czwartek, 9 września 2010

Jesień na talerzu. Z marchewki.




Już tęsknię za jesienią.
Jeszcze tydzień temu myślałam zupełnie inaczej. Ale teraz mam na nią wielką ochotę.
I czekam na jesień.


Dlaczego?
Jesień ubiera się w piękne, ciepłe kolory. Moje ulubione.
Cudownie szeleści i pachnie ogniskiem.
Zakłada czerwone korale z jarzębiny i zaprasza na szarlotkę.
Pachnie powidłami, rozgrzewa ciepłą zupą, uwodzi koszykiem leśnych grzybów. 


Szukam miękkiego koca i ciepłego swetra.
Doglądam nalewki. 
Układam drewno do kominka.
Jestem gotowa na spotkanie. 
A jesień?


A jesień jeszcze nie... 
Koniec lata płacze deszczem ponurym. 
A ja mam ochotę na ciepłe kolory! Jeśli nie za oknem, to na talerzu. 
Wybieram pomarańczowy. Jest soczysty i pełen energii.
Sięgam po marchewkę, z którą przyjaźnię się coraz bardziej (o naszych początkach pisałam tu - klik).
I jak to w przyjaźni bywa, nie zawodzi mnie.
Zgadza się na pomysł, by zrobić z niej kluski. 


Marchewkowe gnocchi z dodatkiem cytryny, kuminu i tandoori masala mają nie tylko piękny kolor, ale dzięki orientalnej nucie smakują naprawdę wybornie. Podałam je z masłem czosnkowym z dodatkiem świeżej kolendry. 

Jesień na talerzu niezwykle nam smakowała. Was też gorąco namawiam do takiego jesiennego spotkania z marchewką! Będzie bardzo smacznie:)


MARCHEWKOWE GNOCCHI
/na 2-3 porcje/ 

370 g marchewki (u mnie 4 średnie marchewki)
1 żółtko
1 cebula
1-2 łyżeczki cukru
sól, pieprz do smaku
mąka - ok. 8 łyżek
1-2 łyżki soku z cytryny
łyżeczka kuminu
1/2 łyżeczki kminku
1/2 łyżeczki tandoori masala
1 ząbek czosnku
garść świeżej kolendry
oliwa
masło


Marchewkę obrać i ugotować w osolonej wodzie z 1 łyżeczką cukru i kminkiem. Odcedzić. 
Na patelni podgrzać oliwę, wrzucić pokrojoną drobno cebulę i dodać ugotowaną marchewkę. Doprawić kuminem, tandoori masala, sokiem z cytryny, pieprzem  i pozostałym cukrem. Trzymać na średnim ogniu przez ok. 5 minut, aby smaki się dobrze połączyły. Następnie przełożyć do miksera lub blendera i dokładnie zmiksować na gładkie puree. Lekko przestudzić. 


Do przestudzonej masy dodać żółtko i stopniowo dosypywać mąkę - ilość zależy od rodzaju mąki i tego jak bardzo soczysta była marchewka. Ja użyłam 8 kopiastych łyżek mąki. Wyrobić na gładką masę, jeśli konieczne doprawić do smaku i formować kluski. 


Możecie przygotować wałeczki z masy i kroić jak na kopytka. Ja poszłam na łatwiznę i nabierałam łyżeczką małe porcje, które od razu wrzucałam do wrzątku.
Gotować ok. 3 minut, do momentu aż wypłyną na wierzch. 
Odcedzić. Polać oliwą lub masłem czosnkowym, posypać posiekaną kolendrą i skropić cytryną. Smacznego!


poniedziałek, 6 września 2010

Pani pozna pana. Jesienne smaków otulenie.


Pani pozna pana!
Dojrzała, dorodna, o kształtach rubensowskich pozna pana - dojrzałego, po przejściach, o silnym i zdecydowanym charakterze, preferowany obcokrajowiec. 

Ona - z gładką skórką i soczystym miąższem.


On - ostry, gruboskórny, ale przy niej zdecydowanie topnieje.


Pierwsze spotkanie. 
Początkowa nieśmiałość przeradza się w zauroczenie. Przekonanie, że to nie będzie jeden z wielu przelotnych romansów, ale trwały i wspaniały związek. 
To para idealna. Taką już pozostanie na zawsze. 
Cudownie uzupełnia się jej delikatność z jego stanowczością, jej zapach z jego smakiem, jej soczystość z jego bogatym wnętrzem.
Chcą nacieszyć się sobą. 
Połączyć i przeniknąć.
W skrytości. 
Przytuleni.
Otuleni.
Ich słodko-wytrawna tajemnica skryta między arkuszami cienkimi jak pergamin. 


GRUSZKA Z SEREM ROQUEFORT W CIEŚCIE FILO
 /na 9 porcji/ 


1 opakowanie ciasta filo - używam 1 całego opakowania o wadze 150g
2 gruszki
kawałek sera roquefort - ok. 150 g
stopione masło


W garnuszku stopić masło. Arkusz ciasta filo rozłożyć na blacie kuchennym i posmarować stopionym masłem, ułożyć na nim kolejny arkusz. Dalej postępować tak samo aż do ułożenia warstwy składającej się z 4 arkuszy ciasta. 


Pokroić na kwadraty o wymiarach ok. 19-20 cm. Wyłożyć nimi formę na mufinki. Brzegi będą odstawać, ale to konieczne, by później je zwinąć po nadzianiu wgłębień. 


Gruszki obrać ze skórki i pokroić na małe kawałki. Należy użyć dojrzałych i soczystych odmian gruszki.
Ser pokruszyć lub pokroić. Gruszką i serem nadziewać wgłębienia z ciasta. Odstające brzegi ciasta filo zwinąć razem, tak by otuliły nadzienie. 


Lekko posmarować z wierzchu masłem i wstawić do piekarnika nagrzanego do 190 stopni. Piec ok. 20 minut, do momentu, aż sakiewki się ładnie zrumienią. Smacznego. 


piątek, 3 września 2010

Prosta droga do szczęścia. Z płatkami brzoskwiń.




Musiałam wspiąć się na wysoką górę.
Bez przygotowania.
Bez przewodnika.
Bez zastanowienia.
Musiałam ją pokonać. Wyrosła przede mną na drodze, a na mojej mapie nie było innej ścieżki.
Zebrałam siły i wspięłam się na szczyt. 
Pokonałam górę.
Kolejną.
Oby jedną z ostatnich.
Oby dalej mapa życia wyznaczała łagodniejsze i bardziej malownicze trasy.


Schodząc poczułam wszechobecny ciężar wspinaczki. 
Pewnie przed Wami też wyrastają nagle takie góry, które trzeba pokonać, by iść dalej.
Co robicie po zejściu?
Jak odpoczywacie? Co Was uspokaja i wycisza?
Co stawia na nogi, by potem ruszyć w dalszą drogę i pokonywać kolejne góry?
Ja ogrzewam się ciepłem domu, otulam najsłodszym zapachem mojego Synka i zapadam w łagodnym głosie W. 
Szukam wytchnienia w najprostszych i powtarzanych niczym mantra czynnościach. To one porządkują wszystko i przywracają uśmiech.


I muszę jeszcze poczuć zapach ciasta. Domowego.
Rozgrzać się ciepłą falą powietrza uwalnianą po otwarciu drzwi piekarnika. 
Nawdychać docierającym we wszystkie kąty słodkim aromatem. 
Napatrzeć na małe i duże ręce sięgające po kolejny kawałek. 
I zjeść pierwszą porcję jeszcze na ciepło, by ogrzała zmysły. 


Ostatnia góra była wyjątkowo wysoka. Musiałam więc sięgnąć po najłatwiejszy przepis, by droga do szczęścia była jak najkrótsza. By wystarczyło wyciąć kółka, pokroić brzoskwinie, posypać cukrem i upiec. I zjeść jeszcze na ciepło, koniecznie z lodami. 
Te brzoskwiniowe tarty to najłatwiejsza droga na skróty, by nacieszyć się końcówką lata, cudownie ciepłym kolorem brzoskwiń, chrupiącym spodem z ciasta, a przede wszystkim by jak najszybciej zapomnieć o tej pokonanej górze. Niech zostanie daleko w tyle. 


BRZOSKWINIOWE MINI-TARTY NA CIEŚCIE FRANCUSKIM

/6 sztuk/
1 opakowanie gotowe ciasta francuskiego
3-4 brzoskwinie (użyłam świeżych, można też użyć z puszki)
cukier puder do posypania
kilka malin (opcjonalnie)
ulubione lody (ja użyłam domowych karmelowych)


Piekarnik nagrzać do temperatury 190 stopni. Z ciasta francuskiego wyciąć okrągłe spodu o średnicy 13 cm. Podpiec je w piekarniku (używam funkcji Zarumienianie) przez 3-5 minut. 
Jeśli używacie świeżych brzoskwiń, należy sparzyć je wrzątkiem i obrać ze skórki. Następnie pokroić na cienkie plasterki i układać na podpieczonych spodach. Posypać cukrem pudrem - w trakcie pieczenia lekko się skarmelizuje. 


Wstawić do piekarnika i piec przez ok. 10-15 minut, aż spody ładnie się zrumienia, a brzoskwinie lekko podpieką. 
Po wyjęciu z piekarnika ponownie posypać cukrem pudrem. Można ozdobić malinami. Na jeszcze ciepłe tart nakładać gałkę ulubionych lodów. Jeść na ciepło. Smacznego!

środa, 1 września 2010

TU I TAM po raz trzeci - Wyspy, na pożegnanie wakacji.

To trzecie nasze spotkanie w TU i TAM. Nasz wspólny pomysł na gotowanie, tworzenie i smakowanie w obu kuchniach jednocześnie - u Amber w Kuchennymi Drzwiami i u mnie, Anny-Marii w Kucharni.
Jesteśmy daleko od siebie i nie możemy spotykać się w jednej kuchni. Może kiedyś...
Dlatego spotykamy się w  TU i TAM.
Kolejne nasze gotowanie zaplanowałam ja. Temat zadany to deser - Pływające Wyspy.
Jak zwykle nie ustalamy przepisu, składników, sposobu wykonania. Zostawiamy to własnej wyobraźni i inwencji. Po prostu bawimy się razem na ten sam kulinarny temat.
Jest niezwykle ekscytująco!



Zapraszamy Was w podróż po pływających wyspach!


Miałam 11 lat, gdy pierwszy raz odwiedziłam Budapeszt. W tamtych czasach wciąż szarej i ponurej Polski taki wyjazd był dla mnie ogromnym przeżyciem. Już sama przeprawa przez pilnie strzeżone granice, godziny wyczekiwania na stresujące odprawy paszportowe, podejrzliwy wzrok nieprzychylnych celników i moja obsesyjna wręcz obawa, że z moim paszportem coś nie tak (nie wiem czemu, ale zawsze byłam przekonana, że zostanę zatrzymana na granicy!) były sporą dawką emocji. Niestety, niezbyt pozytywnych. Na szczęście spotkanie z pięknym, tętniącym życiem Budapesztem, tak innym od świata, jaki znałam i oglądałam na co dzień, rekompensowało wszystkie stresy wielogodzinnej podróży.
Zaraz po przyjeździe zostaliśmy zaproszeni przez naszych węgierskich przyjaciół do ich mieszkania. Pamiętam piękną, trzypiętrową kamienicę, spiralną klatkę schodową i cudowny chłód, jaki powitał nas, gdy przekroczyliśmy próg zacienionej kuchni. Urocza gospodyni wniosła na stół piękną szklaną wazę wypełnioną mlecznym płynem, na powierzchni którego unosiły się puszyste obłoczki. Zaniemówiliśmy.


Nie dlatego, że nie znaliśmy węgierskiego (całkiem dobrze radziliśmy sobie po rosyjsku), ale dlatego, że nikt z nas nigdy wcześniej nie widział, nie jadł, ani nie słyszał o schłodzonej waniliowej zupie z puszystymi kleksami z ubitych białek. Ten deser był olśnieniem. Był cudownym, rześkim i ogromnie radosnym odkryciem, że świat ma nam do zaoferowania tyle innych, nieznanych smaków i połączeń, a desery nie ograniczają się jedynie do wydzielanych porcji wyrobów czekoladopodobnych, jakie wówczas opanowały Polskę.
Widok tej wazy, słodki smak wanilii, puszystość białych obłoków piany i wszystkie emocje, jakie towarzyszyły nam podczas tego upalnego, lipcowego dnia mam w sercu do dziś.


Od tamtej pory byłam na Węgrzech wielokrotnie, smakowałam wiele niezwykłych dań, w tym panierowane plastry gigantycznej...purchawki, wielkie i cienkie jak sznycle wiedeńskie. Poznałam wielu wspaniałych ludzi i odwiedziłam sporo pięknych miejsc, ale gdy zamknę oczy i wypowiem słowo "Węgry" zawsze i niezmiennie pierwszym i najsilniejszym wspomnieniem są właśnie pływające wyspy


Bardzo chciałam po latach powrócić do tego niezwykłego smaku, ale im więcej o tym myślałam, tym więcej rodziło się obaw, że nie dam rady. I nie dlatego, że nie poradzę sobie z przepisem, bo przecież lubię wyzwania, ale dlatego, że zabraknie mi najważniejszych składników - upalnego lipcowego popołudnia, chłodu pięknej kamienicy, wspólnych wakacji tylko z Rodzicami, cudownego uśmiechu gospodyni i pełnych gestykulacji i śmiechu rozmów, jakie zawsze toczyliśmy z gospodarzami.
Tamte wyspy pozostaną wspomnieniem. Ja zrobię inne. Może posmakują moim gościom  tak jak mnie, wtedy przed laty... To będzie moje pożegnanie z wakacjami. 


Cytrynowy śnieg na bazyliowym sosie to moja wersja pływających wysp. Dość odległa od oryginału. Przepis znalazłam na tej stronie (klik) i od razu wiedziałam, że muszę go zrobić. Przepis nie jest trudny, choć samo wykonanie czasochłonne, ale wyłącznie dlatego, że składa się z kilku etapów, kiedy masa się chłodzi lub tężeje. Najlepiej przygotować go dzień przed podaniem, wówczas zarówno cytrynowy śnieg, jak i sos, będą wystarczająco schłodzone.


Dla mnie to idealny, lekki deser - bardzo lubię cytrusowe smaki, a tu ich nie brakuje. Dodatkowo bardzo zaintrygował mnie sos bazyliowy - jest wyjątkowy. Smak bazylii ostatecznie pozostaje echem, ale jest delikatnie wyczuwalny i w połączeniu z cytrynowym smakiem chmurek stanowi idealne dopełnienie. Z pewnością przygotuję go jeszcze nie raz.


CYTRYNOWY ŚNIEG Z SOSEM BAZYLIOWYM
/na 8-10 porcji/

Na cytrynowy śnieg
7 g żelatyny
1/4 szklanki zimnej wody
1 szklanka wrzątku
3/4 szklanki cukru
1 łyżka skórki cytrnowej
1/3 szklanki soku z cytryny
3 białka


Żelatyną zalać zimną wodą i odstawić na 5 minut, by napęczniała. Następnie zalać wrzątkiem, dodać skórkę i sok z cytryny oraz cukier i mieszać dokładnie do momentu, aż cukier się roztopi. Odstawić do wystudzenia, najlepiej wstawić do lodówki na ok. 1 godzinę, od czasu do czasu mieszając. Masa powinna się lekko ściąć i konsystencją przypominać surowe białko. 
W tym czasie ubić na sztywno pianę z białek.
Po wyjęciu z lodówki przełożyć cytrynową masą do miksera i ubijać na średnich obrotach do uzyskania białej, mocno spienionej konsystencji. Dodać ubitą wcześniej pianę i miksować dalej na wysokich obrotach przez ok. 5 minut - masa powinna potroić swoją objętość i być bardzo sztywna. Przełożyć do lodówki na minimum 3 godziny, aby stężała - uzyska konsystencję musu.

Na bazyliowy sos
2 szklanki pełnotłustego mleka
1/3 szklanki cukru
1 filiżanka świeżych liści bazylii
3 żółtka


Mleko zagotować z cukrem i szczyptą soli (trzeba mieszać by cukier się rozpuścił, a mleko nie przypaliło). Zdjąć z ognia i wmieszać liście bazylii. Odstawić na minimum 30 minut, aby mleko nasiąknęło aromatem bazylii. Następnie odcedzić. 
Żółtka delikatnie ubić i zalać połową  mleka, zamieszać i wlać do pozostałej połowy mleka. Wstawić na średni ogień, cały czas mieszając - trzeba uważać, by żółtka się nie ścięły! Gotować do uzyskania lekko gęstego sosu - jest gotowy, kiedy oblepia spód drewnianej łyżki. Schłodzić w lodówce.
 Schłodzony sos przelać do misek lub pucharków, nakładać na niego porcje cytrynowego śniegu  i ozdobić karmelem (cukier rozpuścić w rondelku z niewielką ilością wody i gotować do uzyskania ciemnego, gęstego karmelu - nie mieszać, inaczej zrobią się grudki; polać jeszcze ciepłym karmelem). Karmel cudownie chrupie i stanowi wspaniały kontrast dla lekkiej, piankowej struktury deseru. Smacznego!

* przepis pochodzi z tej strony (klik). 

wtorek, 31 sierpnia 2010

Blog Day! Dziś dzień blogów!

O Naszym dniu, poinformowała mnie Agnieszka z Piegowatych Myśli:) Idea bardzo mi się spodobała, więc szybciutko spieszę, aby zdążyć uczcić Dzień Blogów jak należy:) i cytuję zasady za Agnieszką:

“Przez jeden dzień - 31 sierpnia - blogerzy z całego świata publikują notkę polecającą 5 innych blogów, najlepiej gdy są to blogi o innej tematyce, z innej kultury. Tego dnia czytelnicy bloga, będą krążyć po sieci i odkrywać nowe, nieznane blogi ciesząc się z odkrycia nowych ciekawych blogów i blogerów” (cytat ze strony BlogDay).


Oficjalne zasady wyglądają następująco:
Znajdź 5 blogów, które Tobie wydają się interesujące.
Powiadom 5 innych blogerów, że zapraszasz ich do zabawy w BlogDay 2010.
Napisz krótki opis polecanych blogów i zamieść link do nich.
Opublikuj wpis w BlogDay (31 sierpnia).
I użyj tagów BlogDay - link: http://technorati.com/tag/blogday2010 oraz linku do oficjalnej strony BlogDay:http://www.blogday.org

Wybrane przeze mnie blogi to: 

A point of view  zachwycające zdjęcia pełne niezwykłych emocji, zatrzymują chwile najbardziej ulotne i bezcenne;

Kuchnia pełna Tymianka wspaniała wrażliwość i zawsze wydaje mi się, że świat tam zatrzymał się w miejscu, w najpiękniejszym momencie 

Emma w podróży niezwykłe zdjęcia i wspaniałe relacje z odległych Chin, dzięki Emmie inaczej patrzę na ten kraj 

Moje zielone wzgórze podziwiam niezwykłe zdolności i talent gospodyni tego bloga, Ani  z zielonego wzgórza:)

Różne moje rzeczy odkryłam całkiem niedawno, mimo iż kulinarne poczynania LiDki podziwiam od dawna na jej innym blogu, tu zobaczycie na jakie cuda ją jeszcze stać! 

Do wzięcia udziału w BlogDay zapraszam następujące osoby: 

piątek, 27 sierpnia 2010

Jedna z dziesięciu. Ricotta.

Lubicie poniedziałki? Ja nie!
Lubicie niespodzianki? Ja tak!!!
A jeśli poniedziałek zaczyna się od niespodzianki, a nawet dwóch?! Może polubię i poniedziałki?!
W każdym razie miniony poniedziałek naprawdę miło rozpoczął ten tydzień. Z wielką radością i chyba jeszcze większym zaskoczeniem odebrałam zaproszenie Emmy, a kilka godzin później Nicole, do wzięcia udziału w kolejnej blogowej zabawie "LUBIĘ...". Zgodnie z zasadami powinnam wskazać 10 rzeczy, które lubię, podać krótkie uzasadnienie oraz wytypować 10 kolejnych blogów, by posłać zabawę dalej. 


I na tym radość z niespodzianki się kończy! 
Po pierwsze, jak wybrać 10, tylko 10, zaledwie 10 spośród niekończącej się liczby lubianych przeze mnie rzeczy?!
Po drugie mam dylemat czy nominacja od dwóch blogerek upoważnia mnie do podwojenia liczby? A może pójść na kompromis i wymienić 15?!
Nawet jeśli wybiorę wersję XXL i wbrew zasadom i podam 20, to i tak będzie to jedynie pyłek na wierzchu wielkiej góry usypanej ze słów "Lubię...".
Zamieniam więc głowę w mikroskop, ustawiam ostrość, kładę na szkiełku ten pyłek, skupiam uwagę i przyglądam mu się z bliska. I zaraz Wam powiem co widzę: 

1. Poranną kawę przygotowaną i podaną do łóżka przez W. Mocną, aromatyczną, pobudzającą. Kto mnie zna, wie, że bez tej kawy nie wstanę!

2. Deszcz, który budzi mnie w jesienne poranki. Jego koncert na parapecie zatrzymuje mnie w łóżku na dłużej. Jeszcze mocniej niż zwykle czuję wtedy ciepło i opiekę domu.

3. Ciepłe ciasto, a najlepiej lekko podpieczone brzegi. Nic bardziej nie smakuje ze szklanką zimnego mleka.

4. Letnie wieczory na tarasie, gdy otuleni ciepłym wiatrem stajemy się widownią gwiezdnego teatru i słuchamy jak W. opowiada kolejne historie o wszechświecie. Mam wrażenie, że jego wiedza na ten temat jest równie nieskończona jak kosmos, o którym nam tak cudownie opowiada.

5. Ciepłe, drożdżowe rogaliki z różą, koniecznie z cytrynowym lukrem, zjadane w sobotni poranek. Za oknem musi padać śnieg, a jeszcze lepiej jeśli jest śnieżyca! Z kominka bucha ciepło, a my jeszcze w piżamach, zapadnięci w miękkich fotelach zjadamy rogaliki jeden za drugim.

6. Nadmorski wiatr - ciepły, pełen tajemniczych szeptów, oczyszczający ze wszystkich smutków i trosk. 

7. Subtelny szelest piany z białek, gdy łączę ją z innymi składnikami. Część z Was już o tym wie, bo pisałam to nie jeden raz:), ale to jedna z moich kuchennych słabości.

8. Pisanie tego bloga. Kiedyś tylko podglądałam i podczytywałam inne, ale odkąd sama odważyłam się założyć swój blog, czuję jak bardzo jest mi potrzebny. Nie tylko porządkuje moje myśli i wspomnienia, ale stale mobilizuje do uczenia się nowych rzeczy i pozwala mi poznać wciąż tajemnicze, ale oraz bliższe i niezwykle ciekawe osoby, jakimi jesteście Wy, jego Czytelnicy. To ogromnie cenne doświadczenie. 

9. Przeglądanie książek kucharskich przed pójściem spać. Wędruję do łóżka zawsze z kilkoma i za każdym razem znajduję coś nowego i inspirującego. Zasypiam z myślami krzątającymi się po kuchni. 

10. Zakochanie się od pierwszego wejrzenia. Lubię ten bezdech, zachwyt i błysk w oku, gdy znajduję przepis i wiem, po prostu wiem, że muszę go zrobić; mam pewność, że będzie pyszny i od początku czuję, że muszę się z Wami nim podzielić. Dziś tą 10-tkę zamyka przepis na pieczoną ricottę


Znalazłam go podczas rytualnego wieczornego wertowania po książkach kucharskich. Tym razem wybrałam zapomniany od co najmniej roku tytuł "Przyjęcia domowe". Ale ja lubię takie "zaniedbanie". Każdy powrót do takiej książki jest jakbym miała ją w rękach po raz pierwszy. Odkrycie przepisu na pieczoną ricottę z pieczonymi pomidorami było jak strzał Amora! Zakochałam się od razu. A kiedy jeszcze przeczytałam, że przepis zakłada zmieszanie ubitej piany z ricottą to już wpadłam po uszy! I muszę Wam powiedzieć, że naprawdę świetnie ulokowałam swoje uczucia. Was też gorąco namawiam do tego zakochania:) 


Danie jest niezwykle proste, lekkie, świetnie smakuje na ciepło, jak i na zimno. Może być podane jako przekąska, lunch, część lekkiej kolacji. Idealne na zakończenie lata! 


PIECZONA RICOTTA Z POMIDORAMI 
/na 2 porcje/

500 g ricotty
2 białka
oliwa z oliwek
masło do wysmarowania formy
sól, pieprz
1-2 ząbki czosnku
świeże lub suszone zioła (oregano, bazylia, tymianek)
3-4 pomidory


Ricottę przełożyć do sitka, wstawić go do miski, nakryć i odstawić do lodówki na ok. 2 godziny, żeby odciekła. 
Piekarnik nagrzać do temperatury 180 stopni. Białka ze szczyptą soli ubić na sztywną pianę i delikatnie połączyć z ricottą. Dodać wyciśnięte ząbki czosnku, zioła, doprawić do smaku solą i pieprzem. 


Formę do zapiekania o wymiarach 20 x 28 cm wysmarować cienko masłem i przełożyć do niej masę z ricotty. Wierzch wyrównać i skropić oliwą. Wstawić do nagrzanego piekarnika i piec ok. 30 minut, do momentu, aż masa się zetnie i bardzo lekko zrumieni.


Pomidory umyć i przekroić na pół. Drugą formę do zapiekania wysmarować oliwą i włożyć do niej połówki pomidorów przecięciem do góry. Posypać z wierzchu solą i pieprzem oraz ziołami, skropić oliwą i także wstawić do piekarnika na ok. 25 minut. Ricotta i pomidory mogą się piec w tym samym czasie. 


Po upieczeniu ricottę pokroić na porcje i podawać razem z upieczonymi pomidorami. Świetnym dodatkiem jest też świeża bagietka maczana w cudownym sosie, jaki powstał podczas pieczenia pomidorów. Smacznego!


A teraz kolejne trudne zadanie - zaproszenie kolejnych 10 blogów do zabawy. Dziesięć to tak mało! Blogów, które lubię, ba uwielbiam, jest tak dużo... Zatem z mikroskopu zamieniam się w maszynę losującą, wszystkie kule wpadają już do bębna i rozpoczynamy losowanie:)
Zapraszam:
1. Szelkę z ChilliBite - uwielbiam jej wpisy, historie jakie opisuje, cudowny zapał do hurtowej produkcji konfitur:), wiedzę, humor, wszystko!
2. Lo z Pistachio- podziwiam jej konsekwencję, odwagę i cudowne zdolności, zwłaszcza, gdy mierzy się z tak trudnymi zadaniami jak  waniliowe tartaletki Pierre'a Herme. 
3. Agnieszkę z Piegowatych Myśli - zachwycam się jej pięknymi zdjęciami i chwilami, jakie na nich uwiecznia.
4. Annę z addio pomidory - uwielbiam jej poetycką wręcz subtelność, to jak pięknie wybiera słowa i jak pokazuje na zdjęciach swoje wspaniałe dania. 
5.  Amber z Kuchennymi Drzwiami - moja bratnia blogowa dusza i niestrudzona towarzyszka z TU I TAM. 
6. Zaytoon z Cynamon i oliwka - urzeka mnie jej wrażliwość i słowa w jakie ją ubiera. 
7. Ewelajnę z Kuchni pełnej smaków - piękna zdjęcia (borówkowe i malinowe moje ulubione), wspaniałe opisy i ten  cudowny, domowy klimat. 
8. Misię z Food Haven - zachwycają mnie jej zdjęcia, wspaniałe potrawy, a tango zapiera dech w piersiach. 
9. deZeal z Moorland Home - za poczucie humor, piękne zdjęcia i fantastyczne relacje, oby tylko nie robiła takich dłuuugich przerw między postami;)
10. Roberta z Gotowy prawie na wszystko - uwielbiam jego notki z "nawsi" i humor wplatany w świetne relacje z jego kolejnych kuchennych dokonań.

* przepis pochodzi z książki Domowe Przyjęcia, Sheridan Rogers. 

** ten przepis to moja kolejna propozycja do akcji Smacznie i pomidorowo prowadzonej przez katarzynę_sar.

niedziela, 22 sierpnia 2010

Już się Pana nie boję, Panie Suflecie!


Mam dla Was kilka pytań, taki mały quiz. Mnie udało się dobrze odpowiedzieć na 3 pytania. Skrycie liczę, że wśród Was znajdą się osoby, które zasłużą na "czystą piątkę"!

1. Co oznacza francuskie słowo "souffle"?
a/nadmuchać
b/wyrastać
c/wybuchnąć

2. Jaki składnik powoduje, że suflet w trakcie pieczenia wyrasta i nadyma się niczym balon?
a/proszek do pieczenia
b/ białka
c/ żółtka

3. Kto jest autorem stwierdzenia, że "Jedynym powodem, dla którego suflet opada, jest to, iż wyczuwa nasz strach przed opadnięciem". 
a/ Julia Child
b/James Beard
c/ Nigella Lawson

4. Rodzaj naczynia, w jakim pieczony jest suflet nie ma znaczenia. 
a/ tak, to prawda
b/ nie, to nie prawda

5. Co powoduje, że suflet w trakcie pieczenia na wierzchu pęka?
a/ białka są za słabo ubite
b/ piekarnik jest za gorący
c/ naczynie jest za małe 


Prawidłowe odpowiedzi znajdziecie gdzieś pod koniec posta. To taki mój mały trick, by nakłonić Was do przeczytania całości i zmierzenia się z Panem Sufletem. Oczywiście tylko te osoby, które mają to spotkanie nadal przed sobą.
Do niedawna i ja należałam do tego grona. Odkąd tylko usłyszałam słowo "suflet" oraz idące w parze z nim ostrzeżenie, że jest "potwornie trudny, kapryśny i prawie zawsze opada niczym pęknięty balon" skutecznie omijałam wszelkie drogi prowadzące mnie w jego kierunku. Kartki książek kucharskich szybciej się przewracały, gdy tylko pojawiał się nagłówek "Suflet", a ja sama niczym kot na widok wody, otrzepywałam się na samą myśl o jego przygotowaniu.


Ale przecież lubię się rozwijać. Iść do przodu. Uczyć się i stawiać nowe wyzwania. Jeszcze bardziej lubię, gdy udaje mi się je spełnić. Pomyślałam, że suflet nie może być przecież straszniejszy od dźwięku wiertła borującego zęby (nienawidzę!!!) czy perspektywy wylądowania na dywaniku u wściekłego szefa (to na szczęście mi nie grozi).
Oczywiście, przed odkładanym od lat spotkaniem stosownie się przygotowałam. Przede wszystkim przestawiłam się mentalnie przygotowując w podświadomości odpowiednio propagandowe hasła: "Suflet robi się łatwo i przyjemnie. Na pewno Ci się uda. Nie dam mu szans, by opadł". Kiedy kiełkująca myśl, że misja zakończy się pomyślnie zamieniła się w odpowiednio dojrzałe przekonanie, wybrałam przepis i czekałam jedynie na odpowiednią chwilę, by w samotności On i Ja przystąpić do tak długo odkładanej i oczekiwanej konfrontacji. Nie chciałam, by obecność domowników, a Boże broń, zaglądanie mi przez uzbrojone w ubijaczkę ramię, spłoszyło moje co dopiero zrodzone przekonanie, że dam radę. Walka miała być honorowa - sam na sam, z tą tylko przewagą, że ubijany od XVIII wieku suflet nic sobie nie robił z mojej tremy i wzorowo wyrośnięty zerkał dumnie z 64 strony Puddings and Desserts, Elizabeth Pomeroy. 


Wybrałam przepis na suflet morelowy z dwóch powodów. Wybrany przepis zakłada upieczenie jednego dużego sufletu, a nie kilku mniejszych w indywidualnych naczynkach. Wiem, że byłoby to praktyczniejsze, ale ja od paru tygodni szukałam powodu, by wreszcie użyć dużego ramekinu kupionego na targu staroci za całe ...1,50 zł! 
Po drugie uwielbiam morele i miałam nadzieję, że ich dodatek znacząco uprzyjemni całe doświadczenie. Nie myliłam się! Suflet uzyskał nie tylko cudowny smak, ale i piękny morelowy kolor. A fakt, iż miałam zamiar użyć własnoręcznie robionych konfitur podziałał jak zagrzewka trenera wykrzyczana do ucha szykującego się do walki boksera - byłam gotowa do wyjścia na ring!


Jak więc widzicie ten suflet właściwie sam się wprosił do mojej kuchni. I chwała mu za to! Jest pyszny! Co tam, jest boski! Lekki, wilgotny, puszysty, soczyście morelowy! Inny niż wszystkie desery jakie dotychczas jadłam. Wspaniały! A sam suflet? Nie wiem kto jest autorem tej krzywdzącej go przez pokolenia plotki, ale suflet nie jest ani trudny ani straszny. Dla mnie spotkanie z nim było czystą przyjemnością! Jak już pisałam w jednym z postów "bezowych" uwielbiam wprost wszelkie czynności związane z mieszaniem i łączeniem ubitej piany z resztą składników, a to kluczowe zadanie przy robieniu sufletu. Tak więc pozwalam sobie nieśmiało myśleć, że Pan Suflet i ja jesteśmy dla siebie stworzeni i mam ogromną ochotę poznać jego kolejne oblicza:) Jedyne czego nie mogę mu darować, to fakt, że rzeczywiście szybko opada i ma  w nosie  osobę, która chce mu zrobić ładne zdjęcie, i koniecznie uwiecznić pierwsze spotkanie,  a z nadmiaru wrażeń zapomniała naładować baterię w aparacie ... (szczytowej formy Pana Sufleta nie zdążyłam w związku z tym zdokumentować :(


A teraz dla wytrwałych pora na odpowiedzi:

Pytanie 1 - odpowiedź: A
Pytanie 2- odpowiedź: B
Pytanie 3 - odpowiedź: B
Pytanie 4 - odpowiedź:B
Pytanie 5 - odpowiedź: B

Nawet jeśli nie udało się Wam prawidłowo odpowiedzieć, nie zraźcie się proszę do sufletu! Chwytajcie za ubijaczki lub uruchomcie swoje kuchenne maszyny i dajcie się zaprosić na to spotkanie. Ja w każdym razie już planuję kolejne. 

 SUFLET MORELOWY
300 ml puree morelowego (można zastąpić konfiturą morelową, ja użyłam domowej z dodatkiem limonki i rumu)
40 g masła
40 g mąki pszennej
cukier do smaku
3 żółtka, lekko ubite
1 łyżka soku z cytryny
3 białka


Morele, świeże lub z puszki, zmiksować i dosłodzić do smaku. Odmierzyć, tak aby uzyskać 300 ml. Można w zastępstwie użyć konfitury lub dżemu morelowego. Ilość cukru użyta do przygotowania sufletu zależy od tego, jak bardzo słodkie jest puree czy konfitura. Musicie dosłodzić zgodnie z Waszymi przyzwyczajeniami. W zastępstwie moreli można użyć innych owoców, np. śliwek, malin czy jagód.
Formę do zapiekania, najlepiej ramekin o średnicy 15 cm, dokładnie wysmarować masłem i obwiązać wokół "mankietem" z papieru do pieczenia. Powinien wystawać ponad krawędź naczynia przynajmniej kilka centymetrów. Wewnętrzne krawędzie papierowego mankietu także wysmarować masłem. 
W naczyniu o grubym dnie stopić masło, zdjąć z ognia i wmieszać mąkę oraz morelowe puree. Ponownie wstawić na ogień i stale mieszając doprowadzić do wrzenia. Na tym etapie dosładzamy, jeśli jest to konieczne (ja dodałam kilka łyżeczek cukru). Zdjąć z ognia i odstawić do lekkiego przestudzenia. Dodać sok z cytryny i wymieszać.
Do przestudzonej masy dodać lekko ubite żółtka i dokładnie połączyć z całością.
Białka ubić na sztywną pianę i delikatnie połączyć z resztą masy. Gotową masą na suflet przelać do ramekinu.



Piekarnik rozgrzać do temperatury 190 stopni. Ramekin wstawić do wysokiego naczynia napełnionego zimną wodą - powinna sięgać do połowy jego wysokości. Wstawić do nagrzanego piekarnika na ok. 1 godzinę lub do momentu, gdy suflet urośnie i pod dotykiem będzie wyczuwalnie sprężysty. 
Wierzch sufletu może dość mocno się zrumienić, ale nie oznacza to, iż jest spalony. Mój był bardzo mocno przyrumieniony. Podawać zaraz po wyjęciu z piekarnika, choć nawet później, jak opadnie, nadal jest przepyszny! Polecam!


*korzystałam z informacji znalezionych na stronie www.yumsugar.com

** ten przepis to moja kolejna propozycja do prowadzonej przez Kabamaigę akcji Morelkowo-Brzoskwiniowo 2.

Drukuj przepis

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails