzo dobrze, rośnie szybko i jest bardzo elastyczne. Precle smakują po prostu cudownie. Wiem, że nie zabrzmi to skromnie, ale nigdy nie jadłam lepszych! Ciasto jest wyjątkowo delikatne, puszyste, skórka taka, jak należy, a chrupiące kryształki soli to po prostu "kropka nad i", nie jedna. 


Nadzienie dyniowe wymyśliłam sama - do pure z pieczonej dyni dodałam kumin, szczyptę soli, pieprz i siekane pistacje. Powstało coś naprawdę pysznego. 
I ważna sprawa! Nie zmniejszajcie proporcji ciasta do połowy, jak ja to zrobiłam - 8 precli zniknęło szybciej niż jedna melodia w rytmie twista;) 


Nie bójcie się dyni - choć w środku wygląda jak kłębisko strachów uwięzionych w jamie, smakuje tak, że strachy nie mają nic do powiedzenia! 


PRECLE Z NADZIENIEM DYNIOWYM 
/składniki na 12 precli/ 

1,5 szklanki letnie wody
1 łyżka cukru i dodatkowo 1 łyżeczka
1 łyżka drożdży instant
4,5 szklanki mąki
1,5 łyżeczki soli
1 łyżka oliwy


Na kąpiel dla precli przed pieczeniem:
1/2 szklanki sody oczyszczonej (zmniejszyłam do 1/3)
4 szklanki wrzącej wody

Na nadzienie:
1-1,5 szklanki pure z upieczonej dyni
kumin, pieprz i sól do smaku
garść siekanych pistacji
gruba sól morska do posypania
odrobina stopionego masła do posmarowania precli


W misce połączyć drożdże z letnią wodą i 1 łyżeczką cukru. Odstawić na ok. 10 minut, by drożdże "ruszyły".
Do dużej miski wsypać 3,5 szklanki mąki, 1 łyżkę cukru, sól i wymieszać. Dodać oliwę i drożdże. Wyrabiać do połączenia się składników, dodać pozostałą mąkę i wyrabiać dalej, aż ciasto stanie się gładkie i będzie z łatwością odchodziło od ścianek naczynia. Nakryć folią kuchenną i odstawić do wyrośnięcia na ok. 1 godzinę lub do momentu aż podwoi objętość. 


W tym czasie przygotować nadzienie. Pure z upieczonej wcześniej dyni wymieszać z przyprawami. W razie potrzeby doprawić do smaku. 
Wyrośnięte ciasto przełożyć na obsypany mąką blat kuchenny i podzielić na 12 porcji. Każdą rozwałkować tak, by uzyskać podłużny dość wąski kawałek ciasta. Na środek nałożyć nadzienie. Ciasto zwinąć i zlepić tak, by nadzienie nie wydostało się na zewnątrz. Nadać mu kształt cienkiego wałka i uformować na kształt precla. 


Piekarnik nagrzać do temperatury 220 stopni. W dużym, szerokim garnku przygotować kąpiel - w czterech szklankach wrzątku rozpuścić sodę oczyszczoną. Uformowane precle zanurzać delikatnie w kąpieli z sody. Są dwie szkoły - jedna mówi, że wystarczy włożyć na kilka sekund, inna zaleca gotowanie precli przez ok. 1-2 minut. Ja zanurzałam precle w gotującej się wodzie i zostawiałam je w niej na ok. 30 sekund. 


Wykąpane precle przełożyć ostrożnie na wyłożoną papierem blachę do pieczenia i piec przez ok. 8 minut lub do momentu aż staną się apetycznie złociste.
Po wyjęciu z piekarnika gorące precle smarować rozpuszczonym masłem i posypać solą morską. Polecam!
A po co kąpiel w sodzie? - dzięki niej, precle nie wyrosną nadmiernie w piekarniku i zachowają niemal taki sam kształt jak po formowaniu. 

* cytat o historii i pochodzeniu precli pochodzi z Wikipedii (klik)

Przepis na precle z nadzieniem dyniowym to moja propozycja do prowadzonego przez Beę Festiwalu Dyni


Drukuj przepis

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails