poniedziałek, 14 czerwca 2010

Urywki historii i kawałki ciasta. Maczane w oliwie. Focaccia.

Jej historia sięga ponad 2000 lat. To jeden z najstarszych gatunków pieczywa. Uważa się, iż przepis podstawowy ma pochodzenie etruskie. Choć wiele wskazuje też na to, iż wywodzi się ze starożytnej Grecji. 
Nie bez powodu nazwano ją z łacińskiego focacio, czyli ognisko domowe. Nazwa podkreśla ważną rolę jaką odgrywała od wieków gromadząc rodzinę wokół paleniska, na którym początkowo była wypiekana.  


Uważana za prekursorkę współczesnej pizzy, pierwotnie byłą jedynie mieszanką wody, mąki i soli. Ze względu na śródziemnomorski klimat nie sprzyjający fermentacji drożdży, oryginalnie pieczona była bez ich udziału i z pominięciem wyrastania ciasta. 


Z natury ma być płaska,  dlatego przed pieczeniem ciasto nakłuwa się lub robi w nim wgłębienia, by zapobiec nadmiernemu wyrastaniu w trakcie pieczenia. Popularne jest także  smarowanie jej oliwą, by ciasto było z wierzchy chrupiące, a wewnątrz wilgotne. 


Najpopularniejsza z rozmarynem, oliwkami, solą morską, szałwią i oliwą, przygotowywana jest także w wersji na słodko z miodem, rodzynkami czy skórką pomarańczową. Receptura, choć czasami lekko modyfikowana, doczekała się uznania w wielu częściach świata. W Burgundii znana jest jako foisse lub fouaisse, a w innych częściach Francji jako fougasse. Argentyńczycy mają swoją fugazza, a Hiszpanie hogaza


Focaccia. Zgromadziła nas wczoraj przy wieczornym stole kusząc cudownym zapachem świeżego pieczywa, aromatem rozmarynu, morskim klimatem soli i ciekawością jak będzie smakować z cukinią. Choć nie mamy tradycyjnego paleniska, zjadaliśmy ją w iście pierwotny sposób. Rwąc łapczywie, ciepłe jeszcze kawałki maczaliśmy je z  upodobaniem w oliwie. 


Upieczona tym razem z podwójnej porcji zniknęła za jednym rodzinnym posiedzeniem. Idealnie chrupiąca skórka, cudownie puszysty środek, wspaniale pasujące do niej dodatki i nie mający sobie równych klimat wspólnego, rodzinnego biesiadowania na długo pozostanie w naszej pamięci. Spróbujcie koniecznie! 

FOCACCIA Z CUKINIĄ, ROZMARYNEM I SOLĄ MORSKĄ


SKŁADNIKI
(przepis na ciasto cytuję za Asią z Kwestii Smaku

20g świeżych drożdży
300  ml ciepłej wody
500 g mąki
2 łyżeczki soli
oliwa z oliwek
1 mała cukinia
3 łyżeczki gruboziarnistej soli morskiej
rozmaryn


Drożdże rozkruszyć w misce, dodać 120 ml ciepłej wody, 1 łyżeczkę cukru i 4 łyżki mąki. Wymieszać i odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia, na około 20 minut.Mąkę przesiać do miski i wymieszać z 2 łyżeczkami  soli oraz 2 łyżkami oliwy z oliwek. Dodać drożdże oraz resztę ciepłej wody. Składniki wymieszać w misce i połączyć w kulę. Ciasto wyłożyć na posypany mąką blat. Wyrabiać przez 15 minut, aż będzie gładkie i elastyczne.  Można także wyrabiać mikserem. Na blacie rozsmarować jedną łyżkę oliwy, wyłożyć ciasto i rozwałkować je na placek ok. 40 x 40 cm. Blachę do pieczenia wysmarować oliwą i wyłożyć na nią rozwałkowane ciasto. Przykryć przeźroczystą folią i odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia, na 1,5 godziny. Piekarnik nagrzać do 220°C. Cukinię pokroić na cieniutki plasterki. Ciasto posmarować  oliwą, posypać solą morską, powtykać listki rozmarynu i nałożyć plasterki cukinii. Odstawić ponownie do wyrośnięcia na godzinę. Wstawić do nagrzanego piekarnika i piec przez 15 - 20 minut na złoty kolor. Podawać z oliwą z oliwek.

sobota, 12 czerwca 2010

Na upał. Słodkie wspomnienia. Podróż w czasie. Semifreddo.

MALINY
Lato. Upalne wakacje. Malinowy zagajnik. Popołudniowy skwar. 
Babcia w słomkowym kapeluszu. Ja z malinową buzią, palcami i plamami soku na sukience. 
Beztrosko.
Czas stanął w miejscu, bo i jemu nigdzie nie spieszno. Ale tylko na chwilę.
Od wielu lat w malinowym zagajniku stoję sama. 
W Babcinym kapeluszu.


BEZY
Mam 8 lat. Czekam na powrót Taty z delegacji. 
Wiem, że pojechał tam, skąd zawsze wraca z papierową torebką. 
Niedługo wróci.
Wyciągnie ją z teczki i będzie już moja.  Brązowa, papierowa torebka, a w niej bezy - wielkie, okrągłe, posypane z wierzchu kakao. Chrupko-lepkie. Słodkie.
Najlepsze na świecie. 


MALTESERS
Mam 18 lat. W Polsce wciąż szaro. 
Wyjeżdżam w pierwszą podróż do Anglii. Do innego świata. 
Niemal wszystko jest zaskoczeniem. Od sklepików cudownie pachnących potpourri po kierowców zawsze zatrzymujących się na przejściu dla pieszych. 
Odkrywam nowe smaki.
Kupuję pierwszą w życiu paczkę Maltesers. 
Nie mogę uwierzyć, że pod warstwą pysznej czekolady kryje się coś jeszcze - chrupiące ciasteczko! 
Te cukierki już zawsze będą moją słabością. 


BITA ŚMIETANA
Słodka, puszysta, cudowna pocieszycielka.
Uwielbiam ją bez względu na wiek.
Pamiętam najlepiej na szczycie pucharka z galaretką namiętnie zamawianego podczas niedzielnych wypraw do kawiarni. 
W dzieciństwie. We wspomnieniach. 

Podróż w czasie. Powroty. Wspomnienia. Słodko. Bezpiecznie. Domowo.
Znalazłam wspaniały sposób, by połączyć wspomnienia i smaki. 
Są w nim maliny, bezy, Maltesers i bita śmietana, i wszystkie moje wspomnienia.
Na ochłodę, na ukojenie, na dalsze zapamiętanie, na wspólne popołudnie z bliskimi.


SEMIFREDDO Z BEZAMI I MALINAMI 
/przepis w cytuję za Liską /


SKŁADNIKI
600 ml śmietany UHT 30% (schłodzonej)
100 g bezów
2 op. cukierków Maltesers
2 jajka - osobno białka i żółtka
3 czubate łyżki cukru pudru
cukier waniliowy
100 g malin mrożonych 


Jajka sparzyć. Białka ubić na sztywną pianę, a żółtka utrzeć z cukrem pudrem na kogel-mogel. Śmietanę ubić na sztywno.
Wszystkie składniki wymieszać łyżką. Dodać cukierki, maliny, cukier waniliowy i pokruszone bezy.
Masę przelać do miseczek (ja przelałam do formy keksowej). Zamrozić. 
Po ok. 2-3 godzinach deser nadaje się do jedzenia.
Można podawać z pokruszonymi bezikami i/lub sosem malinowym. Ja dorosłym podałam z ajerkoniakiem. 


P.S. Jakiś czas temu Tysiaczek z blogu domowesmaczki zaprosiła mnie do zabawy w 10 zdjęcie - dziękuję! Z dość sporym opóźnieniem, za co przepraszam, dołączam wspomnienie Naszych  wakacji - kolejne cudowne wspomnienie, do którego mamy nadzieję szybko powrócić. 
Jeśli tylko mają ochotę i czas na szperanie w komputerze, do dalszej zabawy zapraszam Amber z blogu Kuchennymi Drzwiami i Paulinę z Kuchni na Stalowej

czwartek, 10 czerwca 2010

Od niechęci po fascynację. Marchewka.

Jako dziecko jej nie znosiłam. Surowej, gotowanej, tartej z jabłkiem - każda wersja była na "Nie". Nie pomogło zawijanie w białą ściereczkę butelki ze świeżo wyciśniętym sokiem - do czego w desperacji uciekała się Mama. Nie chodziło przecież o kolor, ale o smak MARCHEWKI!


Wyławiana z rosołu, wzgardzona w surówkach, dopiero po latach doczekała się należnego jej traktowania.
Odkąd zaczęłam sama gotować dodatek marchewki tu i tam okazał się nieuchronny i tak naturalny, że dziś nie wyobrażam sobie by mogło jej zabraknąć w mojej kuchni.


Lubię ją jako dodatek, ale ostatnio jeszcze bardziej, gdy dominuje. Tak jak w zupie z marchewki z kuminem i mleczkiem kokosowym lub jak w odkrytej ostatnio sałatce, która w upalne dni wystarcza na lekki lunch lub obiad.  


Brak mi słów, by opisać jak bardzo jest pyszna! Cudownie łączy tyle smaków, każdemu pozwalając na moment zawładnąć naszymi kubkami smakowymi, by potem połączyć się w całość i koncertowo rozwinąć wszystkie aromaty. Od rozgrzewających  przypraw orientu, przez rześkość mięty i limonki, po morską słoność fety i słodycz marchewek - ta sałatka to prawdziwa smakowa podróż.
Cudowna, orzeźwiająca, lekka - spróbujcie sami! Spakujcie ją do pudełka na lunch, zabierzcie na piknik.

Przepis znaleziony na blogu smitten kitchen, ale podaję w wersji z moimi zmianami. 


SKŁADNIKI
1 opakowanie małych marchewek (baby carrots)
4 łyżki oliwy
1 ząbek czosnku
1/2 łyżeczki mielonego kminku
3/4 łyżeczki kuminu
1/2 łyżeczki papryki słodkiej
3/4 łyżeczki harissy (można dać więcej lub niej, zależy jak bardzo ostre lubimy)
1/2 łyżeczki cukru
3 łyżki soku z limonki (można zastąpić cytryną)
2 łyżki posiekanej pietruszki
2 łyżki świeżej mięty, posiekanej
100 gram sera feta


Marchewki ugotować w wodzie z dodatkiem soli i kilku łyżeczek cukru. Odcedzić i wystudzić. Sałatka ma być podawana na zimno, więc najlepiej ugotować marchewki ok. 2 godzin przed podaniem. 
W małym rondelku rozgrzać oliwę i zagotować w niej czosnek, kminek, kumin, paprykę, harissę i cukier. Gotować przez ok. 2 minuty. Zdjąć z ognia i dodać sok z limonki i szczyptę soli. Zalać wystudzoną marchewkę i odstawić przynajmniej na pół godziny, by smaki się związały. 


Przed podaniem posypać z wierzchu fetą i ziołami.
Można podawać jako dodatek do dania głównego lub po prostu jako danie główne! Smacznego!


wtorek, 8 czerwca 2010

Jedna słomka, kilka łyków, pełnia szczęścia, czyli słomką do nieba : )

Czy nie uważacie, że słowo słomka ma znacznie więcej uroku od rurka?  Nie wiem kiedy, jak i dlaczego słomka wyparta została przez rurkę?! Pamiętam czasy kiedy w niedzielne przedpołudnia chodziłam z Mamą do kawiarni i niecierpliwie czekałam na szklankę oranżady wypijanej przez słomkę. Oprócz łaskoczących nos bąbelków najfajniejszym momentem było wyszukiwanie w słomce kolanka - zgrubienia, które namiętnie łamałam. Słomka bez kolanka nie była już taka wartościowa:) Ale i tak lepsza od rurki (oczywiście, nie licząc tych z kremem:) 


Uważam, że picie przez słomkę jest fajniejsze od zwykłego popijania ze szklanki, a sam napój staje się przez to bardziej atrakcyjny, a kto wie może i smaczniejszy? Nie może, na pewno! Poza tym tylko słomka może wywołać burzę w szklance wody - a to nie lada przyjemność! Robiliście tak? Wdmuchiwali przez słomkę powietrze, które budzi ze snu bańki, a te zaczynają bulgotać? Może to niezbyt eleganckie, ale drobne przyjemności mogą się przecież wymykać zasadom. Tym bardziej, że jedyną zasadą jaka może rządzić przyjemnością jest właśnie sprawianie przyjemności! 


A miniony weekend był wspaniałą okazją do wielu przyjemności. Począwszy od spotkań przy stole, który ponownie rozłożył skrzydła, by przyjąć więcej niż zwykle gości, po bliższe i dalsze spacery, słodkie i niczym nie zmącone lenistwo oraz liczenie gwiazd na wreszcie bezchmurnym niebie. Cudownie było zapomnieć o zegarze, zamienić obiad na śniadanie i zjeść go jeszcze w piżamie,  pochłonąć  bardzo nierozsądną, ale jakże wskazaną w ten upał ilość lodów, a potem smażyć kiełbaski na ognisku. Jeszcze wspanialej było pożegnać upalną niedzielę popołudniową kawą na tarasie. Schłodzoną, z lodami, z syropem waniliowym, i bitą śmietaną. I oczywiście ze słomką! (szkoda, że nie oryginalną z kolankiem - czy ktoś z Was wie czy można je jeszcze gdzieś zdobyć? Jeśli tak stawiam kawę mrożoną, smak syropu do wyboru:) 


 Przepis nie jest ani odkrywczy ani trudny. Nie jest też żadną nowością. Ale to klasyczne połączenie kilku składników (pysznych samych w sobie) sprawia, że za jednym pociągnięciem słomki można trafić do nieba, tego siódmego. Wciągane po kolei warstwy w pewnym momencie cudownie się łączą, przynosząc orzeźwienie i zamieniając kawę w najlepszy deser. 
A że wypiliśmy kawę u siebie, nie mogłam sobie darować użycia słomki do jeszcze jednej przyjemności - wyssania ze szklanki osiadłej na dnie śmietanki, ta z dołu jest zawsze najlepsza! Ale o tym cicho sza! Bo to doprawdy nieeleganckie ;)  


KAWA MROŻONA Z SYROPEM WANILIOWYM
SKŁADNIKI
(na 2 kawy mrożone)

2 duże filiżanki schłodzonej wcześniej kawy
syrop waniliowy (ilość do smaku - ja dałam 3 łyżki na 1 kawę)
2-4 gałki lodów waniliowych
bita śmietana (użyłam 30%) 


Wcześniej zaparzoną kawę schłodzić w lodówce. Do szklanki wlać syrop waniliowy (lub inny - smak do wyboru). Następnie dolać kawę - wlewać ostrożnie po ściance szklanki, dzięki czemu uda się zachować oddzielne warstwy syropu i kawy.
Dodać 1-2 gałki lodów waniliowych. 


Na wierzch ułożyć bitą śmietaną. Można posypać kakao. 
Nie zapomnieć o słomce! Najlepiej smakuje w upalne popołudnie:) 

niedziela, 6 czerwca 2010

Kiedy 14 to za mało. Krótka historia pewnych bułeczek.

Czekaliśmy na nie prawie 3 godziny. Miało być 12, było 14. Zniknęły po niecałej godzinie. Garść okruchów i cudowny aromat  to jedyne co po nich zostało. Ale powrócą . Nie da się bez nich długo wytrzymać. Będą często i musi ich być więcej - liczba 14 zdecydowanie nas nie zadowala. 


Bułeczki z masłem czosnkowo-pietruszkowym - mięciutkie, rumiane od masła,  z delikatnie chrupiącą skórką, przepełnione aromatem czosnku i pietruszki. Domowe. Jeszcze ciepłe trafiają na stół, który znów nas przyciąga do siebie. 

Już z piekarnika zarzuciły na nas sieć - zapach jaki unosi się podczas ich pieczenia nie pozwala myśleć o niczym innym, jak tylko o schrupaniu jeszcze ciepłej bułeczki. I następnej. I jeszcze jednej. Pyszne same, bez dodatków. Cudowne z masłem. Niepowtarzalne z czerwonym pesto. Idealne jako zagryzka do wiosennej sałaty z klasycznym vinegretem. Świetne solo, wspaniałe w duecie. 

Spróbujcie - jestem przekonana, że i dla Was liczba 14 okaże się za mała:)

Przepis cytuję za Dorotą z blogu Moje Wypieki.   


SKŁADNIKI
(na 14 bułeczek) *

400 g mąki pszennej chlebowej 
20 g drobnego cukru 
pół łyżeczki soli 
1 łyżeczka drożdży suchych (4 g) lub 8 g drożdży świeżych (użyłam świeżych)
260 g mleka 
30 g masła, roztopionego

Na posmarowanie:
1 jajko roztrzepane z 1 łyżką mleka


Wszystkie składniki na ciasto umieścić w mikserze i zmiksować, można również wyrobić ręcznie (z drożdży świeżych najpierw zrobić rozczyn). Ciasto powinno być gładkie i bardzo dobrze wyrobione. Umieścić w misce, przykryć lnianym ręczniczkiem i pozostawić do podwojenia objętości (1,5 h lub dłużej, w zależności od temperatury otoczenia).
Po tym czasie ciasto podzielić na 12 równych części. Uformować z nich kulki, następnie każdą spłaszczyć i ulepić w podłużną bułeczkę (tak, jak lepicie pierożki), układając złączeniem do blachy. Przykryć, pozostawić na 30 minut do ponownego wyrośnięcia w ciepłym miejscu.


W tym czasie przygotować nadzienie: 

SKŁADNIKI
60 g miękkiego masła 
4 ząbki czosnku drobniutko posiekane 
2 łyżeczki suszonej pietruszki (użyłam świeżej)

Wszystkie składniki rozetrzeć lub zmiksować. Włożyć do rękawa cukierniczego lub woreczka, w którym odetniecie róg.
Wyrośnięte bułeczki posmarować jajkiem. Ostrym nożem naciąć do połowy, wycisnąć  w to miejsce nadzienie.
Piec w temperaturze 180ºC przez około 15 minut. Podawać ciepłe.


Metoda dla maszynistów:
Wszystkie składniki na bułeczki umieścić w maszynie wg kolejności: płynne, sypkie, na końcu drożdże. Nastawić program do wyrabiania i wyrastania ciasta 'dough'. Po zakończeniu ciasto wyjąć, krótko wyrobić i dalej postępować wg powyższego przepisu.
Smacznego :)

* oryginalny przepis sugeruje wykonanie 12 bułeczek, ja zrobiłam 14 - chciałam, żeby były mniejsze. Myślę, że następnym razem podzielę ciasto na jeszcze więcej części - malutkie bułeczki będą idealnym dodatkiem do sałaty. 


sobota, 5 czerwca 2010

Magnes na czterech nogach.

Nasz jest czarny. Prosty. Masywny. Na co dzień  gotów przyjąć 6 osób. Lubię, gdy go rozsuwamy, gdy dostawiamy krzesła, bo gotów jest na przyjęcie nawet 20 gości. 










Stół przyciąga nas nieustannie. 

Na poranną kawę.
Na śniadanie.
Na ważne rozmowy. I zwykłe pogaduszki. 
Na kolejną partię ulubionych gier.
Na wspólny posiłek. 
Na samotne chwile zadumy.
Na widok za oknem.
Na ptasi koncert - ten ranny, popołudniowy i wieczorny.


To tu smakujemy nowe potrawy i wracamy do ulubionych smaków. 
To przy nim zbieramy się podczas najpiękniejszych chwil wigilijnego wieczoru i rodzinnych spotkań.
To na nami nasz Syn kładzie pudełko kredek, by narysować swój świat.
To przy nim słuchamy z podziwem Jego pierwszych samodzielnie składanych i czytanych słów - zostaną w sercu na zawsze.
To na nim kładę wazon z bukietem świeżych bzów, polnych stokrotek i urodzinowych róż. 
To na nim W. postawił dziś dla mnie Kota :)


Stół. Jest jak magnes. Jego siła jest dla nas podporą. Jest ważny. Jest magiczny. Wspólny stół. 

A jaki jest Wasz? Jaki jest Wasz magnes? Stół?  Miejsce magiczne?

środa, 2 czerwca 2010

O nieudanym początku. Z bardzo smacznym finałem.

Pierwsza przyleciała do nas ze Stanów Zjednoczonych. Sproszkowana, zamknięta w gigantycznych rozmiarów puszce wzbudziła konsternację. Po zmieszaniu z wodą dziwna z wyglądu papka pokryta została równie zaskakującym sosem - pierwotnie także sproszkowanym. Po pół godzinie oczekiwania i niecierpliwego kręcenie się po kuchni wyjęliśmy z piekarnika coś co wbrew oczekiwaniom nie wzbudziło naszego zachwytu, a tym bardziej apetytu. Pizza, tak zachwalana przez amerykańską ciocię, wyglądała i pachniała  co najmniej dziwnie , jak  .... (nie powiem jak). Nawet nie wiem jak smakowała,  razem z młodszą kuzynką głodne i zawiedzione wyszłyśmy z kuchni z kromkami domowego chleba z masłem - były najpyszniejsze na świecie. 


Okrągły placek powrócił po kilku latach podczas nadmorskich wakacji z Rodzicami. Mała pizzeria kusiła nie tylko rzadko spotykaną jeszcze wówczas nazwą, ale przede wszystkim cudownym zapachem drożdżowego ciasta i dodatków (trzech:). Za jedyne 5 zł mogliśmy zamówić pizzę z pieczarkami lub z szynką. Zamawiałam na przemian.  Grube, wyrośnięte ciasto  wielkości deserowego talerzyka, z niewielką ilością szynki (lub pieczarek), serem i, jak nam się wówczas wydawało obowiązkowym keczupem , odbudowało nie najlepszą reputację pizzy. 
Później było już coraz lepiej. Pizzerie zaczęły wtapiać się w gastronomiczną mapę Polski, a i nasze zagraniczne wyjazdy przynosiły coraz to smaczniejsze doświadczenia.  Jakież było nasze zdziwienie, gdy dotarło do nas, że tradycyjna pizza to jednak nie gruby mały placek z keczupem, a pyszne chrupiące ciasto z aromatycznym sosem i dodatkami, i bez keczupu! 


Dla mnie jednak od planowanych lub spontanicznych wypadów do pizzerii, najmilsze były chwile, gdy domową pizzę piekła dla mnie Mama.  Kwadratową, na blasze. Na weekendowy powrót ze studiów, na poprawę humoru, na wspólne popołudnie. Na Dzień Dziecka. Uwielbiałam te chwile. Jedne z wielu cudownych wspomnień dzieciństwa. 
Wiem, że teraz uwielbia je mój Syn. Każde otwarcie Domowej Pizzerii wzbudza wielką radość, wśród Dużych i Małych mieszkańców. Podział ról jest ustalony i niezachwiany. Ja odpowiadam za ciasto i przygotowanie dodatków, M. nakłada sos i dodatki, W. nakrywa do stołu, Wszyscy się zajadamy. Domowa jest najlepsza. 
Oczywiście tajemnica udanej pizzy, oprócz atmosfery jej przygotowania, tkwi w odpowiednim cieście i dodatkach. Po wypróbowaniu wielu przepisów, zgodnie stwierdzamy, że najbardziej smakuje nam teraz spód z przepisu Asi z Kwestii Smaku. I taki cytuję poniżej. Cienki, z wierzchu chrupiący, z cieniutką warstwą mięciutkiego i sprężystego miąższu. Ideał. Dodatki zmieniają się w zależności od pory roku i naszych zachcianek. Tym razem pizza była taka: 


SKŁADNIKI:
Ciasto
(na 3 średnie pizze) 
15 g świeżych drożdży lub 7 g suchych  
150 ml ciepłej wody  
1/2 łyżeczki cukru  
250 g mąki pszennej  
1 pełna łyżeczka soli  
1 łyżka oliwy z oliwek


Sos pomidorowy i dodatki
1 puszka pomidorów w sosie pomidorowym 
 2 łyżki oliwy z oliwek 
sól, pieprz, 
1 łyżeczka cukru
2 ząbki czosnku  
40 g tartego sera mozzarella  
1/2 pęczka świeżej bazylii
opakowanie rukoli
2 świeże pomidory
kilka plastrów szynki parmeńskiej 
czarne oliwki 
tarty parmezan


Drożdże wymieszać w kubku z 60 ml ciepłej wody, cukrem i 1 łyżką mąki. Odstawić na 15 - 20 minut w ciepłe miejsce do wyrośnięcia. Mąkę przesiać do miski, dodać sól, rozczyn drożdży, oliwę oraz resztę ciepłej wody. Wyrabiać ciasto przez 10 - 15 minut. Przykryć ściereczką i odstawić do wyrośnięcia na około 1 i 1/2 godziny ( u mnie wyrastało niecałą godzinę).  
Rozdrobnione pomidory połączyć z oliwą, solą, pieprzem, cukrem oraz dwoma zgniecionymi ząbkami czosnku (Asia z Kwestii Smaku gotuje sos, ja tego nie robię) . Wyrośnięte ciasto podzielić na 3 równe części, obsypać mąką, rozwałkować na placki. Ułożyć je na posmarowanej oliwą blasze, odstawić na 1/2 godziny do podrośnięcia w ciepłe miejsce (pominęłam ten etap bez szkody dla pizzy). Placki  posmarować sosem pomidorowym i nałożyć dodatki - rukolę dodaję dopiero po upieczeniu pizzy, wówczas też posypuję gotowe pizze parmezanem, i na koniec skrapiam oliwą.  
Piec w temperaturze ok. 250 stopni  przez 10 - 15 minut, aż boki pizzy się zarumienią, a spód będzie upieczony i chrupiący.Smacznego! 

sobota, 29 maja 2010

Stworzony by sprawiać przyjemność


Jego historia sięga 1948 roku, kiedy "świat (...) był pełen nowych perspektyw, (...) a ogólna atmosfera sprzyjała świętowaniu i na nowo odkrywanym małym przyjemnościom. 
Właśnie wtedy barman z Harry's Bar w Wenecji stworzył tego klasyka wśród drinków - koktajl Bellini
Stałymi bywalcami weneckiego Harry's Bar byli między innymi: Ernest Hemingway, Sinclair Lewis czy Orson Welles. To oni byli pierwszymi degustatorami i wielbicielami tego pysznego koktajlu. Bellini niewątpliwie potrafi sprawić radość naszym kubkom smakowym i przy okazji wprawić w szampański nastrój. Do perfekcji opanował sztukę sprawiania przyjemności. 
Został ochrzczony nazwiskiem malarza - Giovanni'ego Bellini.
Bellini składa się z soku z białych brzoskwiń i białego, wytrawnego wina Prosecco. (...) Zgodnie z tradycją pije się go w klasycznym kieliszku do martini. " *


W tym opisie jest właściwie wszystko co chcę Wam dziś powiedzieć. Atmosfera sprzyjała dzisiaj świętowaniu. Od rana miałam ochotę na małe przyjemności. Chciałam sprawić radość podniebieniu. Wszyscy byliśmy w szampańskim nastroju. 

Książkami E. Hemingway'a zaczytywałam się w okresie studiów. Zawsze intrygował mnie wspominany przez niego często koktajl Bellini. Jak na skromną studentkę przystało, wówczas jego smak mogłam sobie jedynie wyobrażać. I robiłam to nader często.
Pierwsza degustacja była jak olśnienie! Może to kwestia cudownego koloru, może niepowtarzalny aromat brzoskwiń, a może beztroskie uniesienie bąbelkami szampana, ale Bellini naprawdę napawa optymizmem, radością, latem. Jest mistrzem w sprawianiu przyjemności. W końcu został do tego stworzony. 


Nie wiem co barman z Harry's Bar powiedziałby na sorbet Bellini, ale mnie ten pomysł niezwykle się spodobał. Sorbety uwielbiam, Bellini - już wiecie, że tak, a połączenie tych dwóch w jedno to kolejna rzecz stworzona by sprawiać przyjemność.**


SKŁADNIKI
2 puszki brzoskwiń
250 ml syropu  z brzoskwiń 
180 ml Prosecco lub innego dobrej jakości musującego wina wytrawnego (białego)
1/3 szklanki cukru
2 łyżeczki soku z cytryny


Brzoskwinie osączyć z zalewy, przełożyć do wysokiego naczynia i dokładnie zmiksować blenderem. Dodać 250 ml syropu z brzoskwiń (zalewy z puszki), cukier i sok z cytryny. Ponownie zmiksować. Wlać wino i dokładnie wymieszać. Masę przelać do maszynki do lodów i dalej postępować zgodnie z instrukcją producenta.


* tekst Anna Łyczko Borghi "Drinki wszechczasów - Bellini"

** inspiracją do wykonania sorobetu był przepis z książki Desery - Wielka Księga Kucharska, wyd. Konemann

*** Sorbet Bellini to moja druga propozycja w Lodowej Akcji 

Drukuj przepis

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails